„Dorwać Gunthera” — Recenzja

Dorwać Gunthera

To mogła być zręcznie nakręcona parodia kina akcji dekonstruująca jeden ze spiżowych pomników tego gatunku – Arnolda Schwarzeneggera. To mógł być pastisz kolejnych filmów o superbohaterach w rajtuzach łączących siły w walce z największym złoczyńcą, jakiego nosiła na swych barkach Matka Ziemia. To mógł być wreszcie mockument szydzący z dwuznacznej moralnie postawy widzów, których sympatia tak często kierowana jest w stronę postaci dokonujących krwawych morderstw. Gdybania i niespełnione nadzieje należy jednak odstawić na bok, ponieważ Dorwać Gunthera w reżyserii Tarana Killama jest po prostu głupią „komedią”.

A było to tak: po świecie chodził Gunther, którego prawdziwej tożsamości nikt nie mógł ustalić. Grupa pomniejszych złoczyńców nie potrafiła znieść tego, że ciągle znajdowali się w cieniu tego wirtuoza zbrodni, toteż zainicjowali powstanie nieformalnej grupy, której celem było zabicie najpopularniejszego z płatnych zabójców. Stworzyli swego rodzaju ligę niesprawiedliwości zrzeszającą mistrzów w swoich fachu introwertycznych unabomberów, wrażliwych trucicieli, szalonych rosyjskich zawadiaków, komputerowych geeków, pochodzących z Bliskiego Wschodu „pistoleros”, a na czele tej trupy stanął sam reżyser, wcielający się w postać mordercy odzianego w dobrze skrojony garnitur. Wszystko miało być uwiecznione przez specjalnie wynajętych do tego filmowców, gdyż o „ojcobójstwie” winien dowiedzieć się cały świat.

I tak trzęsąca się kamera podąża za bohaterami łaknącymi krwi Gunthera. Czasami podgląda zza węgła, chcąc uwiecznić intymne chwile zabójców, a czasami znajduje się w centrum wydarzeń, umykając przed świszczącymi kulami. Zaś same perypetie postaci można sprowadzić do prześmiewczej przenośni – „zabili go i uciekł”. Kolejne zasadzki okazują się niewypałami, krew się leje, samochody wybuchają, a to wszystko unurzane jest w eskapistycznym pragnieniu przedstawienia na ekranie totalnej i niezobowiązującej demolki.

Sęk w tym, że zaprezentowana historia nie funkcjonuje dobrze na żadnym poziomie. Trudno odnaleźć jakąkolwiek puentę i nie do końca wiadomo, o czym chciał swoim obrazem opowiedzieć reżyser. Ni to pies, ni wydra. Nie można tego filmu potraktować również jako komedii wprawiającej w dobry nastrój, ponieważ wygłaszane żarty są na poziomie gagów z Totalnego kataklizmu czy Poznaj moich Spartan. Jedyny rodzaj uśmiechu, jaki może pojawić się na twarzy widza, wynikać będzie zapewne z poczucia zażenowania.

Najgorsze jest to, że początkowe fragmenty filmu nie zapowiadają takiej katastrofy. Wydaje się, jak gdyby Taran Killam miał pomysł na to, w którą stronę wykierować ostrze szyderstwa, ale po drodze zamysł gdzieś wyparował. Konceptu starczyło na ledwie kilkanaście minut, a później trzeba było pchać ten wózek do samego końca. Docenić należy jedynie pomysł przedstawienia historii w estetyce mockumentu. To bowiem stworzyło szansę do specyficznego prowadzenia kamery, dzięki któremu w efektowny sposób zostały przedstawione kolejne sceny walki.

Dorwać Gunthera jest również przeciętną produkcją pod kątem aktorskim. Oczywiście scenariusz nie dawał szansy do stworzenia ciekawszych kreacji. Nawet sam reżyser, mający jedną z głównych ról, nie potrafił w pełni oddać rozterek targających wnętrzem granej przez niego postaci. Wydaje się, że tylko Schwarzenegger dobrze bawił się na planie tego filmu. Jedno ważne zastrzeżenie – nie dajcie się zwieść plakatom reklamującym tę produkcję. Heros kina akcji pojawia się raptem na kilkanaście minut, a co za tym idzie – nie jest głównym bohaterem i nie jest to najlepsza jego rola w ostatnich latach. Wykazano się sporym nietaktem, wprowadzając w taki sposób widzów w błąd.

Dorwać Gunthera w reżyserii Tarana Killana nie dostarcza jakiegokolwiek rodzaju rozrywki. Nie rozśmieszy, nie wprawi w dobry nastrój, nie przedstawi ciekawych spostrzeżeń na temat popkultury, lecz zagwarantuje jedynie ból głowy. Nie przedstawia ten film interesującej historii, więc nie widać przed nim świetlanej przyszłości. Pojawił się w specyficznym momencie w polskich kinach i szybko zostanie zapomniany, gdy tylko zniknie z repertuarów. Należy trzymać kciuki, by ustąpił miejsca ciekawszym obrazom.

1/5

Fot. kadry z filmu / Spectator

Nie potrafi pisać o sobie w błyskotliwy sposób. Antytalent w dziedzinie autokreacji. Fan Antonioniego, Melville’a i Kurosawy. Wyróżniony w XXII Konkursie im. Krzysztofa Mętraka.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.