Człowiek, który zabił Don Kichota

„Człowiek, który zabił Don Kichota” – Zbłąkany reżyser i obłąkany aktor – Recenzja

Niewiele filmów może się poszczycić tak poplątaną i pechową historią produkcji jak najnowszy film Terry’ego Gilliama. Od momentu powstania konceptu w głowie Gilliama, a ostateczną premierą minęło mniej więcej ćwierć wieku, w trakcie którego zmienił się pomysł, zmienił się świat i wreszcie zmienił się sam Gilliam. Czy film, który wymusił na reżyserze niemalże identyczną do Don Kichota postawę walki z wiatrakami miał prawo się udać?

Cannes 2018. Wielbiciele kina Gilliama radują się na wieść, iż rodzone w bólach dzieło o przygodach legendarnego wariata będzie miało premierę jako film zamykający festiwal. Niedługo potem świat obiegła wieść, iż reżyser stracił prawa do filmu z powodu batalii sądowej z poprzednim producentem. Zawiłości prawne jednak nie zadały filmowi śmiertelnego ciosu, zrobić to zaś może reakcja widzów, a raczej… jej brak. Filmy Gilliama rzadko kiedy przyciągały tłumy, lecz tym razem dla wielu może być to ogromna strata, bowiem naczelny filmowy błazen wyraźnie się postarał – całą swą wściekłość na świat kina i ludzi rządzących za filmowymi kulisami przelał na film, który wpierw miał być jedynie fantazją o Don Kichocie w teraźniejszości.

O dziwo naszym bohaterem jest Toby (Adam Driver) – młody reżyser uznawany za „geniusza”, zmagający się ze sfilmowaniem nowej adaptacji Don Kichota z La Manchy. Jego pierwszym filmem była podobna opowieść, stworzona za jego studenckich czasów w wiosce położonej blisko jego obecnego planu filmowego. W poszukiwaniu inspiracji i z czystej ciekawości Toby wyrusza w podróż, by odwiedzić zapomniane miasteczko po przeszło dekadzie. Jego nostalgiczna wycieczka kończy się jednak niespodziewanie, a sam Toby wprawił w ruch pewne siły, które na zawsze zmienią jego życie, głównie za sprawą samego Don Kichota, w którego rolę wciela się ulubieniec Gilliama – Jonathan Pryce!

Człowiek, który zabił Don Kichota
kadr z filmu „Człowiek, który zabił Don Kichota”
Zobacz również: Tytan Wyobraźni, czyli Terry Gilliam i jego „Trylogia Marzyciela”

Człowiek, który zabił Don Kichota to film wyjątkowy. Reżyser zawsze podkreślał, że książka de Cervantesa miała na niego ogromny wpływ w trakcie całego życia, głównie za sprawą motywu walki z wiatrakami, siły wyobraźni i gorzkiej satyry. Warto podkreślić, że czytelnicy mający za sobą książkę o przygodach obłąkanego rycerza powinni się przygotować na zaskoczenie – film zaczyna się w zupełnie innym stylu i szybko pojawia się wątpliwość co do natury filmu, z czasem jednak okazuje się, że Gilliam sprawnie wplótł w film wątki żywcem przeniesione z książki, oczywiście w odpowiedni sposób zmodyfikowane. Z radością oglądałem scenę w karczmie, czy pojedynek z migoczącym rycerzem. Co więcej finał filmu również oddaje hołd książce, bazując na kontynuacji napisanej przez de Carvantesa z powodu irytacji pojawiającymi się fałszywymi kontynuacjami jego książki. Druga część przygód Don Kichota ma w sobie wiele goryczy i złości, a także sięgającego nihilistycznych pobudek cynizmu.

Podobna rzecz stała się z Gilliamem, który przez lata mierzył się z katastrofami spadającymi na jego film. Stąd też zapewne decyzja reżysera, by wpisać całą tę frustrację w scenariusz, dzięki czemu mamy do czynienia nie tylko z przepiękną opowieścią o granicy pomiędzy wyobraźnią a szaleństwem, lecz także z gorzkim kinem o realiach filmowego biznesu, z nieustającym problemem ze znalezieniem producenta i piekłem wydawniczym. Toby  jest zwyczajnie odpychającą postacią, siarczyście przeklinającym cynikiem i bawidamkiem, będąc jednocześnie artystą pozbawionym inspiracji. Choć z początku trudno nam go polubić, to z czasem nabywa wdzięku i staje się kimś, z kim widz niemal się zespaja. Ma na to wpływ wiele czynników, od jego szaleńczej wędrówki z Don Kichotem, przez silne poczucie winy wywołane zniszczeniem życia pewnej młodej dziewczyny, na tej cząstce artystycznej duszy, widocznej w jego zajadłości kończąc.

Zobacz również: Kulturawka #3 – O filmowych reprezentacjach wojny w Wietnamie

Wielu z was zapewne oskarży mnie o nadmierną miłość do Gilliamowskiego kina i z pewnością będziecie mieli rację, bowiem dla mnie jego filmy są wyjątkowe, pomimo wielu pomyłek i fatalnych decyzji. Każdy jego film – łącznie z powszechnie znienawidzoną Krainą Traw – zawiera w sobie cząstkę mrocznej baśni, pewien rodzaj stylistyki typowej dla bajek Braci Grimm. Mroczna fantazja, wkraczająca do dorosłego życia. Gilliam nie obawia się ciemności i przemocy, co doskonale widać w jego filmach. Nawet jego czysto „dziecięce” filmy dziś nie zostałyby wypuszczone bez odpowiedniej cenzury.

Człowiek, który zabił Don Kichota również ma w sobie tę cząstkę baśni, zaprawioną potężną dawką mroku i cynizmu, gdyż oryginał Carvantesa również był z zamysłu cyniczny i stworzony jako atak na żyjących przeszłością podupadłych arystokratów. Gilliam natomiast wyśmiewa filmowców, dla których pieniądz i biznes zasłania prawdziwy sens kina. Znajdziemy w tym filmie również komentarze polityczne, problem islamu w Europie oraz siarczyste słowa pod adresem samego Disneya, jak gdyby reżyser starał się wyrazić zdanie na obecne tematy, obrażając i rozśmieszając wielu.

Człowiek, który zabił Don Kichota
kadr z filmu „Człowiek, który zabił Don Kichota”
Zobacz również: „Krzyżacy” – najpopularniejszy film w Polsce

Czy najnowszy film Terry’ego Gilliama jest arcydziełem? Na pewno nie pod względem czysto filmowym – fabuła spowalnia w kilku momentach, pewne efekty komputerowe wyglądają niesłychanie tanio, na dodatek widzowie nieobeznani z oryginałem ominą bardzo wiele wątków i prawdopodobnie nie zrozumieją pewnych scen. Pomimo tego dla mnie – recenzenta – Człowiek, który zabił Don Kichota jest jak najbardziej arcydziełem. Zakończenie filmu sprawiło, iż poczułem ciarki na plecach, a przez ostatnie 30 minut filmu nie potrafiłem oderwać wzroku od ekranu. Duża w tym zasługa przepięknej scenografii – dopracowane stroje, kukły, makiety, efekty i oświetlenie, na dodatek okraszone wpadającą w ucho, odpowiednio hiszpańską muzyką skomponowaną przez Roque Bañosa.

Podobnie jak z wydanym w tym roku Nigdy Cię Tu Nie Było – po seansie spojrzałem na świat z nowej perspektywy, podziwiając promienie słońca odbijające się od otaczających mnie wieżowców. Najnowszy film Gilliama dał mi powód i motywację by – jak Don Kichote – ruszyć przed siebie i walczyć, choćby i z wiatrakami. A wszystko w imię piękna wyobraźni.


5/5

Człowiek-rysownik


One thought on “„Człowiek, który zabił Don Kichota” – Zbłąkany reżyser i obłąkany aktor – Recenzja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.