„Bez obaw, daleko nie zajdzie” – biografia na autopilocie – Recenzja

Choć najnowszy film Gusa Van Santa miał premierę w styczniu na tegorocznym festiwalu Sundance, to skrócony opis jego tematyki sugeruje, że równie dobrze mógłby być klasycznym oscar-baitem, nastawionym na wyłudzenie nominacji od łaskawie patrzącej na tego rodzaju produkcje Akademii. By ująć sprawę w nieco obcesowy sposób: oto rudowłosy, sparaliżowany po wypadku aspirujący rysownik-alkoholik próbuje odnaleźć wewnętrzny spokój z pomocą pielęgniarki skandynawskiego pochodzenia i grupy wsparcia prowadzonej przez homoseksualnego dziedzica fortuny. Jak krzywdzące i nadmiernie upraszczające takie przedstawienie rzeczy by nie było, tak nie zmienia to faktu, że reżyserowi nie udało się dorzucić niemal nic nowego do utartych schematów wypracowanych przez Moją lewą stopę czy Nietykalnych.

Ciepłe, pastelowe i nieco barokowo przesycone kolory zachodniego wybrzeża USA lat 70. są uroczym tłem dla historii satyrycznego rysownika Johna Callahana, z którego życiorysem Van Santa zapoznał ponoć sam Robin Williams. Burzliwa, suto zakrapiana alkoholem młodość wiedzie do tragedii, po której wszystko się zmienia – bohater stacza się na samo dno, by zacząć powolną wędrówkę w górę, rozliczając się z demonami przeszłości i dokonując sanacji swoich skomplikowanych relacji z otoczeniem. Banał. Każdy wie, jak to się mniej więcej skończy, mimo to oglądanie postępów szydercy, który wyśmiewał wszystkich po równo dostarcza wystarczającej przyjemności i sprawdza się jako lekka rozrywka.

Kadr z filmu „Bez obaw, daleko nie zajdzie”

Na pochwały zasługuje również z uwagą nakreślone środowisko lokalnego koła wsparcia dla uzależnionych od alkoholu, któremu przewodzi charyzmatyczny Donnie (Jonah Hill). Bezbłędnie wystylizowany ekscentryczny guru jest źródłem najzabawniejszych momentów obrazu, a chemia wytwarzana między nim a Callahanem zachęca do uważnego śledzenia rozwoju fabuły. Trochę rozczarowuje Rooney Mara, w niezbyt zapadającej w pamięć roli opiekunki Annu. Choć wydaje się, że efemeryczny charakter tej postaci był zamysłem reżysera, zbyt mocno daje się we znaki w jej przypadku to słynne uczucie zmarnowanego potencjału. Joaquin Phoenix jak zwykle dostarcza ekranowego autentyzmu oraz swobodnego humoru i spokojnie za pociągnięcie całego filmu na swoich barkach mógłby liczyć na nominację do Oscara dla najlepszego aktora. Ale zejdźmy na ziemię, to przecież notorycznie pomijany przez Akademię aktor, a faworytem do wyrwania nominacji z grona występujących w bardziej niszowych produkcjach wydaje się być Ethan Hawke.

Kilka razy zęby mogą nam zazgrzytać na widok intensywnie eksplorowanych klisz i utartych schematów. Scena kiedy zostawiony w mieszkaniu przez swojego opiekuna John próbuje się doczołgać do najbliższej butelki z alkoholem; bohater już po uporaniu się z nałogiem wygłaszający motywujące przemówienie do pełnej sali, albo otoczony wianuszkiem ulicznych urwisów prezentuje im swoje prace – to wszystko już gdzieś widziałem w podobnych obrazach, i to nie jeden raz. Do tego niezbyt odkrywczy komentarz na temat rodzącej się w tamtych czasach poprawności politycznej, z którą oczywiście rysownik był mocno na bakier, czego reżyser nie omieszkał kilka razy niezbyt subtelnie podkreślić. Na pewno ciekawym zabiegiem formalnym są animowane przerywniki, które tchnieniem swojej wyluzowanej kreski sprawiają, że najbardziej znane karykatury Callahana nabierają nowego życia.

Kadr z filmu „Bez obaw, daleko nie zajdzie”

Kino banalne, lekkie i przyjemne, pozwalające poznać życiorys ciekawego człowieka i nacieszyć oczy szeroką paletą pastelowych odcieni lat 70. Jeśli przymknie się oko na momenty przesadnej ckliwości, może być naprawdę niezłym wyborem, gdy mamy ochotę na klasyczną biografię człowieka zmagającego się z przeciwnościami losu. Tylko i aż poprawne wykonanie historii, reżyserowi udało się zarówno ominąć większość pułapek, jakie zastawiają takie „historie większe niż życie”, jak i nie wyróżnić się niczym szczególnym na plus. Solidne kino.

3/5

Jestem studentem. Oceniam filmy obiektywnie. Lubie, gdy filmy są Coenowskie i Cohenowskie. Ironicznie urodziłem się w niewłaściwym pokoleniu, bo moje ulubione filmy i muzyka mają 40+ lat. W dziele filmowym zwracam szczególną uwagę na reżyserię i montaż dźwięku. I’m not a drowining man! And I’m not a burning building!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.