„Ant-Man i Osa” – Recenzja

Marvel Cinematic Universe to siła, której nikt nie jest w stanie zatrzymać. Siła ta przyniosła już w tym roku Czarną Panterę, czyli bardzo udaną produkcję oddającą hołd Afryce i tamtejszej kulturze. Przyniosła także jeden z najbardziej oczekiwanych przez geeków filmów ostatnich lat – Avengers: Infinity War. Niestety, zdaje się, że nawet największym komiksowym fanom zabrakło już pary, by z mocno zaciśniętymi kciukami oczekiwać Ant-Mana i Osy. A szkoda, bo czekać zdecydowanie warto.

Kadr z filmu „Ant-Man i Osa”

Opowieść rozpoczyna się w sposób, którego nie powstydziliby się najwięksi twórcy kina nowej przygody – Scott (Paul Rudd) wraz ze swoją córką, przedzierają się przez labirynt, mając na podorędziu jedynie zapalniczkę. Chwilę później okazuje się jednak, że wszystko jest mistyfikacją, a labirynt został skonstruowany przez samego Langa, wciąż przebywającego w areszcie domowym, który w jakiś sposób próbuje zabawić swoją córkę. Całe szczęście, wszystko ma się niedługo zmienić, bo już za 3 dni kończy mu się odsiadka, a on, wraz ze swoim wiernym kompanem (i przełożonym) Luisem (w tej roli świetny Michael Peña) dostali największe w historii ich firmy ochroniarskiej zlecenie.

Zobacz Również: 15 najlepszych filmów pierwszego półrocza

Nic w życiu superbohaterów nie może być jednak tak proste, bo Scott w śnie przenosi się do wymiaru kwantowego, w którym słyszy głos Janet (Michelle Pfeiffer), żony znanego z pierwszej części doktora Hanka (Michael Douglas), od 30 lat uwięzionej między cząsteczkami. Decyduje się on wówczas zaryzykować swoją wolność, by wraz z Hope (tytułową Osą) uratować jej mamę, a przy tym odkupić swoje winy. Niestety, na ich drodze stanie nie tylko podręcznikowy przykład złego, bogatego faceta w postaci Sonny’ego Burcha (Walton Goggins), ale również próbująca uratować swoje własne życie, cierpiąca na molekularne rozszczepienie Duch (Hannah John-Kamen).

Payton Reed ma świadomość co czyni Scotta Langa całkowicie odmiennym od innych superbohaterów Marvela i umie te aspekty wykorzystać do perfekcji. Ant-Man jest zwykłym, prostym gościem, który popołudniami trenuje grę na perkusji, wieczory spędza na oglądaniu telewizji, a śpi średnio po 10 godzin dziennie. Tak naprawdę – w przeciwieństwie do Thora czy Iron-Mana – każdy z nas mógłby nim zostać, oczywiście gdyby miał na podorędziu tak wypasiony strój. Znacznie bardziej „na miejscu” wypada inteligentna, zdolna i mądra Hope, bez której tak naprawdę cały plan nie miałby szans się udać.

Kadr z filmu „Ant-Man i Osa”

Najlepszą częścią Ant-Mana i Osy jest bez wątpienia humor, opierający się na masie odniesień do amerykańskiej popkultury (Morrissey!), zabaw słowem, a także chemii aktorskiej między RuddemDouglasem. Gromkie wybuchy śmiechu wywołują również elementy slapsticku, szczególnie kiedy nasz główny bohater musi zmienić swój rozmiar (nigdy nie spodziewałem się, że przez usta Laurence’a Fishburne’a przejdzie żart o męskich rozmiarach). Tak naprawdę, same możliwości strojów, zaprojektowane przez Hanka Pyma, zostawiają tyle miejsca do popisu, że aż żal tego nie wykorzystać, a więc dostajemy kino samochodowe przed laptopem, dom w postaci walizki, czy też skarłowaciałego Rudda biegającego pod pelerynką skradzioną czterolatce.

Zobacz Również: Mamma Mia: Here We Go Again – Recenzja

Na pierwszy plan wybija się również bardzo dobre aktorstwo. Rudd potwierdza, że w swoim superbohaterskim stroju czuje się jak ryba w wodzie, dodając do znanej z pierwowzoru komediowej strony znacznie więcej dramatyzmu, przez co – po raz pierwszy od niepamiętnych czasów – zaczęło mi zależeć na jakimś superbohaterze. Głównie ze względu na relację ojciec – córka, która pozostanie najlepiej poprowadzonym wątkiem rodzicielskim w filmach spod bandery Marvela. Równie dobrze jako comic relief sprawuje się Michael Peña, wiecznie nabuzowany pozytywną energią i rozświetlający ekran swym pięknym uśmiechem. Lepiej niż w Ant-Manie wypada Evangeline Lily, a jej Hope staje się obecnie najlepszą kobiecą protagonistką w filmach komiksowych (choć na krótko, bo po ten tytuł zmierza pewnym krokiem Brie Larson jako Capitan Marvel). Resztki energii aktorskiej wysupłał Michael Douglas, przypominający momentami aktora z Gry Finchera.

Kadr z filmu „Ant-Man i Osa”

Marvelowi po raz kolejny udało się stworzyć rozbudowaną postać szwarccharakteru, która działa z pewnych jasno określonych i zrozumiałych powodów. Ba – można śmiało powiedzieć, że Peyton Reed próbuje tutaj odpowiedzieć na pytanie, co jesteśmy w stanie zrobić, by uratować własne życie, a także w jaki sposób ponosimy winy za działania swych ojców (co jest pewnym ostrzeżeniem dla Scotta). Oficjalnie skończyły się czasy typowego Marvelowskiego villaina, czyniącego zło z powodu zazdrości, a na ich miejsce przyszły pokrzywdzone przez życie sieroty (Black Panther), zbawcy świata (Avengers) i ci na łożu śmierci (Ant-Man i Osa).

Zobacz Również: Serial „Terror” a Dostojewski

Film Reeda wypada również bardzo atrakcyjnie pod względem wizualnym. Czy to w sekwencjach akcji, gdzie coraz to w wymyślniejszy sposób twórcy bawią się rozmiarem różnych przedmiotów – latające Hello Kitty z trailerów to tylko wierzchołek góry lodowej – czy w sekwencjach z wymiaru kwantowego, których to animacji nie powstydziłby się Darren Aronofsky.

Największą bolączką Ant-Mana i Osy jest wtórność, bo otrzymujemy tę samą, znaną wszystkim historię, podaną jedynie w lekko zmienionej otoczce. Problem również w tym, że nie ma tu żadnego elementu zaskoczenia, a cała fabuła jest po prostu liniowa i w żadnym momencie nie obawiamy się o losy naszego głównego bohatera, bo mamy świadomość, że jest jedną z kluczowych postaci nadchodzącej w przyszłości finałowej walki z Thanosem.

Kadr z filmu „Ant-Man i Osa”

Ant-Manem i Osą największe problemy będą mieli prawdopodobnie fani Marvela, bo jest to jak na największe uniwersum bardzo zwyczajny film, operujący prostym humorem oraz daddy jokes. Na całe szczęście trafił on na mnie, czyli na człowieka, który MCU traktuje z dość dużym dystansem. Dla mnie druga część historii o Langu to opowieść o spełnianiu dziecięcych marzeń, relacjach ojciec – córka, oraz – przez symboliczne szukanie matki przez wiele wymiarów – o szukaniu swojego „ja”, swojej tożsamości, a umiejętność kurczenia się do rozmiaru mrówki jest tutaj jedynie przyjemnym dodatkiem. Film Peytona Reeda to idealny przykład wakacyjnego blockbustera, na który możecie przyjść ze znajomymi, kupić popcorn i po prostu dobrze się bawić. Bo o to też chodzi w kinie.

3.5/5

Oficjalna polska premiera „Ant-Mana i Osy” już 3 sierpnia!

Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.