10 Lat Superbohaterów – TOP 18 Filmów Marvela

Wielkimi krokami zbliża się do nas pierwsza część najbardziej ambitnego crossovera w historii, czyli Infinity War. Ma być ono zakończeniem fazy trzeciej Marvelowego Uniwersum Kinematograficznego. Osiemnaście filmów (i dwa kolejne, które ukażą się w przerwie pomiędzy częściami) i 10 lat by stworzyć nową jakość nie tylko kina superbohaterskiego, ale i kina akcji.

Osiemnaście filmów, które wchodzi w skład tego rankingu. Jak prezentowały się dotychczas wytwory Marvel Cinematic Universe i które z nich wypadają lepiej, a które gorzej?

Spoiler Alert, duh.

 

  1. The Incredible Hulk (2008)

The Incredible Hulk

The Incredible Hulk jest dla filmów Marvela tym, czym filmy DC dla kina superbohaterskiego. Nie tylko jest niepotrzebny i powinien zostać przygotowany z lepszym pomysłem, ale oprócz tego znajdą się fanatycy, którzy będą go bronić. Całe szczęście dla Hulka, nie był pierwszym filmem z ban(n)erem MCU i mógł zostać zapomniany, kiedy przez kolejne dwa lata fani ekscytowali się Iron Manem i jego sequelem.

 

  1. Thor: The Dark World (2013)

Thor The Dark World

Drugi Thor strasznie podupadł pod wieloma względami, np. pracy kamery i ten no…
No i w sumie tyle. Oba filmy o moim ulubionym Avengersie były cierpieniem, a nie przyjemnością (chociaż nie aż takim jak Ant-Man, ale o tym później). Zawinione gdzieś na poziomie scenariusza. To, co Thor vs. Mroczne Elfy robi dobrze, to rozwój postaci Lokiego. Szkoda tylko, że Loki dostał tyle miłości w scenariuszu, a cała reszta wypada słabo. A najsłabiej plany obronne Asgardu.

 

  1. Thor (2011) 

Ale wyszedł nam świetny Iron Man! I Iron Man 2! Szybko, dzwońcie do Kennetha Branagha, niech nakręci nam film o kolejnym popularnym superbohaterze, co może pójść nie tak?
Oj chłopcy, dużo rzeczy poszło nie tak. Mimo umiarkowanie dobrego odbioru Thora wśród krytyków i publiczności, zawiódł on moje oczekiwania. Robicie film o bogu z fantastycznie zaprojektowanego Asgardu, kusicie widza widokami i… każecie mu oglądać, jak ten tuła się po Ziemi z Natalie Portman. A raczej nie tuła, a przechodzi najbardziej kliszową ścieżką bohatera. I rzuca drętwe żarty. Ech. Asgard mógł być tym wszystkim, czym teraz jest Wakanda. Szkoda, że tylko mógł.

 

  1. Iron Man 3 (2013)

Kocham filmowego Starka. Kochałem poprzednie Iron Many. Ale nie można stworzyć filmu, który będzie bazował tylko i wyłącznie na tym jak poradzi sobie Robert Downey Jr. i foreshadowingu Spider-Mana. Pierwszy Iron Man wykreował całą postać i jej historię. Drugi dostarczył świetny czarny charakter i wprowadzenie do Avengersów. Trzeci dostarczył pieniądze do kieszeń. Wizualnie to nadal fajna rozrywka, a Tony Stark to nadal (z superbohaterską traumą, ale nadal) Tony Stark. Tylko ma się poczucie, że to mogło wyjść trochę lepiej, szczególnie jeśli chodzi o postać Mandaryna. Wszystko stało się jakieś nudne, powtarzalne i niezapadające w pamięć.

 

  1. Captain America: The Winter Soldier (2014)

Co, pogrzało cię, Zimowego Żołnierza tak nisko? Przecież to taki dobry film!
Ta, jasne, no. Fabuła jest naiwna jak w bajkach dla dzieci – Kapitan Ameryka, bohater, uratował świat dwukrotnie i jest człowiekiem na super-sterydach, tym razem chowa się po kryjówkach i nawraca lata prania mózgu siłą przyjaźni. Mówi się też o tym, że tam w tle był jakiś wielki zły plan,  za którym faktycznie stał jakiś wielki zły, ale niestety był tak nieistotny i nieobchodzący nikogo, że posiadam słuszne obawy, iż mało kto pamięta jak się nazywał. Nie zmienia to faktu, że jako standalone movie ma się bardzo dobrze i nie wymaga jakiejkolwiek znajomości uniwersum, a cała historia Kapitana jest subtelnie wprowadzona. Gratuluję, bracia Russo.

 

  1. Avengers: Age of Ultron (2015)

Po pierwszych Avengersach wizja ponownego pojawienia się całej ukochanej ekipy na ekranie budziła dreszcz emocji u fanów Marvela. I o ile scena superbohaterska nadal niesamowicie cieszyła, tak do dzisiaj ciężko jest mi pojąć, jak można było tak zepsuć, zdeptać, obedrzeć z godności, przeżuć i wypluć najważniejszego nemezis Avengersów. Podobała mi się zmiana jego genezy, tym bardziej, że postać Hanka Pyma nie została jeszcze wprowadzona, natomiast sam Ultron… Naprawdę liczyłem na to, że jego nienawiść będzie przedstawiona trochę lepiej niż „ale nienawidzę Avengersów i już!” i będzie leciutko sprytniejszy, a nie poleci miastem prosto w stronę stratosfery i będzie powtarzalny w swoich sposobach walki z ekipą Nicka Fury’ego.
Trochę też boli to, co zrobiono z postacią Quicksilvera – nie on powinien umrzeć od tych pocisków.
Nie można jednak odmówić drugim „Mścicielom” tego, że były solidną rozrywką; świetnie poprowadziły rozwój superbohaterów i napięcia na linii Stark – Rogers.  Szkoda tylko, że druga faza nie dostarczyła żadnego naprawdę dobrego villaina.

 

  1. Captain America: The First Avenger (2011)

Geneza Steve’a Rogersa uderza w moje dwa czułe punkty – drugą wojnę światową i Hugo Weavinga. Co prawda serwuje nam bardzo generyczną historię, ale robi to w mniej sztywny sposób niż Thor, kreując całkiem przyjemny klimat i podwaliny pod przyszłe filmy. I na tym tak naprawdę można skończyć, zrobiono bardzo dobrze zagrany film z książki kucharskiej „upichcij sobie genezę” i wyszło smacznie, lecz bez gwiazdki Michelin.

 

  1. Iron Man (2008)

Przykro mi to mówić, ale pierwsza część przygód Starka nie przetrwała próby czasu. Marvelowcy stworzyli jak na swoje czasy bardzo dobry debiut, ale każdy kolejny film miał być coraz lepszy i lepszy – i w ten sposób po dziesięciu latach Iron Man już tak nie zachwyca, a w aż tak dobrym mniemaniu trzyma go tylko sentyment. Sentyment do pięknych scen z budowy pierwszego stroju i odkrywania możliwości Tony’ego i Roberta Downeya Juniora, który dostarczył najbardziej wyraźną postać w MCU.
Nie zrozumcie mnie źle – ten film nie jest zły. Ale nie jest aż tak dobry, za jakiego duża część osób może go uważać, a szans na czołówkę marvelowską na pewno nie ma.

 

 

  1. Ant-Man (2015)

Słyszeliście, że paraponera clavata są zwane także „bullet ants” z tego powodu, że ich ból po ich ugryzieniu jest porównywalny do PATRZENIA JAK DUŻO POTENCJAŁU ZOSTAŁO ZMARNOWANEGO W TYM FILMIE?!
Wyobraźcie sobie wielkiego, majestatycznego orła, który mógłby w pełni swojej gracji rozwinąć pełne skrzydła i przelecieć tuż nad głowami ludzi ku ich zachwyceniu.
Ant-Man jest jak taki orzeł, tylko zamiast rozwinąć skrzydła i pięknie szybować, ledwo co trzyma się w powietrzu a następnie ląduje ryjąc o ziemię swoim głupim dziobem. Fabuła jest nijaka, ale serwuje nam bardzo wyraźne postacie – po cichu liczę, że Michael Douglas jako Hank Pym będzie jeszcze istotny w uniwersum. To co mnie zaskoczyło w Ant-Manie, to fakt, że mimo małej ilości mostów z pozostałymi filmami radzi sobie w swojej pół-żartobliwej konwencji i gdybym nie oglądał tylu dzieł MCU wcześniej na pewno bawiłby mnie bardziej. Liczę, że wszystkie błędy tej części zostaną naprawione w kolejnych przygodach Mrówkoludzia, bo on i jego otoczenie to naprawdę fajna gromadka dostarczająca dużo frajdy i mimo, że mógłby być o wiele lepszy i tak przebija prawie połowę produkcji Marvela.

 

  1. Guardians of the Galaxy vol. 2 (2017)

Jeśli chcesz kontynuować robienie filmów w żartobliwej konwencji, to lepiej upewnić się, że zdecydowana większość twoich żartów faktycznie jest śmieszna i nie powtarzasz tego, co już było. To coś, czym James Gunn na pewno nie kierował się przy tworzeniu sequela, który wypada o wiele gorzej niż jedynka. Ale w bardzo kreatywny sposób rozwija postać Star-Lorda, kliszowo rozwiązuje wątek Gamory i Nebuli a co najważniejsze – przedstawia najlepszy redemption arc w historii kina superbohaterskiego. Spoczywaj w bezkresie kosmosu, Yondu Udonta.

 

  1. Iron Man 2 (2010)

Ależ to był genialny sequel – dostaliśmy jeszcze więcej Starka, jeszcze więcej pracy Favreau , scenariusz Justina Theroux i cudowny soundtrack AC/DC, który swoim hardrockowym brzmieniem idealnie wpasował się w film. Dołóżcie do tego corporation war i fajnie zbudowanego villaina. Iron Man 2 może nie jest niczym szczególnie świeżym, ale jest taki, jakim pierwszy Iron Man powinien być. Rozrywka, rozrywka i jeszcze więcej rozrywki. Jestem na tak.

 

  1. Captain America: Civil War (2016)

Wiecie, co jest najfajniejsze w Civil War? Helmut Zemo. Pomijam, że Marvel pozwolił sobie na wrzucenie niemiecko brzmiącego nazwiska w realia kraju wschodnioeuropejskiego, ale to był villain dla którego można było poczuć sympatię i zrozumienie. U mnie zadziałało to aż do tego stopnia, że chciałem, by mu się udało.
Tak naprawdę Civil War to bardziej film o Avengersach i personalnym konflikcie na linii Rogers – Stark, ale headline’owy tytuł wskazuje z sympatią dla kogo rozgrywa się cała historia. Scena walki między superbohaterami – cud, miód i maliny. I tylko Zemo szkoda – nawet nie pozwolili mu popełnić samobójstwa.

 

  1. Black Panther (2018)

Genialny film o Wakandzie, średni film o Czarnej Panterze. Afrykańskie zaawansowane państewko przedstawione w swojej pełnej krasie. Przywiązania do afrykańskich tradycji (plemiona, tańce, rytualne walki) idące w parze z technologią – mmm, dajcie mi tego więcej. Piękna ta Wakanda, piękna. I postacie drugoplanowe wypadają super – Klaue, Shuri, Ross, M’Baku… I tylko T’Challa jakiś taki, heh, wyblakły na ich tle. I bardzo niekonsekwentny – prawie nie przypomina tej samej Czarnej Pantery, którą pokazano nam w Civil War. Ale i tak wypada lepiej niż przekarykaturyzowany Killmonger, który z superzłoczyńcy z fajnymi motywami staje się palaczem ziół i wielkim wodzem wojen światowych.
A montaż przemilczę – w żadnym innym filmie w uniwersum nie był tak kancerogenny. Mam nadzieję, że nie o to chodzi z „nową jakością w MCU”.
Ale, ale, ja tu sobie narzekam, a Czarna Pantera dała mi naprawdę sporo rozrywki. Ten film jest świadomy tego, czego oczekuje widz i właśnie to dostarcza – miałem poczucie, jakby reżyser nie zrobił tego filmu dla siebie, a naprawdę chciał spełnić wszystkie moje zachcianki. Oby tak dalej!

 

  1. Doctor Strange (2016)

Adept wykrada tajemne sztuki by prześcignąć mistrza zostaje następnie pokonany przez nowego adepta, czyli głównego bohatera. W międzyczasie mistrz umiera rzucając niesamowitą mądrość, która sprawia, że główny bohater odnajduje klucz do zwycięstwa. Mój Boże, ale to brzmi niesamowicie kliszowo. I faktycznie główna oś fabularna taka jest, ale to filmy o superbohaterach, czy można im mieć to za złe? Tak, można. Ale nie jeśli realizują te klisze tak jak robi to Doctor Strange. A finał i słynne „Dormammu, I’ve come to bargain” to czyste złoto. Chcę więcej Benedicta Cumberbatcha i więcej Doktora Dziwago w dużych ilościach, bo to było naprawdę magiczne przeżycie.

 

  1. Marvel’s The Avengers (2012)

Nadszedł czas na pierwszy z serii najambitniejszych crossoverów w historii. Loki jako główny zły, dużo superbohaterów na raz, epickie bitwy i tłuczenie podłogi twarzą Toma Hiddlestone’a. Największą ekscytację budziło (i jak widać po Infinity War, nadal budzi) umieszczenie na ekranie takiej ilości superbohaterów – i faktycznie jest to największy plus filmu dostarczający ogromne ilości frajdy w interakcjach między bohaterami i współpracy w walce z armią Chitauri. Niby nikt nie oczekiwał nic więcej, ale film i tak zachwycił i w dalszym ciągu zachwyca – najlepszy film pierwszej fazy i perfekcyjne jej zakończenie. Serdecznie polecam obejrzeć go ponownie w wolnej chwili przed premierą Infinity War.

 

  1. Guardians of the Galaxy (2014)

Zabawny, ekscytujący i piękny wizualnie, że o soundtracku nie wspomnę. Wykorzystujący dziwność swoich postaci i ich charakterystyczne cechy, tworząc najweselszą ekipę marvelowego uniwersum filmowego, a przy okazji bardzo ważny fabularnie w odniesieniu do całej jego historii. I broni się przy tym jako standalone movie, bo powiązań widocznych z MCU prawie nie ma. I jak przy każdym filmie na coś narzekałem, tak tutaj mi się nie chce – w ogólnym rozrachunku czegoś mi Strażnikach Galaktyki brakuje, natomiast ciężko mi się przyczepić jakiejś szczególnej cechy. Nawet ten villain nie jest najgorszy!

 

  1. Spider-Man: Homecoming (2017)

Na początku myślałem, że Marvel wypuścił sobie Homecoming tak przy okazji, bo ludziom spodobał się Spider-Man w Civil War, że to będzie jakiś nieistotny film, o którym ludzie zapomną mniej więcej tak szybko jak o Iron Manie 3 czy pierwszym Kapitanie Ameryce.

Ależ ja byłem w błędzie, ależ ja byłem w niewyobrażalnym błędzie.

Dwie rzeczy trzeba sobie wyjaśnić od razu – Peter Parker z kinowego uniwersum żyje w innym świecie, niż Peter Parker z komiksów. To dwie zupełne inne postacie. Druga- jeśli kino superbohaterskie ocenia się tak jak ja, czyli przez pryzmat rozrywki i radości płynącej z oglądania filmu, to Spider-Man na spokojnie pokonuje całą resztę superbohaterów (z jednym wyjątkiem, ale ów wyjątek nastąpił dopiero ostatnimi czasy plus jestem niesamowitym fanboyem bohatera tegoż wyjątku). Radocha z supermocy (a raczej supermożliwości kombinezonu), nastoletnie motywacje i bezwzględny, lecz ludzki złoczyńca. Bardzo miło było zobaczyć Keatona wcielającego się jeszcze raz w Birdmana. Homecoming pod przykrywką niczego specjalnego niesie wszystko, co najlepsze w kinie superbohaterskim.

  1. Thor: Ragnarok (2017)

Zwycięzca mógł być tylko jeden. I biorąc pod uwagę, że Thor zajmuje pierwsze miejsce w rankingu, a Hulk ostatnie, możemy sobie bardzo łatwo odpowiedzieć na pytanie kto wygrał w ringu. Thor Ragnarok to najlepszy film Marvela ever i postawił mi wysoko poprzeczkę. Pozostałe filmy już tak mnie nie cieszą. Niesamowicie zabawny potrafi oprócz tego dostarczyć akcję, piękne montaże walk i Thora, który nie jest już poważnym blondaskiem z poczuciem obowiązku, a bogiem piorunów. Taika Waititi stworzył arcydzieło kina, naprawiając najważniejszy błąd poprzednich Thorów – jeśli nie potrafimy dobrze sprzedać Asgardu, pozwólmy mu zniknąć. Wraz z rewatchem przekonałem się nawet do Hel, która choć na początku wydawała mi się zmarnowanym potencjałem, tak teraz uważam, że jest dawkowana idealnie – jak zresztą wszystko w tym filmie: muzyka, efekty specjalne, montaże walk, pioruny, Thor, Loki, gagi, lawa, wilki, Hulk, emocje, Tessa Thompson. Po prostu perfekcja.

Twój przyjazny recenzent z sąsiedztwa. Malkontent i jego quality content. Prostym językiem do prostych ludzi, to moje motto.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.