Alita: Battle Angel – [RECENZJA]

Kilkunastoletnia odyseja nareszcie dobiegła końca, a pomysł zekranizowania mangi o przygodach dzielnej Ality przerodził się w widowisko kosztujące producentów dwieście milionów dolarów. O perypetiach realizacyjnych Jamesa Camerona, dotyczących zarówno recenzowanego tytułu, jak i kolejnych części Avatara, można zapewne napisać niejedną książkę. Według niektórych źródeł Kanadyjczyk już od 2000 roku przymierzał się do nakręcenia tego filmu. Złośliwi mówią, że artysta oddaje scenariusze własnego autorstwa, w które nie za bardzo wierzy (przykład Kathryn Bigelow Dziwnych dni), dlatego też po wielu perturbacjach na reżyserskim stołku finalnie zasiadł Robert Rodriguez. Mariaż to przedziwny, nawet jak na hollywoodzkie standardy, wszak doszło do spotkania twórców z kompletnie innych bajek. Post-tarantinowski narwaniec zazwyczaj rozstrzeliwał serią bluzgów nadciągający patos, a Cameron to ojciec nowoczesnego kina często sięgający po poważne tematy, nieuciekający od romantycznych uniesień i wzniosłych haseł. Tymczasem z połączenia sił między idealistą, a dzieckiem kina “klasy b” narodziła się Alita: Battle Angel.

XXVI wiek, niegdyś niebieska planeta przypomina wysypisko śmieci, znane choćby z pixarowego Wall-E. Minęło trzysta lat od Upadku, wojny między ziemskimi oddziałami, a Zjednoczonymi Republikami Marsa, lecz ludzkość nadal boleśnie odczuwa skutki tego pandemonium. Ostało się tylko jedno miasto, zawieszone między gruntem a stratosferą, ponoć wysoko rozwinięte technologicznie. Kamera nie spojrzy jednak ani razu w uliczki Zalem, nie przedstawi tej Ziemi Obiecanej, obiektu westchnień biedoty zamieszkującej miasto poniżej podniebnej metropolii. To na dole, wśród gruzu i niepotrzebnych nikomu części, doktor Dyson Ido (Christoph Waltz) odnajdzie szczątki kobiety z jeszcze funkcjonującym mózgiem, doczepi do jej fragmentu korpusu mechaniczne części i stworzy racjonalnie myślącego cyborga Alitę (Rosa Salazar), technoistotę zdolną do odczuwania smaków oraz zapachów.

Początkowe fragmenty filmu przypominają laicką wersję historii o Frankensteinie, gdzie przestrach nad demiurgicznymi zapędami człowieka zostaje zastąpiony apologią życia w każdej możliwej formie. W przedstawianym świecie już dawno zostały rozstrzygnięte wszelkie spory natury etycznej, granica między technologią, a ciałem została bezpowrotnie zatarta. Bogiem jest każdy, kto potrafi połączyć metal z tkanką ludzką, zaś śmierć straciła swój pierwotny charakter. To w tej rzeczywistości przyjdzie się odnaleźć Alicie, niepamietającej wcześniejszego życia, na nowo uczącej się obcowania z innymi, niczym dziecko ponownie poznającej smak pomarańczy i czekolady. Krótko potrwa idylla Gepetta i jego ożywionej “kukiełki”, gdyż na każdym kroku czyhać na nich będzie niebezpieczeństwo.

Również z pierwszymi minutami projekcji przed widzem objawi się zasadniczy problem oglądanego filmu, ostatecznie nierozstrzygnięty aż do ostatnich sekund. Z jednej strony historia będzie niekiedy zmierzała w stronę transhumanistycznego traktatu, charakterystycznego dla Camerona, okraszonego monologami na temat natury życia, czy ponadgatunkowej miłości. Z drugiej strony postępowanie głównej bohaterki będzie prowadziło ją w stronę fizycznej konfrontacji z przeciwnikami, rządzonymi przez tajemniczego Novę. To właśnie we fragmentach ulicznych bijatyk będzie objawiać się charakterystyczny styl Rodrigueza, wspomagany dodatkowo cyberpunkową estetyką. Poleją się płyny z maszyn, kończymy zostaną poobrywane, a głowy poobcinane.

Mimo że jest to produkcja przeznaczona dla widowni już od trzynastego roku życia, to nie obejdzie się bez brutalnych, niezwykle widowiskowych pojedynków. Scenariuszowy rozkrok między różnymi stylistykami jest momentami nie do zniesienia, bowiem trudno przez to ustalić, jakie jest DNA tej produkcji i do kogo jest ono adresowane. Gdy wydaje się, że na ekranie objawia się nowa wersja Ghost in the Shell, to wnet pojawia się atmosfera młodzieńczej historii inicjacyjnej, z miłostkami i kłopotami tożsamościowymi na czele. Być może problem tkwi również w błędnym założeniu twórców, ponieważ wydaje się, że Alita: Battle Angel to zaledwie przedsmak, pierwsza część dłuższej serii, dlatego też położenie fundamentów pod nowe uniwersum jest momentami ważniejsze od płynnego prowadzenia historii. Jednocześnie zderzenie dwóch silnych osobowości doprowadziło do stworzenia tytułu niejednorodnego, rozstrzelonego tematycznie i formalnie w zbyt wiele kierunków.

Naturalnie najwięcej czasu twórcy poświęcają tytułowej protagonistce, śledząc jej walkę o odkrycie prawdy na temat przeszłych losów. Pewnie dla niektórych widzów ogromne oczy bohaterki (przeniesione żywcem z mangi) będą trudne do zaakceptowania, lecz ta “skaza” na jej urodzie paradoksalnie dodaje jej więcej człowieczeństwa. Szybko można zapomnieć o tym, że jest cyborgiem, nawet jeśli mimika jej twarzy jest jeszcze udoskonalana przez efekty komputerowe. Bijący od Salazar entuzjazm to bodaj najjaśniejszy punkt całej obsady, gdy reszta będzie jedynie pionkami, schematycznie przemieszczającymi się po fabularnej szachownicy. Gdy Waltz nie może grać swojej ulubionej postaci z Bękartów wojny, to pozostaje kompletnie nijaki, Jennifer Connelly zostaje sprowadzona do roli podrzędnej femme fatale, dzięki której można poznać tajniki futurystycznego haute couture, zaś Mahershala Ali to niczym niewyróżniający się przeciwnik, z mrocznym, niskim głosem, w płaszczu ukradzionym z planu zdjęciowego do Matrixa.

Wprawdzie Alita: Battle Angel to produkcja osadzona na dobrze znanych schematach, lecz nie można jej odmówić szczerości, trzeba docenić to mocno bijące cyberserce. Cameron zapewne uczciwie staje w obronie przyszłego proletariatu, ostrzegając przed powrotem feudalnych zależności, tym razem ufundowanych na technologicznej przewadze. Wszelkie nawiązania do starożytnego Rzymu (walki “gladiatorów” i reakcje widowni, chodzący po ulicach Centurioni, kolonialna zależność między centrum, a peryferiami) są tutaj nieprzypadkowe. Udaje się autorowi Titanica przemycić pewne dystopijne wątki, chociaż bez wątpienia Kanadyjczyka należy zawsze umiejscawiać po stronie apologetów postępu. W końcu to człowiek nosi w sobie pierwiastek zła, a nie maszyna, którą chce wykorzystać dla swoich partykularnych interesów.


Dziecko Rodrigueza Camerona stworzone jest z części do siebie nieprzystających, lecz jednoznaczna krytyka byłaby zbyt niesprawiedliwa. Stworzone przez nich dzieło odznacza się z rzadka spotykaną, pomysłową widowiskowością, a wybór głównej bohaterki pozwolił na dodanie odrobiny lekkości do dosyć ponurego przekazu. Mimo potwornej schematyczności udało się reżyserom tchnąć ducha w ten scenariuszowy egzoszkielet. Chociaż wątpliwości i kolejne przekładane daty premiery okazały się uzasadnione, to Alita: Battle Angel jest przynajmniej filmem sprawiającym kinofilską frajdę. Nie chodzi nawet o delikatne nawiązania (choćby do Terminatora), lecz o niezniszczalną cameronowską wiarę w siłę wykorzystywanego medium, zdolnego przygotować ludzkość na to, co nieuchronnie w przyszłości nastąpi.

2.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.