„Dom, który zbudował Jack” – Recenzja

Jest taka scena w najnowszym filmie Larsa von Triera, w której Jack (Matt Dillon) próbuje dostać się do domu nieznajomej kobiety. Udaje policjanta, tłumaczy przyczynę wizyty w absurdalny sposób, ciągle sobie zaprzecza, aż w końcu zdradza, że przychodzi jako agent ubezpieczeniowy w celu podwojenia dotychczasowych poborów odwiedzanej klientki. Jego prawdziwym pragnieniem jest dokonanie morderstwa, ale zanim przejdzie do czynu, będzie musiał odznaczyć się sprytem i przebiegłością. Duński reżyser przedstawia tę konwersację w sposób szalenie ironiczny i błyskotliwy.

Bohater jest uroczo oderwany od rzeczywistości, a wypowiadane przez niego słowa trącą wręcz pastiszem wykorzystywanego gatunku filmowego. Stosowana metoda przypomina tę zastosowaną w pierwszej części Nimfomanki, gdzie komizm i dramat dojrzewającej dziewczyny tkwią w nierozerwalnym klinczu. Dom, który zbudował Jack jawi się w pierwszych sekwencjach jako czarna komedia utkana z charakterystycznego dla Duńczyka cynizmu. Wtedy jeszcze widz może się śmiać, bo nie wie, że to zaledwie preludium do zaprezentowanej przez von Triera bałwochwalczej apoteozy samego siebie i własnego geniuszu.

Kadr z filmu: „Dom, który zbudował Jack”

Stanisław Przybyszewski w 1899 roku pisał w Confiteorze w taki sposób o roli artysty: „[…]Artysta stoi ponad życiem, ponad światem, jest Panem Panów, nieokiełznany żadnem prawem, nieograniczany żadną siłą ludzką[…]”, zaś o sztuce wypowiadał się następująco: „[…]sztuka staje się najwyższą religją, a kapłanem jej jest artysta. Jest on osobisty tylko wewnętrzną potęgą, z jaką stany duszy odtwarza, poza tem jest kosmiczną, metafizyczną siłą, przez jaką się absolut i wieczność przejawia[…]”

Zobacz również: „Córka Trenera” – Recenzja

Modernistyczna wizja Muz oraz ich „Panów”, oparta w głównej mierze na filozofii Fryderyka Nietzschego, nadal mimowolnie znajduje uznanie u wielu osób, aczkolwiek prymat estetyki nad etyką ostatnimi czasy jest wyraźnie naruszany. Nareszcie artysta przestaje być jednostką unoszącą się ponad dobrem i złem, zaś sprowadzenie na ziemię prowadzi do spętania natchnionej duszy węzłami praw obowiązujących również zwykłych śmiertelników. Na przykładzie historii Romana Polańskiego doskonale widać, jak odruchowo rozgrzesza się „jednostki wybitne”, których postępowanie i koleje losu są interpretowane niemalże tak dociekliwie, jak tworzone przez nich dzieła.

Wprawdzie akcja #metoo naruszyła status quo, niemniej jednak Lars von Trier zdaje się tym nie przejmować. Lekką ręką przekreśla systematycznie podejmowane próby „uczłowieczania” artystów, pomijając wszelkie trendy związane z umasowieniem i zwulgaryzowaniem sztuki dokonywane w geście ukłonu dla „zwykłego odbiorcy”. Zakłada swoje szaty mistagoga i w artystycznym szale rozpętuje mistyczne widowisko. Kładzie ręce na gwiazdach jak na szklanej harmoniki kręgach, a jego duch (przepraszam, Król-Duch) przeobrażony w pieśń mędrca roznosi się po umysłach wsłuchanych owieczek.

Zobacz również: TOP15 najlepszych filmów pierwszego półrocza 2018

Cała ta narcystyczna maskarada zostaje ujęta w dialog między tytułowym bohaterem, a tajemniczym panem Vergem (Bruno Ganz). Jack jest bez wszelkich wątpliwości porte parole samego Triera, zaś proweniencję interlokutora można odgadnąć w przeciągu dosłownie pierwszych minut filmu. Historia zostaje podzielona na pięć rozdziałów, w obrębie których protagonista snuje swoją opowieść o kolejnych mordach dokonywanych na niewinnych ofiarach. Film Duńczyka nie jest jednak dramatem psychologicznym pozwalającym na wniknięcie w zwichrowaną psychikę zwyrodnialca. Nie jest również metakomentarzem odnoszącym się do nadal popularnej konwencji thrillera. Fabuła stanowi ledwie pretekst do snucia perwersyjnych solilokwiów na temat natury samego morderstwa, momentami dosłownie przypominającego akt tworzenia nowej sztuki.

Kadr z filmu: „Dom, który zbudował Jack”

Nie da się oddzielić Jacka od Larsa, więc można o nich mówić, jak o jednej osobie. Von Trier buduje więc swoją artystyczną teodyceę na niemalże zacytowanych wierszach Williama Blake’a o tygrysie oraz jagnięciu. Sprawa jest oczywista – znaczna część populacji jest jedynie mięsem armatnim w wojnie o dosięgnięcie Absolutu. Człowiek-jagnię to nawóz dla płodnej duszy artysty-tygrysa. Oczywiście w tym świecie nie ma miejsca na kategorie moralne. Zło stoi na równi z dobrem i są to pierwiastki jak najbardziej do pogodzenia, służące jedynie do pokonywania kolejnych przeszkód. Chodzi o podtrzymywanie na swoich barkach stworzonego świata, w którym światłość od ciemności nie są oddzielone. Liczy się stworzenie ikony trwalszej niż ludzka egzystencja, pokonującej barierę czasu i będącej świadectwem dla kolejnych pokoleń.

Zobacz również: „Człowiek, który zabił Don Kichota” – Zbłąkany reżyser i obłąkany aktor – Recenzja

Oczywiście wrzucenie do tej sztafety „wybitności” pokroju Hitlera czy Stalina jest niczym środkowy palec wykierowany w stronę przedstawicieli canneńskiego festiwalu, lecz jest w tym geście również coś minoderyjnego i nieznośnego. Duńczyk cały czas udaje brak zaangażowania oraz zdystansowane podejście (mówiąc inaczej – puszcza oko), podczas gdy najprawdopodobniej, sądząc m. in. po treści przeprowadzanych z nim wywiadów, naprawdę wierzy w swoją misję. Niby żartuje, ale w tej autoparodystycznej narracji, oscylującej między demiurgicznym uniesieniem a psychoanalitycznym ekshibicjonizmem, stawia siebie-Jacka na ostatnim szańcu walki o niczym nieskrępowaną wolność.

Może i dzieło mordercy okraszone jest płaczem, cierpieniem i krwią ofiar, ale wznoszony przez niego pomnik wykracza dalece poza to, co doczesne. Może i dzieło reżysera bombarduje widza okrucieństwem, a wszelkie tabu są regularnie rozbijane, ale wznoszony przez niego pomnik jest niczym latarnia morska dla zagubionych. Zresztą sam Jack w pewnym momencie przeistacza się w odzianego w czerwoną szatę „kapłana” własnej twórczości i poprzez dantejską katabazę udaje się tam, gdzie zwykły śmiertelnik dotrzeć nie może. Pompatyczny cytat obrazu Eugene’a Delacroixa, widniejący również na plakacie filmu, jest niczym wisienka na torcie.

Zobacz również: „Nieposłuszne” – Romans z Rachel McAdams i Rachel Weisz – Recenzja

To właśnie w tym napuszonym sposobie opowiadania tkwi największy problem produkcji. Minęły czasy zimnych i szalenie logicznych wywodów rodem z Dogville. Nie ma już poskramiania formalnej strony obrazu rodem z Przełamując fale. W tym kontekście już nawet Antychrysta można zaliczyć do grona produkcji subtelnie zrealizowanych. Nie razi epatowanie przemocą, choć twórca jest przy tym bardzo dosłowny. Nie przeszkadza również pojawiający się humor, tkwiący na przykład w wyborze na jeden z głównych motywów muzycznych piosenki Davida Bowiego. Gdy jednak von Trier wznosi się na najwyższy diapazon, na przykład traktując pokazywane sceny ze swoich wcześniejszych filmów jako egzemplifikację nieśmiertelności ikon, to popada tym samym w bolesną patetyczność oraz niezamierzoną śmieszność. Wykorzystywana symbolika jest rażąco dosłowna, zaś sama wykładnia filmu prowadzi do wysoce egzaltowanych wniosków.

Kadr z filmu: „Dom, który zbudował Jack”

I cóż, że Dom, który zbudował Jack jest teatrem jednego aktora. Matt Dillon jest w swej roli fenomenalny. Skacze między różnymi konwencjami – bywa ironiczny, później zagubiony, a na końcu opętany szałem mordowania – utrzymując za każdym razem wysoką formę. Wszelkie postaci drugoplanowe, na czele z Umą Thurman czy Riley Keough, są jedynie tłem dla jego popisowych solówek. Ciekawa to sytuacja, w której wybitna rola pojawia się w tak tandetnym i pozbawionym dobrego smaku filmie.

Lars von Trier najprawdopodobniej osiągnie swój cel. W swojej prywatnej kapliczce ze ścianami udekorowanymi kadrami z wcześniejszych filmów pochichocze z mieszczańskich gustów widowni. Będzie mógł szydzić z delikatnych sumień i rozstrojonych nerwów. Szkoda tylko, że w swoim pędzie zgubił gdzieś talent i umiejętność rzucania celnymi obserwacjami. Pretensjonalna symbolika coraz częściej zastępuje w jego filmach potrzebę opowiadania, przez co sam reżyser coraz bardziej daje się zaszufladkować do grona nawiedzonych osobników kina, po których, za wyjątkiem ekscesów, niewiele więcej można się spodziewać.

0.5/5

Najnowszy film Larsa Von Triera w polskich kinach już 12.10.2018!

Nie potrafi pisać o sobie w błyskotliwy sposób. Antytalent w dziedzinie autokreacji. Fan Antonioniego, Melville’a i Kurosawy. Wyróżniony w XXII Konkursie im. Krzysztofa Mętraka.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.