„Avengers: Wojna bez granic” – Recenzja

Marvel, podobnie jak Gwiezdne Wojny ma w moim sercu specjalne miejsce, ale to wcale nie oznacza, że miałam wysokie oczekiwania względem Infinity War. Jest wręcz przeciwnie. Mimo tego, że niemalże każdy film ze stajni Marvel Cinematic Universe mnie bawił, mało mnie w sobie rozkochało tak jak robi to dobry komiks. Po seansie śmiało mogę przyznać — Infinity War miało wiele okazji, by zmienić ten stan rzeczy, ale… nie jest to film pełny.

Bracia Russo stanęli przed kilkoma trudnymi wyborami. Jak napakować film bohaterami nie odbierając przy tym nikomu zasłużonego czasu ekranowego? Postanowili pozwolić fabule toczyć się w najprostszy sposób, przenosząc bohaterów i ich osie fabularne w różne, wcześniej niedokryte przez nas obszary. Wojna bez granic zabiera nas w odległe krańce wszechświata, nie zapominając o naszej rodzimej planecie. W każdej lokacji widzowie odnajdą swoich ulubionych herosów włączonych w proste i jednocześnie dość zaskakujące grupy.

Avengers: Wojna bez granic, Disney, materiały prasowe
fot. materiały prasowe

Jak już wspominałam we wstępie — Wojna bez granic nie jest filmem pełnym. Cztery lata temu na Marvel Media Day, Kevin Feige (szef Marvel Studios) wyjawił tytuły najbliższych produkcji, zwieńczonych sequelem Wojny bez granic. Nagle tytuł czwartej części przygód mścicieli zmieniono, ale nikt nie obiecał nam, że produkcje nie będą stanowić spójnej całości. Po seansie trzeciej części Avengersów mogę stwierdzić, że będą i niestety wiem, że to będzie słuszny wybór, bo…

… Mimo tego, że Infinity War jest najdłuższym filmem Marvela jest również zbyt krótki. Bracia Russo za bardzo się zniecierpliwili i przyśpieszyli kilka wątków, które inni twórcy dusili na małym ogniu od kilku lat. Ten film należy do Thanosa, a herosi w rajtuzach i syntetycznych zbrojach są jedynie przeszkodą antagonisty, którą obserwujemy w ramach jego misji. Muszę przyznać, że szalony tytan jest jednym z najciekawszych wrogów, jakich widziałam na srebrnym ekranie kiedykolwiek. Intencje Thanosa można zrozumieć — co więcej, widz nie ma oporów, gdy przychodzi do obrania jego strony. Jego charakter przypomina mi postać Boga, wykreowaną w Starym Testamencie. Nie jestem pewna czy bracia Russo zrobili to celowo, ale jeśli tak — czapki z głów. Między innymi dzięki temu Thanos wydawał mi się tak potężny i tak… dziwnie znajomy.

Avengers: Wojna bez granic, Disney, materiały prasowe
fot. materiały prasowe

Marvel Cinematic Universe nigdy nie było na tyle szczodre, by ofiarować nam dobrego antagonistę. Dlatego za fakt, że to jemu poświęcona jest cała pierwsza część Infinity War (bo ustalmy sobie jedno, Avengers 4 to wciąż Inifinity War 2) nie należy się obrażać. Na szczęście MCU podarowało nam jeszcze jedną rzecz, której wcześniej próżno było szukać w produkcjach spod pióra twórców największego filmowego uniwersum… chemię między postaciami. Na pierwszy rzut oka widać, którzy herosi są przyjaciółmi od kufla piwa, a którzy dopiero stawiają pierwsze kroki w swojej relacji. Według plotek do tego stanu rzeczy przyczynił się James Gunn, reżyser filmów o Strażnikach Galaktyki. Dialogi napisane przez Christophera Markusa i Stephena McFeely’ego są pełne kolorytu. Niestety nie zabrakło też klasycznego, Marvelowskiego humoru, choć tym razem wydawał mi się o wiele bardziej strawny.

Prawdopodobnie największą przywarą Infinity War jest pośpiech w dążeniu do finału. Mimo tego, że impet emocjonalny filmu zebrał na sali kinowej spore żniwo mógł to zrobić jeszcze bardziej efektywnie, gdyby od czasu do czasu twórcy pozwolili bohaterom na chwilę odpoczynku. Myśl, że nie było na to czasu wcale nie umniejsza mojego żalu. Z jednej strony bardzo ucieszyły mnie wszelkie interakcje ulubieńców, ale z drugiej czułam, że za dużo będę musiała sobie opowiedzieć po seansie. Gdy w powieści graficznej tak duża liczba herosów gromadzi się, by wspólnie zaradzić hipotetycznemu złu dostajemy nie tylko tę serię (event), ale i tie-iny, czyli komiksy opisujące dzieje różnych bohaterów na przestrzeni danego wydarzenia. Tu dostaliśmy tylko to pierwsze, a drugiego musimy się domyślać.

Od czasu Ery Ultrona i przedwczesnej śmierci Quickslivera (ups, spoiler) Marvel nigdy tak źle nie potraktował żadnego herosa jak zrobił to w swojej najnowszej produkcji. Vision, jeden z najpotężniejszych „mścicieli” został sprowadzony do roli błyskotki, którą Thanos koniecznie chce posiąść, przez co nie lśni tak jak powinien. Żałuję też, że Bruce Banner stał się jedynie rozluźniającym widzów żartem i nie ma w sobie prawie nic z inteligentnego naukowca, którego znam z komiksów. Już kilka produkcji wstecz twórcy śmiało eksponowali jego niezręczność, ale nigdy tak, by zamienić ją w obiekt śmiechu.

Avengers: Wojna bez granic, Disney, materiały prasowe
fot. materiały prasowe

Na dużym ekranie Infinity War prezentuje się rewelacyjnie. Wrażenie zrobiły na mnie nie tylko niesamowite efekty specjalne, ale i przepiękne ujęcia. Gromkie brawa należą się Trentowi Opaloch. Jego zdjęcia przenoszą widzą do centrum akcji. Swoją funkcję spełnia również ściężka dźwiękowa, choć nie należy do tych, które chciałabym mieć na swojej półce. Alan Silvestri sprawnie skorzystał z kilku fantastycznych motywów przewodnich znanych z poprzednich filmów, ciarki.

Naprawdę ciężko mi ocenić Wojnę bez granic. Dostaliśmy ciekawy blockbuster z angażująca fabułą, fantastycznymi bohaterami i niesamowitym antagonistą. Niestety nie jest pełny, więc próżno mówić o tym jaki wpływ będzie miał na uniwersum i czy w końcu Marvel postawił na odwagę. Czy każda ze śmierci jest pernamentna? Jeżeli tak to jak zmieni się formuła filmów, które już zostały zaplanowane? A może czeka nas reset uniwersum? Na te wszystkie pytania odpowiedź poznamy już za rok. A teraz… czas na teorie. Uwierzcie, będzie ich równie dużo co fanowskiej kontemplacji nad kwestią rodziców Rey.

Scena po napisach sprawiła, że serce zabiło mi mocniej. Tak dobrej zapowiedzi filmu nie da nam żaden zwiastun. Koniecznie przesiedźcie kilka dodatkowych minut na sali kinowej.

3.5/5

thumbnail: fanart by BossLogic

Nastolatka wychowana przez Hollywood. Uwielbia szeroko pojętą popkulturę i sztukę. Jeżeli spotkalibyście się na ulicy pewnie gloryfikowałaby Nintendo i gry ekskluzywne Playstation, a jakbyś poprosił ją o polecenie filmu to zasugerowałaby seans „The Florida Project”. Wierny żołnierz batalionu Archie Comics.


2 thoughts on “„Avengers: Wojna bez granic” – Recenzja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.