„Czwarta Władza” – Recenzja

W USA coraz częściej mówi się o rzetelności mediów. Hashtag #FakeNews przez długi czas był jednym z najbardziej popularnych na Twitterze. W walkę o prawdę w mediach włączył się jeden z największych przeciwników obecnej administracji rządowej – Steven Spielberg, tworząc film o latach 70-tych i papierach Pentagonu (dla wielu złotych latach dziennikarstwa) – tworząc „Czwartą Władzę”

Rok 1971 to początek końca jednego z najbardziej kontrowersyjnych prezydentów w historii – Richarda Nixona. Zanim dosięgnęła go afera Watergate (która przez moment pojawi się w produkcji Spielberga), musiał zmierzyć się z problemem, który skumulował się przez ostatnie paręnaście lat – wojną w Wietnamie. Papiery, które pewnego dnia trafiają na biurko redakcji „Washington Post”, ujawniają propagandę jaką uprawiał rząd, ukrywając fakt o tym, że wojna jest skazana na porażkę. (skalę wycieku informacji można porównać do wycieku spowodowanego przez Snowdena)

W tym momencie rozpoczyna się najważniejsza walka w filmie. Walka jaką naczelny Ben Bradlee (bardzo dobry Tom Hanks) i jego zespół muszą stoczyć z wydawcą, aby odkryć sekrety administracji, aby spełnić swój obowiązek. Pewnym łącznikiem między dwiema stronami jest Kay Graham (Meryl Streep), pierwsza zarządzająca gazetą kobieta (gazetą, którą odziedziczyła po mężu), osoba otoczona jedynie przez mężczyzn, którzy ciągle ukazują swoją wyższość. To ona musi podjąć decyzję o publikacji, ryzykując rozprawę w Sądzie Najwyższym, a co za tym idzie utratę rodzinnej marki.

Największym problemem z jakim mierzy się „Czwarta Władza” jest bardzo duża oczywistość. I nie chodzi o samą wiedzę na temat końcówki (czego nie da się uniknąć) ale prostotę i zero-jedynkowość. Cały drugi plan został potraktowany po macoszemu – Sarah Paulson, która przez większość filmu pojawia się na trzecim planie, pod koniec dostaje jeden z najważniejszych monologów (typowo pompatycznych – jak to u Spielberga), a jedynym aktorem, który jakkolwiek wybija się ponad resztę jest Odenkirk, który dostał dialog nie polegający na odpowiedzi: „Tak. / „Nie.” / „Nie możesz tego zrobić”. Nawet zdjęcia Janusza Kamińskiego nie mają w sobie nic więcej poza poprawnością.

Spielberg zrobił bardzo solidny film. Wszystko wydaje się być na miejscu, opowiada on ważną historię, ma dobre kreację aktorskie. Trudno jednak patrząc na „Czwartą Władzę” nie mieć wrażenia, że ogląda się gorszą wersję „Spotlight”. Mniej angażującą, bardziej łopatologiczną. Więc jeśli lubicie filmy Stevena – idźcie – dostaniecie to samo, w tej samej formule, tak samo smaczne, bo z „Czwartą Władzą” jest trochę jak z obiadem u dziadka – miłe dwie godziny, a następnego dnia o niczym nie będziecie pamiętać. Ale w tym przypadku, chyba nie o to chodziło.

Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.