„Narodziny gwiazdy” [A Star is Born] – Recenzja

Reinterpretacje znanych wszystkim historii nie są nowością dla Hollywood. Co więcej, pokusiłabym się o stwierdzenie, że nigdy nimi nie były. Już na początku dwudziestego wieku, gdy kino raczkowało, twórcy filmowi stawiali na adaptowanie klasycznych pozycji literackich. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że praca nad takim scenariuszem mogła być dla nich nie tylko mniej czasochłonna, ale i o wiele bardziej lukratywna. Nie bez przyczyny adaptacje mniej lub bardziej znakomitych powieści mają miejsce po dziś dzień. Dlatego też na pierwszy rzut oka fakt, iż w tym roku możemy doświadczyć czwartej wersji A Star is Born nie wydaje się niczym szczególnym. Ot co, kolejny remake lubianej, aczkolwiek lekko pokrytej kurzem historii.

Jednakże jest coś niecodziennego w tym, że jako widzowie stajemy przed filmem, który został przemielony przez twórców X-muzy wielokrotnie, a jego podstawą nie jest ani proza, ani opowieść zainspirowana prawdziwymi zdarzeniami. Już to świadczy o unikalności debiutu reżyserskiego Bradleya Coopera, ale czy stoi za nim coś więcej niż tylko ten fakt?

Zobacz również: „Pierwszy człowiek”, czyli najlepsza biografia od czasu „8. Mili” – Recenzja

Niektórzy twierdzą, że pierwsza wersja A Star is Born (1937) jest plagiatem produkcji What Price Hollywood? (1932) w reżyserii George’a Cukora. Ciężko im się dziwić, skoro film dotyka nie tylko tego samego tematu co oryginalne Narodziny Gwiazdy, ale i łączą go z nim poszczególne, charakterystyczne wątki, oraz dramatyczne zakończenie. Te oskarżenia niemalże znalazły swój finał w sali sądowej, jednak z nieznanych nam przyczyn producenci filmu Cukora postanowili je wycofać. Co ciekawe, pierwotnie stołek reżysera A Star is Born zaproponowano właśnie… jemu. Podobieństwa między scenariuszami obu produkcji wydawały mu się jednak zbyt rażące i odmówił przyjęcia stanowiska. Siedemnaście lat później sytuacja się powtórzyła, ale tym razem przyjał posadę i został reżyserem drugiej wersji filmu.

Jak sama nazwa wskazuje – What Price Hollywood? nie opowiadało o branży muzycznej, a o (tak, zgadliście!) złotej erze Hollywood. Podobnie jak „plagiatujący” go A Star is Born. Drugiej wersji filmu (Tej od Cukora) było znacznie bliżej do tej, którą w tym roku będzie można zobaczyć w kinie – bo jej sporą część stanowiły sekwencje muzyczne, które niestety w najnowszej odsłonie filmu wypadły… dość przeciętnie. Jak na produkcje, która żywi się muzyką zabrakło w niej utworów, które zapadną widzowi w pamięci. Na palcach jednej dłoni możemy wyliczyć te, które prawdodpobnie miały nas oczarować, bo cała reszta jest jedynie tłem, ale do tego nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń.

Zobacz również: „Moja kolacja z Hervé” – Recenzja nowego filmu od HBO

Podczas gdy grana przez Lady Gagę Ally wkracza do świata brutalnego showbiznesu, jej piosenki tracą cały swój koloryt i stają się nijakie, zupełnie tak jakby zgubiła się w swoim konformizmie i absolutnie skupiła się na zostaniu rozchwytywaną piosenkarką, nie zważając na swoją charakterystyczną tożsamość. Twórcy muzyki nie próbowali jednak stworzyć dzieł asłuchalnych, a dali nam takie, które są dość przyjemne w odbiorze, ale za to bardzo szybko wypadają z naszych głów – niczym większość radiowych hitów. Tegoroczne Narodziny Gwiazdy zostały najbardziej zainspirowane najpopularniejszym remake’iem produkcji – wersji z końcówki lat 70. z Barbrą Streisand w roli głównej. I choć Cooper zapożyczył sporo wątków i starał się dołożyć do nich cegiełki w postaci nowych, to zapomniał przy tym o kilku fundamentalnych, które niejako spajały całe A Star is Born razem. Ten nieostrożny zabieg sprawił, że wersji Coopera zabrakło charakterystycznego kolorytu poprzedniczki i finalnego wyrazu.

Narodziny Gwiazdy A star is born

W ostatnich scenach zderzamy się z konsekwencjami czynów głównych bohaterów bez wytykania palcem żadnego z nich. Czułam się tak, jakby reżyser chciał nam zaprezentować prostą historię bez wdrążenia się w psychikę swoich postaci, a to zaważyło o porażce dzieła. Nie pokazuje nikogo w złym świetle i wręcz nakazuje zadać widzom pytanie – czy ten finał ma sens? Moim zdaniem nie ma. Ani pośpiech, z którym reżyser buduje relacje między głównymi bohaterami, ani to, że oni sami nie zadają sobie zbyt wielu pytań. Nie ma go też konkluzja wynikająca z tej historii. Każdemu elementowi brakuje wielowymiarowości i żałuję, że Cooper się o nią nie pokusił, skoro sam mógł przeanalizować aż trzy poprzednie wersje historii o Narodzinach Gwiazdy

Zobacz również: „Życie prywatne” – Recenzja ukrytego arcydzieła Tamary Jenkins

… A może winą za te niekonsekwencje powinniśmy obarczyć pozostałych scenarzystów? Jestem niemalże w stu procentach przekonana, że za dużą część wątku miłosnego i aspekt dramatyczny odpowiadał Will Fetters (autor scenariusza do „Szczęściarza”„Dla ciebie wszystko”), a Bradley Cooper wraz z Ericiem Rothem pracowali nie tylko nad fabułą, ale również nad dialogami – a te są absolutnie fantastyczne. Żadne wypowiedziane zdanie nie rozbrzmiewa jak mantra wyjęta z klasycznego rom-comu, a raczej niczym cytat z filmu Richarda Linklatera. Wciąż jestem pod mocnym wrażeniem tego, z jaką lekkością scenarzyści przenieśli język życia na srebrny ekran. Bronią się również zdjęcia, bo stojący za kamerą Matthew Libatique sprawił, że naprawdę czułam się tak, jakbym stała na scenie obok Ally i Jacksona.

Narodziny Gwiazdy A star is born

Pierwsza wersja filmu nie obyła się bez nominacji do Oscara za najlepszą żeńską rolę pierwszoplanową, podobnie druga. Zaś mimo powszechnej adoracji wśród widzów, fanów i krytyków nie otrzymała jej Barbra Streisand. Mam nadzieję, że podobny los nie spotka Lady Gagi. Autorka piosenki „Born This Way” po raz kolejny udwodniła nam, że jest wszechstronną artystką. Jej poprzednie role dawały nam jasno znać, że jest dobrą aktorką, ale niestety nigdy wcześniej nie dostaliśmy czegoś pełnoprawnego, chociażby przedsmaku tego co nadejdzie.

Zobacz również: „Users” – Recenzja oraz krótki komentarz na temat kondycji współczesnych młodych twórców

A to co nadeszło przekroczyło moje wszelkie oczekiwania. Gaga gra każdą częścią swojego ciała, a mimika jej twarzy przyjmuje najróżniejsze gamy. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu. To naprawdę wybitna kreacja i życzę jej nie tylko samej nominacji do nagrody Akademii Filmowej, ale i statuetki… A oprócz tego więcej ról, w których może pokazać nam się z innej strony, niż te które znamy z jej pierwszych, skandalicznych teledysków. Na tym polu zawiódł nas dwa lata temu Ryan Murphy, który przygotował dla Gagi rolę Hrabiny w piątym sezonie swojego flagowego serialu „American Horror Story”, która była niczym innym jak zgrabnym przełożeniem sylwetki tej ekscentryczki na postać zamieszkującą jego horrorowe uniwersum serialowe.

Narodziny Gwiazdy A star is born

Nie ma niczego gorszego niż poczucie znudzenia w kinie. Niestety Narodziny Gwiazdy dostarczają nam go w wielkich dawkach, gdy jak zacięta płyta powtarzają sceny z koncertów i ukazują stagnacje płynącą z relacji między bohaterami. Po upłynięciu pierwszych trzydziestu minut produkcji każdy element przestaje nas zaskakiwać i zostajemy tylko sam na sam z wybitną Gagą. Niestety, nawet taka rola nie może obronić całej produkcji, a w finalnym rozrachunku ta okazuje się conajmniej mierna. Cooperowi zabrakło odwagi, by dynamicznie pociągnąć historie w jednym z kierunków. To wielka strata, bo jego debiutancki film nieraz ociera się o geniusz.


3/5

Nastolatka wychowana przez Hollywood.