„Assassination Nation” – Recenzja

Chociaż siedemnasty wiek już dawno się skończył, w miasteczku Salem nadal poluje się na czarownice. Wyciek prywatnych zdjęć i wiadomości ponad połowy mieszkańców tego pozornie spokojnego miejsca wywróci dotychczasowy stan rzeczy o sto osiemdziesiąt stopni. Przed tym, jaką formę przybierze ten uwspółcześniony lincz ostrzeże widza osiemnastoletnia Lily, która okaże się być główną ofiarą rozwścieczonego tłumu.

Zobacz też: „Ballada o Busterze Scruggsie” – Coenowie podzieleni – Recenzja

Nie będzie to może aż tak dosłowna wiadomość, co ta Gaspara Noé w Sam przeciw wszystkim, ale teledyskowy montaż co intensywniejszych fragmentów Assassination Nation skutecznie nastawi widza do tego, co będzie na niego czekać podczas seansu. Krwawe strzelaniny, porwania, morderstwa, próby gwałtu i ogromne żaby? Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, a wizyta w Salem odmieni go już na zawsze.

Wszystko to zaczyna się całkiem niepozornie. Wspomniana już Lily (Odessa Young) nie jest jeszcze, wraz ze swoimi trzema najlepszymi przyjaciółkami, wrogiem publicznym numer jeden. Prowadzi bezpieczne życie zwyczajnej licealistki, która w wolnym czasie chodzi na imprezy, spędza czas ze znajomymi oraz z chłopakiem, sporadycznie wysyła swoje półnagie zdjęcia tajemniczemu i prawdopodobnie o wiele starszemu mężczyźnie. Początkowo ofiarami ataków hakerskich są pojedyncze, ale ważne osoby. Obiecujące kariery burmistrza i szkolnego dyrektora kończą się nagle i brutalnie. Opinia publiczna staje przed pierwszą okazją na przetestowanie swojej burzliwej reakcji wobec wyciągniętych na światło dzienne grzechów oskarżonych.

Konflikt zagęszcza się, a odpowiedzialny za scenariusz i reżyserię Sam Levinson znajduje w całej tej anarchii jeszcze więcej przestrzeni do zaangażowania swojej produkcji społecznie. Zapomnijcie o serii Noc OczyszczeniaAssassination Nation o wiele celniej wbija szpilkę w amerykański zwyczaj posiadania w domu większej liczby sztuk broni niż członków rodziny. Dość powiedzieć, że kulminacyjne sceny krwawej jatki początek swój znajdują w niewinnym ujęciu rozłożonej na podłodze flagi USA na której to znajduje się tyle śmiercionośnych narzędzi, że wystarczyłoby ich do zaopatrzenia małego garnizonu.

Zobacz też: „Dlaczego jesteśmy kreatywni?” – Zatracony reżyser, lodówka Lyncha – Recenzja

Zresztą eskalacja tego polowania wychodzi daleko poza niezobowiązującą rozrywkę. Aż do bólu popularny we współczesnym kinie trend polegający na pokazywaniu zagrożeń płynących z rozwijających się technologii miesza się tutaj z krytyką bezrefleksyjnej i skłaniającej się w stronę przemocy natury ludzkiej, a na zgliszczach powstałych po fuzji tych dwóch lęków stara się wykiełkować jeszcze jedna idea – kobiet, złączonych w kolektyw dzięki utopijnej odezwie i dominujących (zarówno w liczbie, jak i w sile charakteru) w filmie Levinsona, bo to one ostatecznie biorą sprawy w swoje ręce. Hiperbola na miarę czasów ruchu #metoo, ale czy przypadkiem to nie szło jakoś tak, że przemoc rodzi większą przemoc?

Ale na szczęście Assassination Nation nie zapomina o tym, że przede wszystkim jest filmem i jako film ma się sprawdzać. Przedziwna estetyka mediów społecznościowych, połączona z rozwiązaniami charakterystycznymi dla kina exploitation oraz licealnych produkcji dla młodzieży, to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Imponuje swoboda, z jaką bezpretensjonalne masakry łączą się z akuratnym portretem przesiąkniętego najnowszymi technologiami pokolenia. Jak łatwo przychodzi mu przejście od świetnie nakręconej, żywiołowej imprezy do intymnego spojrzenia na relacje damsko-męskie, z jaką naturalnością potencjalna królowa balu przeobraża się w przerażoną, skąpaną w swojej (i nie tylko) krwi dziewczynę. To tak jakby tegoroczny serial Heathers, którego pierwotne zdjęcie z anteny to efekt nastrojów w USA po strzelaninie w Douglas High School, poszedł jeszcze bardziej na całość i jeszcze bardziej w tyle zostawił groteskowy pierwowzór z Winoną Ryder i Christianem Slaterem.

 

Oślepiająco kolorowe napisy-manifesty, pulsujące hashtagi, dynamiczny podział ekranu czy też okazjonalnie stroboskopowy montaż w pewnym sensie zamykają obraz w okowach internetowej stylistyki. Szybko okazuje się jednak, że wcale nie jest to ostateczny wyrok. Instagramowy chaos przeplata się tutaj z prawdziwie przemyślanymi zagraniami, na co najlepszym dowodami niech będą: dystansujące bohaterów łamanie czwartej ściany, finezyjna zabawa muzyką diegetyczną oraz kilkuminutowa sekwencja włamania do domu jednej z bohaterek nakręcona na jednym ujęciu i sprytnie obserwująca całą akcję zza okien budynku. Cieszy fakt, że coraz więcej twórców zdaje się zauważać, że tworzenie wersji gore Kevina samego w domu to najlepsza droga, jaką może obrać kinematografia. Po netfliksowej Opiekunce przyszła pora na tę produkcję i pozostaje tylko pozazdrościć kariery Belli Thorne, której udało się wystąpić w obu tych filmach. Wisienką na torcie niech będzie znakomita ścieżka dźwiękowa Iana Hultquista i jej prawdziwie odświeżające podejście łączące charakterystyczne młodzieżowo-horrorowo-thrillerowe zacięcie  z chaotycznie przemyślanym stylem całości.

Zobacz też: „Touch Me Not” – Filmowa terapia – Recenzja

I chociaż prawdą jest, że największą siłą kolorowych, migocących haseł jest ich kolorowe migotanie, a Assassination Nation kręci się momentami w kółko, to dawno już nie widziałem na wielkim ekranie tak zgrabnych piruetów. Film Sama Levinsona to przepiękne dziecko naszych czasów i doskonała rozrywka, a niebezpiecznie autotematyczna puenta tylko pogłębia to niesamowicie pozytywne wrażenie.


4/5

pisanie recenzji.
plusy: pomnik trwalszy niż ze spiżu
minusy: pisanie recenzji


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.