Camping #17 – „Atlas Zła”

W legendach i podaniach ludowych mnożna znaleźć bardzo dużo pokładów mistycyzmu i fantastyki. Trudno się więc dziwić, że twórcy legendarnej już serii „ABCs of Death” zdecydowali się zaangażować twórców z całego świata i stworzyć antologię zakorzenioną w folklorze różnych stron globu, z których każda będzie miała własny, niepowtarzalny klimat. Pierwiastkiem spajającym nowele w jedność miał być mrok i strach przed tym, co nieznane. Mrok czerpiący garściami z kultury romantyzmu. Problem w tym, że trudno takie produkcje mierzyć taką samą miarą, szczególnie w momencie, gdy jedne traktują siebie z dużym dystansem godnym klasyków kina samochodowego, a inne silą się na stworzenie poważnych, przerażających historii. By sobie z tym poradzić na potrzeby tego tekstu zamieniam się w guślarza i wywołuję duchy, chowające się w najgłębszych zakamarkach ludzkiej świadomości.

Kadr z filmu „Atlas Zła”

Austria – „Die Trud” – reżyseria Severin Fiala i Veronika Franz 

Podania ludowe od zawsze miały być przestrogą dla prostego ludu, który świadomy nieuniknionej kary zaprzestawał czynić niecne uczynki, albo przynajmniej starał się je ograniczać. Często stanowiły one parafrazę zakazów biblijnych i nie inaczej jest tutaj, bo otrzymujemy idylliczną przypowieść  o grzechu Onana. Opowieść o prostej praczce, która wracając do domu odkrywa swoją tożsamość seksualną i dopuszcza się niewybaczalnego aktu seksualnego wraz z sąsiadką, grzechu którego nie zmyje nawet pięć repetycji Ojcze Nasz, osadzona jest w klimacie  czerpiącym garściami z baśni rodzeństwa Grimm. Wszystko jednak zburzy się, gdy na ekranie zobaczymy maszkarę ze świńskim ryjem, przypominającą wizualnie bardziej smoka z Wiedźmina, aniżeli przerażający wytwór ludzkich urojeń. Właśnie wówczas uświadamiamy sobie z jaką produkcją będziemy mieli do czynienia – z czystym pastiszem kina grozy, jednakże w tym przypadku pastiszem nieudolnym, głównie przez poważny nastrój noweli, zburzony dopiero w momencie gdy kobiecy orgazm obrazuje wzburzone chrząknięcie warchoła. (3/10)


Turcja – „Al Karisi” – reżyseria Can Evernol 

Jeśli boicie się starszych, umierających kobiet, oraz chorujących na wściekliznę kóz, ta opowieść jest dla was. Historia młodej matki opiekującej się swoją świeżo narodzoną pociechą, a także schorowaną rodzicielką, w której najprawdopodobniej utknął złowrogi duch, to bardzo nowatorska  nowela, jeśli chodzi o budowanie napięcia. Can często wodzi widza za nos, bawiąc się jego oczekiwaniami i brakiem świadomości, w którą stronę pójdzie cała produkcja. Jedyne, co rozczarowuje to słabo rozpisana końcówka, bo samo „Al Karisi” jest prawdopodobnie najstraszniejszą częścią „Atlasu Zła”. Szczególnie ze względu na przemoc domową dziejącą się poza ekranem, przemoc, o której zapomniały wspomnieć Ankarskie legendy. (5/10)


Polska – „The Kindler and The Virgin” – reżyseria Agnieszka Smoczyńska 

Agnieszka Smoczyńska na spotkaniu przed pokazem filmu powiedziała, że bardzo zdziwiła ją propozycja stworzenia segmentu w „Atlasie Zła” i niestety ta nieporadność i brak horrorowego zaplecza jest widoczny, szczególnie w sferze scenariuszowej. Tylko u nas można zrobić trwającą dziesięć minut nowelkę, która nie ma całkowicie sensu, jest bardziej poplątana niż fabuła książki Paulo Coelho, a dialogi są żywcem wyciągnięte z serii „Mickiewicz dla ubogich”. Szkoda tylko Andrzeja Konopki, bo spokojnie mógłby zostać jednym z najlepszych aktorów charyzmatycznych na rynku. W skrócie, Polska w horrorach nadal 10 lat za Turcją. (1/10)


USA – „The Melon Heads” – reżyseria Calvin Reed

Kiedy już wydawało mi się, że „Atlasu Zła” nic w moich oczach nie uratuje, na ekran wjechała trzyosobowa rodzinka, która całkowicie kupiła moje serce. Taplająca się w kinie klasie Z nowelka jest chyba najlepiej rozumiejącą zasady swojego gatunku ze wszystkich pozycji. Idealnie zła, będąca prawdziwym duchowym przedstawicielem kampowości, nawiązująca do klasyków eksploatacji czy też słynnego „The Room”. Wreszcie zaczęło się odczuwać – mimo przebywania  na klimatyzowanej sali kinowej – klimat kina samochodowego, znanego nam jedynie z opowieści, czy też seriali komediowych z zachodu produkowanych masowo w latach 70 i 80-tych. Mistrzowska podróż przez otchłanie beznadziei, wykpienie całego Atlasu, a zarazem stuprocentowa kinofilska ekstaza płynąca z kinowej taśmy. Najwybitniejsze jest jednak to, że tandetność całości jest tu zamierzona, przez co „The Melon Heads” są w swojej niszy wybitne i powinny być pokazywane jako definicja „kina kampowego XXI wieku”. (9.5/10)

Kadr z filmu „Atlas Zła”

Grecja – „What Ever Happened to Panagas the Pagan ?”- reżyseria Yannis Veslemes

Świąteczny specjał z pogranicza Aten, czyli opowieść o wychodzących z portalu Goblinach i walczącym z nimi Pangasie. O ile jeszcze w noweli Agnieszki Smoczyńskiej dało się zobaczyć choć troszkę rodzimego folkloru, tutaj Yannis całkowicie odchodzi w swoje grafomańskie popłuczyny, nie mające nic wspólnego nie tylko z gatunkiem jakim są horrory (niezależnie od klasy), ale nawet kulturą swojego kraju, całkowicie mijając się z zamysłem całej antologii. Otrzymujemy nieudolną i nieangażującą widza stronę fabularną, ulepionego przez sześciolatka goblina, przy którym Grinch jest postrachem na skalę Freddy’ego Krugera, oraz okropne wizualnie kadry wynikające raczej z nieudolności aniżeli świadomego zamysłu. Najgorsza rzecz jaką widziałem w filmowym życiu (0/10)


Indie – „Palace of Horrors”- reżsyeria Ashim Ahluwalia

Czerpiąca garściami z Lovecrafta opowieść o kolonializmie i jego szkodliwości jest miłą, acz zbyt poważną odskocznią od klimatu „Atlasu Zła”. Historia dwóch brytyjskich kupców, którzy próbują nabyć duchowe dziedzictwo hindusów bez wiedzy na temat ichniejszej kultury to oczywista parabola do wydarzeń z XIX wieku, wydarzeń nadal drzemiących w sercach mieszkańców Indii. Sam sposób przedstawienia sugeruje postawę reżysera wobec kolonializmu i „Perły Brytanii” – jest to spowiedź jednego z uczestników wyprawy, po której nie będzie możliwości otrzymania rozgrzeszenia, gdyż podobnie jak strona wizualna -wszystko jest tu czarno-białe. Szkoda tylko, że nie są to do końca moje klimaty. (6/10)

Kadr z filmu „Atlas Zła”

Niemcy – „‚A Nocturnal Breath’ – reżyseria Katrin Gebbe

Nowelki austriackie i niemieckie nauczyły mnie jednego. Legendy germańskie muszą być bardzo chałturnicze, bo nie da się ich oglądać. Tym razem otrzymujemy opowieść o rodzeństwie, nad którym to czyha fatum w postaci myszy, która w nocy morduje, a w dzień śpi w ciele siostry. „Nocturnal Breath” to film tak naturalistyczny, że nawet Bela Tarr mógłby pozazdrościć. Zamiast intrygi otrzymujemy fabularne nadęcie, zamiast emocji impotenckie próby wykrzesania choć iskry napięcia, a zamiast dialogów i mistycyzmu, otrzymujemy oczywistą, schematyczną i pozbawioną magicznej aury historię o walce rodzeństwa, przy której „Balladyna” Słowackiego jest egzemplifikacją suspensu. (2/10)


Węgry –  „The Cobblers’ Lot” – reżyseria Peter Strickland

Na koniec otrzymujemy jednak perfekcyjne, slapstickowe, nieme kino grozy, opowiadające o bratobójczej wojnie o serce księżniczki z pantoflem i rozśpiewywanymi syrenami w tle. Znów sprawdza się teoria, że horrory klasy B najlepiej sprawdzają się gdy traktują siebie z dużym dystansem i łączą dwa z pozoru diametralnie różne gatunki. Opowieść o szewcach, reprezentujących klasę robotniczą i starających się uzyskać rękę córki króla, to prawdopodobnie najlepszy reprezentant chaplinowskiego humoru od czasu „City of lights”. Tyle, że do dzieł Charliego dodano również masę grozy żywcem wziętej z obrazów Caspara Davida Friedricha, a malarskość całości jest odczuwalna od samego początku. Jak się okazuje im bardziej twórcy na potrzeby „Atlasu Zła” ryzykowali, tym więcej zyskiwali. (8/10)

Kadr z filmu „Atlas Zła”

Atlas Zła cierpi na chorobę większości antologii. Jest nierówny, zauważalny jest brak komunikacji między twórcami, szczególnie jeśli chodzi o tematykę i podejście do nowelek, powagę całej produkcji i dystans do każdej sekwencji. Na szczęście cały czas poświęcony na seans nie okazał się stracony, bo otrzymałem dwie piękne perły kina z pogranicza grozy, oraz dwie nawet przyjemne i pozostawiające niedosyt opowieści. Szkoda jednak, że potencjał drzemiący w każdym z pracujących przy produkcji autorów nie został wykorzystany, w szczególności ten Agnieszki Smoczyńskiej, od której wiele oczekiwano po Córkach Dancingu, szczególnie poza granicami naszego kraju. Co zaskakujące w tej szaleńczej produkcji najbardziej brakuje polotu, dystansu i zabawy formą, która gdzie jak gdzie, ale w kinie samochodowym powinna być obecna. Cytując słowa pani reżyser z prelekcji – „Można wyjść.”

1.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.