„22 Lipca” – Recenzja

Każdy z nas miał w swoim życiu chwilę, w której uświadomił sobie jak okrutny potrafił być człowiek. Dla wielu naszych czytelników będą to wydarzenia z 11 września 2001 roku, kiedy to cztery samoloty zniszczyły wieże World Trace Center i Pentagon. Dla mnie jednak momentem refleksji nad ludzkim okrucieństwem, był moment gdy w wieku 11 lat usłyszałem w wiadomościach o zamachu na wsypie Utoya. Zamachu, w którym zginęło 77 osób, a 319 zostało rannych. Zamachu, którego dopuścił się jeden człowiek – Anders Behring Breivik. Zamachu, który zmienił moją percepcję świata i odarł go z resztek dobroci.

Kadr z filmu „22 Lipca”

Pierwsze 30 minut najnowszego filmu Paula Greengrassa w iście dokumentalny sposób pokazuje obydwa dokonane przez Breivika zamachy. Od podstawienia samochodu – pułapki pod gmach norweskiego parlamentu, aż do strzelaniny na wyspie Utoya. Strzelaniny, podczas której zginęła masa niewinnych dzieci. Dzieci, które Breivik w swoim manifeście nazwie zdrajcami kraju, tylko dlatego, że są potomstwem polityków Norweskiej Partii Pracy. Dzieci, które musiały biec po swoje życie, kryć się pod kamieniami i liczyć, że potwór o imieniu Anders ich nie znajdzie. Sekwencja tej przerażającej gry w chowanego, to jedno z najmocniejszych przeżyć jakich było mi dane w tym roku doświadczyć. Niestety wiedziałem, jak się ona skończy.

Zobacz również: Recenzję filmu „Venom”

Reszta opowieści będzie łączyć w sobie 3 główne wątki. Pierwszy to historia procesu Breivika (granego przez Andersa Danielsena Lie), w szczególności skupiający się na jego prawniku Geirze Lippsetadzie (Jon Øigarden), którego zamachowiec sam wyznaczył. Geir, również związany z Partią Pracy, musi przeżyć wewnętrzny dylemat moralny – z jednej strony jest prawnie zobowiązany do pomocy zbrodniarzowi, z drugiej musi bronić faszysty, mordercy i człowieka złego do szpiku kości. Drugi śledzi losy Viljara, chłopca postrzelonego podczas zamachu i drogi jego powrotu do pełnej sprawności fizycznej, a także próbie odbudowy jego relacji rodzinnych. Trzeci natomiast skupia się na premierze Norwegii i jego próbach ustalenia, w którym momencie na swojej drodze popełnił błąd i tym samym dopuścił do zamachu.

Paul Greengrass odsuwa na bok swój talent do tworzenia kina akcji. W przeciwieństwie do innych filmów o zamachach terrorystycznych, nie zobaczycie tutaj ostrych cięć, dramatycznej muzyki i sekwencji walk. Reżyser decyduje się na pełen realizm, bez zbędnych i krzywdzących dla ofiar akcentów dramaturgicznych. W całej produkcji nie ma ani jednej wesołej sceny. Ani jednego zabawnego dialogu. Ani jednej porywającej i pompatycznej mowy. Wszystko jest tu minimalistyczne, a przez to jakże prawdziwe.

Kadr z filmu „22 lipca”

Postać Breivika jest w stu procentach zła. Duża w tym zasługa Lie, który nie wykorzystuje 22 lipca jako katapulty do wielkiej kariery i nie przeprowadza wielkiej szarży aktorskiej. Z rzadko podnosi głos, natomiast kiedy to robi, wypowiada słowa z tak wielkim przekonaniem, jakby sam pisał jego manifest. Kiedy mówi, że chce rasowo czystej Norwegii w pełni mu wierzymy. Stał się w pełni Breivikiem, spokojną i wyrachowaną maszyną do zabijania, czy jak sam to określa, „żołnierzem w walce o lepsze jutro”. Człowiekiem, który uwierzył, że jest zbawcą Norwegii i zdecydował się na przeprowadzenie własnej inkwizycji.

Zobacz również: Recenzję filmu „Hard Paint”

Cały film udaje się tylko dlatego, że żaden z aktorów nie decyduje się na zagarnięcie ekranu dla siebie, przez co mamy wrażenie obcowania z prawdziwymi uczestnikami wydarzeń na wyspie Utoya. Nawet w stosunkowo najbardziej odrealnionej scenie pościgu za motorem śnieżnym, wszystko zdaje się mieć dramaturgiczne uzasadnienie. Wszystko dzięki Marii Bock i Thorbjørnowi Harrowi, wcielających się w rodziców Vilijara i perfekcyjnie ogrywających cierpienie i beznadzieję sytuacji w jakiej się znaleźli.

Co jednak ważniejsze, 22 lipca w przeciwieństwie do innych produkcji tego kalibru, w żadnym momencie nie próbuje wymusić na widzu wzruszenia. Nie ma tu nieudanego romansu, pasjonującej historii zemsty, ani porywających przemówień sądowych. Jest natomiast obecne u wszystkich cierpienie, żałoba i smutek, który towarzyszy bohaterom i nam od początku do końca. Greengrass całkowicie odcina się od patosu, a w jego miejsce wciska nam gorzką pigułkę prawdy. Tworzy przy tym jeden z najciemniejszych charakterów w historii kina – przesiąkniętego zbrodniczą ideologią, zaślepionego wiarą w siebie, ohydnego Breivika, którego nie da się nie znienawidzić.

Kadr z filmu „22 lipca”

Reżyser jednak, podobnie jak norweski sąd, pozwala oskarżonemu mówić. Każda wypowiedz Breivika wzbudza w widzu coraz to mocniejsze pokłady nienawiści nie tylko do niego jako osoby, ale również tego co sobą reprezentował. Do radykalizmu, rasizmu i ksenofobii. Do poczucia wyższości nad drugą osobą. 22 lipca jest również filmem wybitnym technicznie. Operator Pål Ulvik Rokseth wraz z Greengrassem z istnym pietyzmem obchodzą się z projektowaniem kadrów, które wzmacniają wydźwięk dramaturgiczny poszczególnych scen. Muzyka, mimo że dość subtelna, również z godnością podchodzi do tego jakże trudnego tematu.

Zobacz również: Recenzję filmu „Nina”

Od zawsze miałem pewien problem z filmami opowiadającymi o prawdziwych tragediach. Zazwyczaj zdawały się żerować na dramacie innych, tylko po to by zarobić dużo pieniędzy i uzyskać społeczny rozgłos i poklask. Greengrass natomiast decyduje się ukazać widzowi prawdę, nie siląc się na korzystanie z wymyślnych zabiegów artystycznych. 22 lipca ma na celu oddać hołd ofiarom i pokazać ich losy takimi jakie były. I czyni to z dużą godnością.

Kadr z filmu „22 lipca”

Pamiętam jak pojechałem do Norwegii dwa tygodnie po zamachach. Większość ludzi próbowała wrócić do statusu quo, ale w ich życiu pojawiła się podcinająca skrzydła niepewność. Ich kraj, jawiący się dla reszty Europy jak utopia, okazał się nie tak idealny i bezpieczny jak można się było spodziewać. Ten immanentny dla tamtej chwili nastrój tkwi gdzieś głęboko we mnie do dziś. 22 lipca potrafił go uchwycić, nie siląc się na konwenanse. Bo film Greengrassa nie ma uświadamiać nas o tragedii, ma nam pozwolić ją przeżyć. Problem w tym, że przeżywając ją będziemy w tej szczęśliwej, bezpiecznej mniejszości.

4/5
Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.