Camping #22 – „Nawiedzenie Morelli” (1990)

W dzisiejszym „Campingu” znowu gościmy Górną, która powraca z tekstem o jednym z miliarda filmów w reżyserii Jima Wynorskiego


 

Kazirodztwo, czary, makabryczne śmierci, gotycka atmosfera, nagie kobiece biusty i sceny erotyczne. Lubię filmy Jima Wynorskiego. Gdzieś tam, w głębi serca wiem, że robię sobie nieodwracalną krzywdę z każdym kolejnym seansem, ale jego geniusz rekompensuje mi wszystkie straty.

 

„Nawiedzenie Morelli” z 1990 roku to adaptacja noweli Edgara Allana Poe, którą słynny ponurak wydał w roku 1835. Nie pierwsza, bo jeszcze w latach 60. utwór zekranizował Roger Corman, a 28 lat później, patrzył na ręce swemu ukochanemu adeptowi, Wynorskiemu właśnie, który na modłę kina lat 90. przerabiał najbardziej znane filmy Cormana, również „Nie z tej Ziemi”, czy „Kobietę-osę”. Wszystkie te filmy bez wyjątku są kiczowatymi, tanimi horrorami, w których większą rolę niż fabuła odgrywają biusty bohaterek, chętnie i często eksponowane w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Nie inaczej jest w „Nawiedzeniu Morelli”. Wydawałoby się, że trudno będzie wepchnąć do scenariusza nagość i XVIII-wieczne bikini, ale każdy kto się łudził, że to niemożliwe, nie docenił uporu Wynorskiego. „Nawiedzenie Morelli” to ponura opowieść o wiedźmie, która wraca w dniu 17 urodzin swej córki, aby zawładnąć jej ciałem. Spalona na stosie, przywrócona do życia przez swoją seksowną i wydekoltowaną kochankę, spragniona seksu i zemsty na mężu, który skazał ją na śmierć, wiedźma zrobi wszystko, aby tylko przejąć ciało córki i połączyć się na nowo ze swoją ukochaną.

Fabuła tej – zadziwiająco! – gotyckiej historii jest tu naprawdę nieistotna. Wszystkie wątki wydają się być przyczynkiem do nakręcenia kilku scen erotycznych i pozwolenia najbardziej prominentnym aktorkom kina klasy B, aby mogły zaprezentować na ekranie swoje wdzięki. A jeśli „Nawiedzenia Morelli” nie warto oglądać dla sztuki filmowej, to na pewno warto zobaczyć dzieło Wynorskiego dla grających w nim kobiet. I to wcale nie ze względów estetycznych, po prostu trudno znaleźć inny film, w którym w jednej scenie nastąpiłoby takie nagromadzenie niszowych boginek. W podwójnej roli Morelli matki i córki występuje tu Nicole Eggert, późniejsza „Kobieta-demolka” i gwiazda „Słonecznego patrolu”. Jako podła, knująca i rzucająca pełne nienawiści spojrzenia, sprawdza się Lana Clarkson, legendarna „Królowa Barbarzyńców”, zamordowana w 2003 roku przez producenta muzycznego, Phila Spectora.

 

Na dalekim drugim planie, tym razem z rudymi puklami przemyka moja ulubiona Maria Ford, która jak na kolonialną służkę ma całkiem odważne bikini w jednej ze scen, co jednak kończy się dla niej niezbyt szczęśliwie. Jej rola sprowadza się do wpatrywania się z nabożnym wdziękiem w Clarkson. Ale Ford tutaj jeszcze była u progu swej kariery gwiazdy akcji. Dopiero później zagrała w „Striptizerce”, „Nagiej obsesji”, „Aniele zagłady” i kilku innych hitach VHS z niższych półek wypożyczalni.

„Nawiedzenie Morelli” to gniot, ale gniot zabawny, na którym nie sposób się nudzić. Ma powab produkcji Cormana z lat 90., ich bezpretensjonalność i sznyt taniego kina grozy, z którego, jak sztuczna krew, wypływa prawdziwa miłość do klasyków literatury. Z drugiej strony, można też z czystym sumieniem uznać, że to pozbawiona gustu profanacja.

Miłośnik kina niejednoznacznie wspaniałego. Wierzy, że forma w pewnych warunkach staje się treścią. Jego życie zmieniło się, kiedy obejrzał po raz pierwszy „Martwe Zło 2”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.