„Berek” jako sposób na męską przyjaźń – Recenzja

Pamiętacie zabawy z dzieciństwa? Berek. Nawet jeśli niekoniecznie byliście fanami berka, na pewno większość z Was dobrze i dość ciepło wspomina czas wiecznego braku odpowiedzialności i permanentnej wolności. Berek. Czas, w którym mogliście wyjść o 9 rano i wrócić o 9 wieczorem. Berek. Oczywiście nie czując głodu, zmęczenia czy znudzenia. Berek.

Kadr z filmu „Berek”

Właśnie w taki sposób każdy maj od 30 lat spędza paczka przyjaciół, podzielona na dwa obozy – tych, którzy starają się nie przegrać, oraz jednego samca alfa – wiecznego zwycięzcę Jerry’ego (Jeremy Renner). Planuje on jednak skończyć z zabawą – wkrótce bierze ślub, pozostaje wierny filozofii „fit jest git” oraz posiada dobrze prosperujący biznes. Pozostała czwórka musi więc wziąć na siebie zadanie rodem z filmu XXX i postarać się pozbawić Jerry’ego „berkowego dziewictwa”. Oczywiście jednocześnie nie rujnując mu ślubu.

Bądźmy szczerzy – fabuła (bazująca na prawdziwej historii) jest jedynie pretekstem do interakcji między bohaterami, z których każdy nakreślony jest prostą, lecz wyraźną kreską. Mamy everymana Hoagie’ego, będącego kolejną wersją Andy’ego z The Office (Ed Helms), narcyzowatego, acz mającego spore sukcesy biznesowe Callahana (Jon Hamm), neurotycznego Sable’a oraz wiecznie wyluzowanego i medycznie „zblazowanego” Randy’ego. Razem stanowią siłę filmu, odwzorowując męską przyjaźń taką, jaka jest – często dziecinną, pełną sporów o dziewczyny, lecz też oddania i łaknącej wspólnej radości.

Kadr z filmu „Berek”

Gdzieś na horyzoncie można dojrzeć postaci kobiece, nieco odsunięte na drugi czy nawet trzeci plan. Twórcy Berka nie są jednak ślepi na ten problem. Wyjaśnienie tego niuansu jest śmieszne, a zarazem tak bardzo oddaje czas, w którym twórcy zabawy zaczęli się nawzajem gonić – dziewięciolatkowie ustalili zasadę braku dziewczyn. Traci na tym duet Isla Fischer-Annabelle Wallis, czyli żona Hoagie’ego oraz reporterka, która zamiast wywiadu z Callahanem może załapać się na najbardziej zwariowaną historię, jaką kiedykolwiek opisze w gazecie.

Po seansie pozostaje pewne poczucie zmarnowanej szansy. Szczególnie ze względu na niewykorzystany potencjał Isli Fischer dającej swojej bohaterce coś, co sprawia że uwierzylibyśmy jej gdyby w środku sceny zaczęła rodzić. Nawet pomimo szczupłej sylwetki i braku jakichkolwiek objawów ciąży.

Dobrym posunięciem twórców było nieograniczanie się jedynie do inscenizacji zabawnych gagów. Podczas nich pełen skupienia Hawkeye wylicza w zwolnionym tempie błędy śmiałków zagrażających jego „berkowej czystości”. Czasami dość topornie, jednakże na ogół w bardzo przyjemny sposób dostajemy kilka morałów płynących z historii o pięciu kumplach grających w berka. Wraz z cukierkowym, lecz zjadliwym happy endem, będącego swoistym kamieniem milowym -czyli wprowadzeniem płci pięknej do zabawy. Ewidentnie czuć tutaj zagranie pod sequel. A ja przyjmę go z otwartymi ramionami i uśmiechem na twarzy.

Kadr z filmu „Berek”

Wydawać by się mogło, że Berek będzie kolejnym filmem aspirującym do miana komedii. Nic bardziej mylnego. Dzieło Jeffa Tomsica jest pełnym humoru słownego i sytuacyjnego samograjem, polegającym w głównej mierze na komediowych talentach aktorów. Co trzeba jednak podkreślić – nie tylko oni dają tutaj dobre show. Realizacyjna pomysłowość i poświęcenie twórców są dowodem na to, że nie każdą scenę akcji należy kręcić na „zielonym ekranie”.

Oczywiście, przytrafiają się momenty fabularnych przestojów. Twórcy zapewne zdali sobie sprawę z tego, że tempo dyktowane kanonadą gagów, zabawnych puent oraz nie zawsze dojrzałego humoru może być męczące dla odbiorcy. Nic więc dziwnego, że swoją niemoc starają się przekuć w atut, dając nam chwilami odpocząć, by po chwili „na świeżo” podejść do kolejnego zwariowanej sekwencji pełnej złotego komediowego contentu.

Bardzo dobrze zaznaczony jest także rozdźwięk pomiędzy Jerrym a resztą ekipy, który na dłuższą metę może przyczynić się do rozpadu ich wieloletniej przyjaźni, występujący nie tylko w chwili konfrontacji czterech na jednego. Szczególnie zauważalna jest tu różnica w dojrzałości bohaterów. Jerry mógłby być mentorem oraz przykładnym ojcem dla bandy pod nieformalnym przewodnictwem Hoagie’go. Jego doświadczenie życiowe jak i emocjonalne oddawać może nawet tak pospolite zagranie jak włącznie narzeczonej do zabawy. A reszta? Zasadę „Dziewczyny nie grają” postawili zaraz obok „Nie uderzamy w odbyt”. A tak chyba nie definiujemy dorosłości?

Zobacz także: Recenzja „Jestem taka piękna!”

Warto na koniec zaznaczyć coś jeszcze. Sposób napisania i nakreślenia postaci świadczy o samoświadomości twórców. Piętnują oni wady współczesnego mężczyzny – osobnika niedojrzałego, często chorobliwie ambitnego czy też egoistycznego. Niezwykle udana dekonstrukcja kulturowego fenomenu, jakim jest facet XXI wieku została przeprowadzona równolegle z całą resztą filmu. To jest – z humorem i szacunkiem wobec widza. Berek nie sili się na melodramatyzm czy miałkie moralitety. Daje za to ogromny uśmiech radości i rozbawienia.

3.5/5

Plakatowy wariat, poszukiwacz neonów i estetyki łączącej się z soundtrackiem wbijającym się w umysł.