„Bumblebee” – Recenzja świetnego filmu o zabawkach

Przyznaję się bez bicia – nigdy w życiu nie widziałem żadnej animacji z serii Transformers. Nigdy też nie miałem miniaturowego Optimusa Prime’a. Całą serią nie zainteresował mnie również pierwszy film z 2007 roku, mimo że można było w nim usłyszeć kawałek Linkin Park, którego namiętnie słuchałem jak na szanującego się jedenastolatka przystało. Moje podejście do serii zmieniło dopiero Transformers 3, podczas których poczułem, że to właśnie ten rodzaj śmieciowej rozrywki kocham najbardziej.

Od tego czasu jestem wiernym żołnierzem Michaela Bay’a, jestem ostatnim bastionem bayhemu, kochającego w nim to, co mądrzejsi ode mnie odrzucają – przerysowanie, megalomanię i wyciągającą z umysłu ostatnie resztki szacunku do dobrego smaku i samych siebie chorą akcję stworzoną przez pot, krew i łzy kaskaderów, potężny komputer oraz poszatkowany montaż.

Nie było dziwnym dla nikogo, że o możliwość napisania kilku słów o Bumblebee walczyłem prawie dwa miesiące. Mój entuzjazm rósł w miarę czekania na niestety dość opóźnioną, polską premierę. W międzyczasie pierwsze opinie i recenzje spływające zza oceanu jeszcze bardziej dały mi do zrozumienia, że ten film to mój must have w tym roku. Wszedłem więc na salę IMAX pełen oczekiwań i doznałem szoku, o którym chciałbym odrobinę opowiedzieć.

Mamy lata 80., San Francisco w Kalifornii. W telewizorze wieczorową porą pojawia się AlfNever Gonna Give You Up Ricka Astleya gra na zapętleniu w radiu, a The Smiths dominują na vinylach i kasetach. Pojawiają się nawet wspomnienia o zimnej wojnie. Czy może być bardziej nostalgicznie? Tak, bo w garażu stoi uszkodzony Corvetta (najprawdopodobniej rocznik 67′), naprawiana przez zaradną lecz nieco odtrąconą Charlie. Bohaterka grana przez wspaniałą Hailee Steinfeld ma w sobie coś z z Izabelle, którą spotkaliśmy jakieś 18 miesięcy temu przy okazji premiery Transformers: Ostatni Rycerz.

Kadr z filmu: „Bumblebee”
Zobacz także: Recenzję „Nie otwieraj oczu”

Wtedy jednak postać młodej dziewczyny z talentem do naprawy tego czy tamtego została wykreowana i odsunięta na boczny tor przez śmietnik jakim jest wyobraźnia Bay’a. Travis Knight wziął jego koncept i wymieszał go ze smutkiem, stratą i kłopotami rodzinnymi. Dołożył kiełkującą przyjaźń z Bumblebee, który niejako spadł jej z nieba, gdy zażądała samochodu na swoje osiemnaste urodziny. Odmienił także Hailee Steinfeld, którą schował za grzywką i niechlujnie ułożonymi włosami. Knightowi już za pierwszym razem udaje się to, czego Bay nie potrafił osiągnąć przez dziesięć lat – stworzył bohaterkę, której zalety nie kończą się na ładnej buzi, nogach modelki i niezniszczalnej fryzurze.

To jednak nie jedyne co udało się twórcy Kubo i dwóch strun. Przejął on pełną kontrolę nad warstwą wizualną żółtego jak szkolny autobus Bumblebee. Wreszcie przypomina on postać, jaką poznać mogliśmy w niezliczonej ilości seriali. Wreszcie przestał wyglądać jak żółto-szary zbiór pikseli dopominający się o jeszcze jedno renderowanie. Co nam to dało? Postać z oleju i stali. Czasami slapstikcowo niezdarnego olbrzyma, czasami zabawnego w swojej niewiedzy przybysza z obcej planety. Przyjęty pomysł na komputerową wizualizację Bumblebee przyniósł mi jednak coś jeszcze, coś czego się nie spodziewałem, a czym się zachwyciłem.

Tym czymś jest piękne ale subtelne odwzorowanie emocji na twarzy zbudowanej z metalu. Oczywiście, nie mam na myśli popisów motion capture na poziomie Andy’ego Serkisa. Zachwyciłem się delikatnością oraz subtelnością gestów i mimik. A przecież wszyscy wiemy, że (poza jakimkolwiek sensem) w filmach Bay’a najbardziej brakuje delikatności i subtelności.

Kadr z filmu: „Bumblebee”
Zobacz także: Nowy tekst z serii Klasyka z Filmawką

Główną częścią Bumblebee musiały być efektowne starcia tytułowego Autobota z Decepticonami. Knight także na tym polu odcina się od spuścizny Bay’a. Starcia nie grożą atakiem padaczki, a choreografia potyczek mimo relatywnie niewielkiego budżetu to wciąż najwyższa półka wśród kart graficznych.

Nie mogę jednak w nieskończoność wymieniać zalet najnowszej produkcji od Paramount. Bo chociaż z miłości do pojazdów-maszyn bojowych jestem w stanie wybaczyć temu filmowi wiele, nie oznacza to tego, że Wy także jesteście na to gotowi. Z redakcyjnego obowiązku wyliczę listę, którą chciałbym zacząć od Johna Ceny. Jeśli ktokolwiek spodziewał się od niego aktorstwa na poziomie wyższym niż szkolny teatrzyk – porzućcie nadzieję. Na szczęście jednak jego rola jest raczej niewielka, bo ogranicza się do mniej lub bardziej zabawnych one-linerów oraz gróźb otwarcia ognia jeśli Bumbleebe zacznie uciekać. Wciąż jest jednak potężnie zbudowanym mężczyzną w mundurze, co może pomóc traktować go nieco poważniej.

Prostota fabuły z czasem zaczyna być jego wadą. Poza jednym zwrotem w zachowaniu Decepticonów, możemy bardzo celnie przewidzieć dalszy bieg historii. To jednak nie sprawia, że film jako całość odbierałbym jako ubogi w treść. Wręcz przeciwnie – tej jest całe mnóstwo, jednak nie w głównym biegu tej historii, a w przygodzie Charlie, która poznaje i opiekuje się Bumblebee. Wyraźnie czuję tutaj spielbergowską spuściznę, co żadnym wypadku nie jest wadą. To po prostu reszta odrobinę niedomaga. Na szczęście nie odbiera czystej radości z seansu.

Kadr z filmu „Bumblebee”
Zobacz także: Naszą listę odkryć minionego roku

Radość tę dostarcza niesamowita chemia pomiędzy Steinfeld a wykreowanym cyfrowo Bee. Czujemy ich wspólne szczęście, ich smutek i ból. Wierzymy w nich jako zespół wspierających się nawzajem istot, które chcą jak najwięcej wyciągnąć z tego przypadkowego spotkania. Wreszcie wierzymy w więź ich łączącą, a której nie każdy się spodziewał. Młoda aktorka uniosła film na swoich barkach i co mnie cieszy najbardziej – zrobiła to za pomocą umiejętności i talentu.

Wydaje mi się, że najlepiej byłoby zakończyć cytatem ze Scotta Mantza, którym przez jakiś czas posługiwano się podczas promocji filmu:

„Not just a great Transformers movie. It’s a great movie. Period.”

Teraz planuję spędzić czas z playlistą złożoną z utworów użytych w filmie. Wam także to polecam. Natkniecie się tam na dwie wspaniałe kompozycje The Smiths, co chyba samo w sobie jest dobrą rekomendacją. A przynajmniej ja lepszej znaleźć nie potrafię.


4.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.