Fot. kadr z filmu Blanka

„Blanka” – Recenzja

Choć Blanka jest zaledwie kilkuletnią dziewczynką, której głowę powinny zaprzątać wyłącznie dziecięce figle oraz szkolne obowiązki, to już w tym wieku zostaje wystawiona na życiową próbę – jej rodzice odeszli, sama pozbawiona jest dachu nad głową, a jedyną formę zarobku na ulicach filipińskiej prowincji stanowi okradanie turystów oraz bardziej majętnych tubylców z ich oszczędności. Na drodze naszej bohaterki staje jednak pewien niewidomy żebrak, który wkrótce obdarza Blankę ojcowską wręcz miłością i uzmysławia, że prawdziwą wartością nie jest życie dostatnie i wymarzone, lecz doczesne i solidarne. Wspólnie trwają więc w lepszych i gorszych chwilach, mierząc się z czysto człowieczą zazdrością i zawiścią, własnymi problemami i pokusami oraz wszechobecną biedą i nędzą. Tę historię, opowiadaną kamerą i scenopisarskim piórem Kohkiego Haseia, wieńczy natomiast banalna acz piękna zarazem puenta, wyrażająca niezachwianą wiarę w zbawienną siłę potrzeby bliskości, którą odczuwa każdy z nas – nawet ten najmniejszy, najmłodszy i najbardziej poszkodowany.

blanka
fot. Materiały Prasowe

Mając przed oczyma takie oblicze Blanki, z pewnością nie weźmiecie dla niej kina szturmem. Bo też z jakiego względu? Ot, klasyczna opowiastka z happy endem, których nasze mieszczańskie umysły przyjęły już niezliczoną ilość. Co więc na swoją obronę mógłby mieć reżyser? A na przykład to, że w przyjętej przez siebie konwencji jest absolutnie bezbłędny. Film ten jest bowiem – tak jak zaznaczyłem – prosty, ale bynajmniej nie prostacki.

Największe pochwały kierować natomiast należy pod adresem struktury, która jest przejrzysta i doskonale stargetowana. Haseiowi wystarcza bowiem kilka niezbyt długich scen, dosłownie 2-3 minuty, podczas których jest on w stanie w satysfakcjonujący sposób wyłożyć nam cały background oraz motywacje postaci. Fakt ten pozostaje w mocy nawet wtedy, gdy pod uwagę weźmiemy to, iż głównym odbiorcą Blanki jest widz młody, wymagający od filmu bezpośrednich i jasnych form komunikacyjnych. Twórca nie wpada wszak w nęcącą pułapkę lenistwa, która mogłaby zmusić go do nachalnego spłycania fabularnego przebiegu zdarzeń czy też do naiwnego efekciarstwa, mającego na celu nieustanne przyciąganie uwagi odbiorcy. Nie, narracja konsekwentnie podąża tu subtelnym szlakiem treściwej ekspozycji, wyrażającej się w zwięzłym, lecz równocześnie wymierzonym co do najmniej znaczącej klatki, opisywaniu elementów świata przedstawionego. Pod tym względem Greta Gerwig i jej Lady Bird znalazły zatem godnego konkurenta.

Blanka
fot. Materiały Prasowe

Z mniej przyjemnych spraw wspomnę chociażby o tym, że Blanka jest mimo wszystko typowym jednostrzałowcem – filmem, który po pierwszym spożyciu traci wszelkie wartości odżywcze. Atmosfera Manili oraz filipińskiej prowincji nie wyrasta ponad to, co możemy ujrzeć w większości produkcji z tamtego regionu, choć oczywiście bije od niej ciepło południowoazjatyckiego powietrza. Aktorsko również nie mamy tu do czynienia z dziełem wybitnym, ale na uwagę zasługuje fakt, że specyficzna dziecięca perspektywa, którą podziwialiśmy np. w The Florida Project, tutaj występuje w swej nieoszlifowanej formie, dodającej całości nutkę frywoli oraz emocjonalnej swobody. Największy problem stanowi jednak zbytnia europeizacja narracji, wynikająca zapewne z włoskich powiązań produkcyjnych reżysera – w tym wydaniu Blanka jest filmem na wskroś europejskim, pozbawionym nawet szczypty dalekowschodniego orientu, który mógłby się wyrazić chociażby w bardziej śmiałym wykorzystaniu visual story tellingu. Niemniej niedociągnięcia te dotyczą wyłącznie newralgicznej kwestii oryginalności produkcji. A ta, jak dobrze już wiemy, nie znajduje się w tym przypadku na szczycie listy priorytetów Haseia.

Zobacz również: „Iniemamocni 2” – Recenzja

Blanka odpowiada zatem za jedno z najbardziej niespodziewanych i nieoczekiwanych zaskoczeń kinematograficznych za rok 2018. Choć tak naprawdę to za rok 2015, bo wtedy odbyła się oficjalna premiera. I pomimo tego, że nie czyni wiele, aby pozostać z widzem na godziny po seansie, to raczej spełnia swoje podstawowe zadanie, jakim jest wypełnienie nam niecałych 90 minut rozkoszą, płynącą z doświadczenia solidnego filmowego rzemiosła. Artysta obraziłby się za przypięcie mu takiej łatki, ale coś sądzę, że Haseiowi będzie z nią dobrze.

3.5/5

Dusza surrealisty, zacięcie akademika. Każdą rozmowę zaczyna od Godarda i prequeli Gwiezdnych Wojen, a kończy w rejonach Bunuela oraz niemieckiego ekspresjonizmu. Pluje na amerykańską tfu popkulturę i wyznaje kult „kina osobistego”.