„41 dni (bez)nadziei” – Recenzja

W polskim rzemiośle tłumaczenia filmów pojawiła się ostatnio ciekawa tendencja. Przed laty mieliśmy 1000 lat po Ziemi, bo dystrybutorzy zdecydowali, że nie ma co mydlić widzom oczu kolejną tajemniczą nazwą od Shyamalana (w tym przypadku After Earth). W 2016 r. z The Shallows nie przebierano w środkach i rzucono nas na głęboką wodę – dokładnie 183 metry strachu. A teraz oparta na faktach historia potężnego sztormu i dwojga zakochanych – przed interwencją tłumacza Adrift. „Na fali” było zajęte, więc bez ogródek załatwiono nam spoiler. Teraz to już chyba nikt pójdzie na 41 dni nadziei. Oprócz mnie, ale ja nie czytam spoilerów.

Shailene Woodley and Sam Claflin star in Adrift
Courtesy of STXfilms

W 2018 r. kolejna fala feminizmu już na dobre wkroczyła w rejony młodzieżowych romansów i filmów katastroficznych. W narrację taką wchodzi, choć dosyć niezgrabnie i nachalnie, również 41 dni nadziei. Fabułę czerpie z historii Tami Ashcraft, która w 1983 r. wybrała się ze swoim chłopakiem – żeglarzem Richardem – w podróż z Tahiti do San Diego (Kalifornia). Wówczas Pacyfik nawiedził potężny sztorm, który pozostawił dziewczynę samą na ponad 40 dni.

Baltasar Kormákur, odpowiedzialny m.in. za dosyć ciepło przyjęty Everest, adaptuje tę historię do czasów współczesnych. Wyidealizowani bohaterowie są odgrywani przez śmietankę hollywoodzkiego kina młodzieżowego (nestorkę teen dram Shailene Woodley, które trochę odkuła się rolą w Wielkich kłamstewkach, oraz Sama Claflina, koryfeusz romansów z prawdziwej miłości). Tami wyrwała się z domu z Kalifornii tuż po ukończeniu szkoły. Chciała być wolna, niezależna, podróżować i przeżywać przygody. W ten sposób dobiła do Tahiti, gdzie znalazła dorywczą pracę. Poznaje tam Richarda, samotnego wilka morskiego, który obrał podobną drogę kontestacji rzeczywistości. Przeżywają razem cudowne tygodnie w niebiańskich lagunach, na potańcówkach i przy łódkach. Pewnego dnia jego znajomi proszą go, żeby, za niemałą zapłatą, odstawił ich luksusowy jacht do portu w San Diego. I tak kochankowie znajdują się na wzburzonych wodach Oceanu Spokojnego.

Film ewidentnie próbuje mnie oszukać. Urodziwymi i naturalnymi lokacjami, wymarzoną miłością z nieskazitelnym partnerem, sprzeciwem wobec tradycji i oczekiwań rodziców oraz optymistyczną filozofią życia. Główna bohaterka to poszukująca własnej tożsamości eskapistka, niepotrafiąca odnaleźć się w konwenansach domowych warunków. Jest inna, oryginalna, niezwykła. Jest też wegetarianką. To idealnie wymierzony role model, bez skomplikowanego charakteru, ale z poczuciem własnej wyjątkowości. Kiedy przychodzi jej zmierzyć się z bezkresnym Oceanem i jego humorami, odkrywa w sobie żeglarskie powołanie oraz siłę, męstwo i zmysł przetrwania. Nie bez powodu islandzki reżyser zestawia oba wątki, które toczą się na ekranie jednocześnie. Kamera przeskakuje między dotarciem Tami na Tahiti i jej miłością z Richardem a survivalem dziewczyny po wypadku pośrodku Pacyfiku. To coś, za co naprawdę można cenić 41 dni nadziei – samopoznanie i odkrywanie siebie odbywa się wręcz symultanicznie, protagonistka płynnie przechodzi z młodocianego, zagubionego anonima do osoby dojrzałej, która znajduje swoją pasję i cel.

Sam Claflin and Shailene Woodley star in Adrift
Courtesy of STXfilms

A teraz możemy już mówić na poważnie. Z taką miałkością i powtarzalnością próbujący wycisnąć z widza pot łez film to nie tylko pospolity afront (już to jest bliżej oryginalnego tytułu), ale też kolejny potworek, w którym przypadkowy romans przepoczwarza się w prawdziwą, tę jedyną (jakby innej nie było) miłość. I to nie byle jaka miłość. Kochankowie są w końcu gotowi oddać ze siebie życie, chcąc tym samym nie dopuścić do śmierci drugiego. Dzięki pobrzdąkiwaniu Volkera Bertelmanna (któremu jakoś to wychodziło w Lion. Droga do domu) wiemy, że uczucie jest na serio, bo nikt bez powodu nie akompaniowałby Tami i Richardowi ckliwymi gitarowymi akordami. Czarę goryczy przepełnia końcowy twist, leżący na półkach filmowych twistów tuż obok „bohater znajduje się w szpitalu psychiatrycznym”. Dzięki niemu wątek feministyczny dostaje bonusowe turbo, kobieta niezależna, samodzielna itd. I do końca już z górki.

Co do aktorów, to nie wiem, co przeszkadzało mi bardziej: nijaki perfekcjonizm manierycznego Claflina czy irytująca, wiecznie egzaltowana Woodley. Jej postać albo zachowuje się jak wniebowzięta nastolatka, która poznała swojego rycerza, albo rozpływa się w rozpaczy i niezadowoleniu, by po chwili pokazać swoją zaradność i wyjść cało z opresji. To chyba Woodley z jej powtarzalnością gestów i min doprowadziła mnie do takiej antypatii wobec tego filmu. Przy czym Claflin jest nie mniej winny. Czy ów duet odbije się kiedyś od wpół umarłych komedii romantycznych i przygód miłosnych, które źle się kończą? Mogą spełnić się moje najgorsze obawy. W 2068 r. zobaczymy 74-latkę, która podczas swojej emerytury wybiera się na Malediwy, a tam, po latach rozłąki, spotyka wciąż mającego „to coś” dziadka. Razem chodzą na dansingi, latają paralotnią i dostają ataku serca. Mam jednak nadzieję, że na taki film już mnie redakcja nie wyśle.

Shailene Woodley stars in Adrift
Courtesy of STXfilms
Zobacz także: Recenzję „Berka”

Bezcharakterność całości jest przybijająca. Na sali kinowej prężnie rozciągałem się, żeby wytrzymać wszystkie 96 minut seansu. Może zostaje tu oddany jakiś hołd postaci Tami Ashcraft, jej pasji i wytrwałości, ale w tym samym czasie ubrane to zostaje w jakieś znoszone nastoletnie szmatki. Bardzo mi smutno, że 41 dni nadziei okazało się tak klasycznym mityngiem tandety i toporności. Może Kormákur chciał, by wszystko grało, jak należy. Ale, niestety, wszystko leży.

1/5

Największy fanatyk Tarkowskiego. Gdy usłyszy słowo „interpretacja”, to mobilizuje wszystkie siły, żeby wybić szanownemu internaucie takie bzdury z głowy. Wielbiciel immersji, postmodernistycznych horrorów (zwłaszcza found footage) oraz historii.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.