„Bohemian Rhapsody” – Malek will rock you – Recenzja

Godzina 7.40. Z głośnika mojego telefonu dobiegają pierwsze nuty Bohemian Rhapsody, a Freddie Mercury prosi mnie bym „otworzył oczy i spojrzał w niebo i zobaczył”. Przy klasycznym Galileo zarzucam pospiesznie na siebie specjalnie przygotowany biały T-shirt a na niego żółtą kurtkę i w rytm riffów gitarowych Briana Maya biegnę na spotkanie z zespołem, którego muzyka grała mi w duszy od najmłodszych lat. Jak się jednak dopiero miało okazać, moje oczekiwania zostały spełnione, bo miałem okazję być częścią najlepszego koncertu tego roku.

Bohemian Rhapsody, w przeciwieństwie do swojego muzycznego „pierwowzoru”, jest filmem typowym i schematycznym. Bryan Singer postawił sobie za cel chronologiczne ukazanie drogi na szczyt, a także licznych upadków ikony jaką niewątpliwie był Freddie Mercury (Rami Malek) i zespół Queen. Od pierwszych koncertów jeszcze jako grupa Smile, do której pewnego dnia dołączył Farrokh Bulsara vel Freddie, przez nagrywanie pierwszych hitów i poznanie swojego przyszłego managera Johna Reida (Aiden Gillen), walkę z producentem o Bohemian Rhapsody, zaskakująco wielki sukces, aż do rozpadu zespołu, choroby wokalisty i legendarnego powrotu w ramach Live Aid.

Najważniejszym jednak wątkiem w całej historii Freddiego zdają się być nie odnoszone sukcesy, ale dramaty związane z jego życiem prywatnym. Na pierwszy plan wybija się zwłaszcza relacja z miłością jego życia Mary Austin (w tej roli świetna Lucy Boynton), która trwała u jego boku w najważniejszych chwilach, przez długi czas jako narzeczona, a potem jako wierna i oddana przyjaciółka. Singerowi udaje się uchwycić szczerość i piękno tego związku, który przecież przez orientację  Freddiego skazany był z góry na niepowodzenie. To właśnie ten wątek będzie angażował widza najbardziej, głównie dlatego, że Mary jako jedna z niewielu postaci drugoplanowych, nie jest jednowymiarowa.

Zobacz również: Zobacz również recenzję „Noc Pożera Świat”

Równie dobrze udaje się ukazanie Freddiego jako osoby próbującej zaakceptować to kim jest, a zwłaszcza swoją tożsamość seksualną. Od pierwszych niewinnych spojrzeń na atrakcyjnych mężczyzn, przez wyniszczającą zdrowie, choć przepełnioną fascynacją relację z Paulem Pretenrem (Allen Leech), aż do znalezienia osoby, która będzie go wspierać przez resztę życia w postaci Jima Huttona. Z należną powagą Singer podszedł również do tematu choroby, jawiącej się tutaj jako przerażające widmo, ale także przyczyny ostatniego natchnienia artysty i powrotu do wielkiej formy.

Niestety niewiele dobrego można powiedzieć o budowie relacji Freddiego z resztą zespołu. Da się wyczuć – co wspominał już wyrzucony swego czasu z projektu Sasha  Baron Cohen – że za sterami produkcyjnymi stali gitarzysta Brian May i perkusista Roger Taylor. Ich ekranowe odpowiedniki są krystalicznie czyste, a przez to – na ich nieszczęście – bardzo nijakie. Poza tym, że są muzykami i współtworzą utwory z Mercurym nie wyróżniają się niczym, może poza faktem, że Roger (Ben Hardy) lubi auta, a Brian (Gwilym Lee) to uosobienie rozsądku. Co gorsza – szczególnie w momencie rozpadu Queen – zdawać by się mogło, że była to wina jedynie Mercury’ego, a jak wiemy chociażby z opowieści samego Maya, był to wynik spięć między wszystkimi muzykami, a nie tylko egoizmu samego wokalisty.

Problem w tym, że kiedy wszystko się psuje w relacjach między członkami zespołu i życiu wokalisty, również Singerowi cały film wymyka się spod kontroli, a obecny do tej chwili dynamizm zostaje zatracony. Wtedy też wychodzą na jaw braki warsztatowe reżysera, który wcześniej przerywał nudne sekwencje kolejnymi żartami czy hitowymi utworami. Kiedy jednak kariera ikony wisi na włosku Bohemian Rhapsody rozjeżdża się narracyjnie, mimo usilnych starań Maleka. Zdaje się wówczas, że wątpiący w ten projekt mieli rację i formuła kinowej ekranizacji albumu Greatest Hits of Queen musiała się w pewnym momencie wyczerpać. Szczególnie, że Singer traci swojego asa w rękawie, czyli świetnie cięte dialogi i zastępuje je pompatycznymi frazesami wygłaszanymi przez głównego bohatera.

Zobacz również: Recenzję nowego filmu Paolo Sorrentino

Kiedy jednak zdaje się, że cały film można spisać na straty, wtedy  odradza się on niczym feniks z popiołów, przynosząc nam jedną z najlepszych sekwencji muzycznych w historii kina, czyli 15-minutowy koncert Live Aid. Tym sposobem Singer odkupuje wszystkie swoje winy, przenosi nas do roku 1985, i umożliwia widzom uczestniczenie, w najlepszym koncercie rockowym w historii. Na ekranie nie widzimy już Maleka. Widzimy wskrzeszonego Freddiego Mercury’ego.

Największe objawienie Bohemian Rhapsody to Rami Malek, który na nieco ponad dwie godziny staje się Freddiem Mercurym. Dźwiga ciężar gatunkowy na swoich barkach, tworząc jedną z najwybitniejszych kreacji ostatniej dekady. Przez większość czasu zdaje się, że na potrzeby produkcji Freddy wstał z popiołów, by zagrać swój finałowy koncert. Malek gra jak natchniony, udowadniając że urodził się, by zostać wokalistą Queen.

Singer po kolei odhacza największe hity Queen,  dzięki czemu nieświadomie zaczniemy nucić niektóre utwory, niemo poruszać ustami mamrotając tekst piosenek, a noga sama będzie cicho wystukiwać rytm.

Bohemian Rhapsody w pełni spełnia swoje zadanie. Przedłuża dziedzictwo zespołu Queen, piękną laurką dla ikony , a także dużą dawką rozrywki. Jeśli na jakimś etapie swojego życia klaskaliście do Radio GaGa, tupaliście do We Will Rock You, czy biegaliście do Don’t Stop Me Now, to najnowszy film Bryana Singera jest dla was. Tak samo jak tegoroczny Oscar powinien być dla Ramiego Maleka. Po prostu idźcie się dobrze bawić. W końcu koncert wszech czasów nie zdarza się często.

3.5/5
Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.