„Aquaman” [Czyli Pan Schematów i Oceanów] – Recenzja

‍Legenda o mitycznym zbawcy Atlantydy, który uleczy uciemiężony lud i połączy pięć podwodnych królestw, miała być również kolejnym krokiem do wyzwolenia filmów uniwersum filmowego DC z estetycznych łańcuchów, narzuconych przez Zacka Snydera; całkowitym odcięciem się od mroku, udaną transformacją w przyjemne produkcje, będące powiewem świeżości  i próbą wprawienia w ruch lekko zardzewiałych trybów maszyny pod nazwą Box Office. I choć Aquaman zdaje się być krokiem w dobrą stronę, to nadal odnosi się wrażenie, że oglądamy znaną nam z produkcji Marvela historię podaną w sposób dość, by użyć łagodnego słowa, przaśny.

Zobacz również: „Wielka draka w chińskiej dzielnicy”. czyli o świętach z Kurtem Russellem

Co ciekawe, ów „Marvelovość” w Aquamanie stanie się w pewnym momencie aż nieznośna. Znamienne będzie poczucie, że oglądamy tak naprawdę reinterpretację Czarnej Pantery, połączoną z ikonicznymi scenami z Harry’ego Pottera. Ot cała historia opowiada o wyklętym potomku, który posiada niezbywalne prawa do tronu, o ukrytym przed światem zwykłych śmiertelników, niesamowicie rozwiniętym technicznie światem (Wakanda?), o zemście za zabójstwo ojca, o naturalnej dominacji nad innymi, którą wreszcie należy pokazać. Arthur Curry musi stawić czoła Królowi Ormowi (walka T’Cahlli z Erikiem), który pragnie ukarać świat za zanieczyszczanie mórz i oceanów, a by ukazać barbarzyństwo „powierzchniowców” wynajmuje jednego z nas – pirata Mantę – by ten dokonał dzieła zniszczenia zabytkowych ruin (czy nie to samo robiła postać Michalea B. JordanaAndy’ego Serkisa?). Tak samo, gdy w jednej z pierwszych scen, młody wówczas Arthur zatrzymuje w sposób nadnaturalny rekina (ratując swojego prześladowcę) i przywołuje resztę ryb z oceanarium, przed oczami mamy pierwszy kontakt Pottera z wężami podczas wycieczki szkolnej.

Fot. Warner Bros.
Fot. Warner Bros.

James Wan ujawnia swoje inspiracje już w otwierającym kadrze, gdy narrator w postaci Jasona Mamoy cytuje Juliusza Verne’a, opowiadającego o wpadających na siebie statkach (co ma być paralelą do spotkania rodziców przyszłego Aquamana). I ten duch powieści Francuza będzie się unosił od początku do końca seansu. Czy to w momencie gdy Arthur dosłownie zbliży się do Jądra Ziemi, czy gdy wraz z Merą będzie zmuszony odbyć podróż (prawie) dookoła świata, a my poczujemy dreszcze żenady, gdy wraz z ich przybyciem na Saharę, z głośników rozlegnie się głos Pitbulla i bezwstydny cover Toto – Africa, pod tytułem Ocean to ocean. O ile geniusz pisarski twórcy Tajemniczej wyspy jest niezaprzeczalny, o tyle wszystkie odwołania kulturowe w Aquamanie zdają się po prostu dziecinne. Tak jak w Avengersach Spider-Man wzoruje się na Obcym 2, tak tu Arthur ratuje siebie i Merę w sposób wzięty z Pinokia.

Zobacz również: Recenzja „Mojego pięknego syna”

Problemem z jakim mierzy się Wan jest również miejsce akcji, wymuszające na nim narrację pod wodą. Powoduje to spłaszczenie wszystkich emocji, gdy w najbardziej dramatycznych momentach widzimy pływającego po rafach koralowych Williama Dafoe, którego nogi wyginają się w cztery strony świata w skutek nie do końca udanego obrobienia w green screenie. Z drugiej strony – co trzeba oddać – Atlantyda w wizji twórcy Piły wygląda niesamowicie i jest bardzo dopracowana, w każdym, nawet najmniejszym szczególe (wygląda zaskakująco dobrze nawet w 3D!). Choć paradoksalnie w fabule nie ma słynnego dla DC mroku, jest on nieodzowny w niektórych kadrach, w których – niestety – nic nie widać, bo jest za ciemno.

Najtrudniej w przypadku Aquamana ocenić jednak samą opowieść i scenariusz. Z jednej strony Wan zarzuca nas całkowicie nieśmiesznymi one-linerami wygłaszanymi przez zaskakującego spiętego Mamoę, a z drugiej udaje mu się zbudować jeden z lepszych wątków miłosnych w historii filmów sygnowanych przez DC. Nie przeszkadza tu również obecna patetyczność – co jednak jest problemem większości filmów z gatunku superhero – choć niestety zbyt często przeradza się ona w uprawianie nieznośnej tromtadracji.

Jason Mamoa, mimo paru wpadek w pierwszej połowie filmu (będącej znacznie gorszą niż druga), udowadnia że posiada tę niepowtarzalną charyzmę, która umożliwia mu porywanie widza i powoduje, że jakkolwiek zależy nam na jego finalnym sukcesie. Problem w tym, że większość drugiego planu zlewa się tutaj w całość – Patrick Wilson wygląda na wynudzonego, William Dafoe nie może odnaleźć się w realiach CGI, a Nicole Kidman jest ograniczana przez swój obrzydliwy wizualnie kostium. Jedynie Amber Heard jest tu promykiem nadziei na to, że można mieć jakąkolwiek chęć do występowania w filmach DC.

Zobacz również: Recenzję filmu „Kursk”

Na początku wspomniałem o przaśności – i tak niestety jest. Mamy przepych, rokokową mdłość wyrazu, brak smaku w niektórych, nie tyle niewybrednych, co po prostu głupich żartach, oraz bardzo nijaką ścieżkę dźwiękową, która przecież zawsze była ostoją produkcji z Ligą Sprawiedliwości w tle. Po raz kolejny w obranym przez nich stylu bardziej widać próby usilnego bycia młodzieżowym i popularnym niżeli faktycznego zrozumienia współczesnych realiów kinematograficznych.

Fenomen Wonder Woman nie polegał bowiem na nowatorskim podejściu, ale na historii przepełnionej pasją i niespotykanej wizji artystycznej Jenkins. Projekt Wana jest natomiast wtórny, ale jeśli – jakimś cudem – nie widzieliście żadnego filmu z gatunku superhero w tym roku, to Aquaman będzie wam się wydawał czymś całkowicie świeżym i fascynującym. Reszcie pozostanie tylko walka wieńcząca całą podróż Arthura, z zapewnieniem, że Aquaman powróci. Co smutne – chyba jednak niestety.

2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.