Camping #23 – „Martwica Mózgu” (1992)

Pamiętacie Władcę Pierścieni? To właśnie tej monumentalnej, trzyczęściowej ekranizacji legendarnej powieści zawdzięczamy erę, kiedy każdy blockbuster musiał być zwieńczony epickim starciem dwóch (lub więcej) armii. Sukces trylogii wyniósł jej twórcę – Petera Jacksona na piedestał i dał mu renomę człowieka, który mistrzowsko operuje rozmachem. Zaskakująco mało ludzi jednak pamięta, że dekadę przed Drużyną Pierścienia, reżyser najbardziej komfortowo czuł się w niszy na wskroś nowozelandzkich, horrorowych gore-komedii. Wśród nich, największego kultu dorobiła się Martwica Mózgu.

Główny bohater – Lionel, jest niezdarą, a jego matka jest okropną jędzą. Staje się jeszcze okropniejszą jędzą, gdy próbując nakryć syna na randce z jego ukochaną, zostaje ugryziona przez egzotyczne zwierzę w zoo i zamienia się w gnijące zombie. Od tego momentu kolejne osoby, jak domino, padają ofiarą zarazy, która każe im pożerać ludzi. Ocalali będą musieli użyć każdej dostępnej broni by ustrzec swoje wnętrzności przed krwawym uzewnętrznieniem. W ruch pójdą kosiarki, żelazka, a nawet roboty kuchenne.

Największym atutem, któremu Martwica zawdzięcza swoją renomę, są oszałamiająco dobre efekty praktyczne. Wszechobecne poucinane kończyny, rozwleczone jelita, powyciągane, wciąż bijące serca, a także śluzy, których obecności w ludzkim organizmie nie pamiętam z lekcji biologii, są tak piękne, że można się w nich zakochać. W żadnym wypadku nie celują w fotorealistyczną wiarygodność – wręcz przeciwnie, jej kosztem eksploatowana jest śliska, obrzydliwa aż do przesady estetyka. Jeżeli macie wrażliwy żołądek, to przed seansem otoczcie się rozsądną ilością wiader i przygotujcie się mentalnie na głowy wrzucane do sokowirówek. Dla naszej uciechy przed kamerami przeleją się 302 litry sztucznej krwi, co po dziś dzień jest nieoficjalnym rekordem świata.

Mimo tych wszystkich potworności, a może właśnie z ich powodu, film jest przede wszystkim komedią. Gdyby Martwica była naczyniem, a przezabawne sekwencje, w których bohaterowie potykają się o leżące na ziemi obiekty były cieczą, to dzban byłby wypełniony po brzegi. Absurdalny humor zmusi was do głośnego zadawania pytań retorycznych takich, jak „Czy oni naprawdę to zrobili?” przy akompaniamencie klasycznego „Co do chuja?”. Zaufajcie mi, kiedy piszę, że absolutny hit, jakim jest zombie-niemowlę, to dopiero początek.

Peter Jackson stworzył dzieło niewątpliwie inspirowane najlepszymi. Warstwa muzyczna, niczym u Almodóvara, swoją kiczowatością przywodząca na myśl latynoskie telenowele. Slapstickowy, absurdalny humor czerpiący garściami z dorobku Charliego Chaplina. Protagonista, który z ofiary losu i nieudacznika przeistacza się w Bruce-Campbellowską figurę rodem z drugiej części Martwego Zła. Sam proces tej metamorfozy sprawia, że film można wymieniać jednym tchem z innymi arcydziełami gatunku coming-of-age, jak na przykład Moonlight, Call Me By Your Name czy Boyhood. Jeśli ktoś powie, że nie bawił się świetnie na Martwicy Mózgu, nazwę go kłamcą i rzucę mu rękawicę.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.