„Druga strona wiatru”, czyli pożegnanie Wellesa z kinem – Recenzja

J.J. Jake Hannaford (John Huston) nie żyje od trzydziestu lat. Nie tworzy, nie mówi, nie pije, nie krytykuje, nie ma go. Jego protegowany Brooks Otterlake (Peter Bogdanovich) decyduje się pokazać światu ostatnie dzieło swojego mentora, przyjaciela i życiowego przekleństwa. Druga strona wiatru jawi się tu od początku jako twórczy testament, odnaleziony w szafie po latach, który nie zmieni już sposobu patrzenia na artystę, jakim był Orson Welles, ale wreszcie napisze brakujący ostatni rozdział biografii.

Już sam wstęp pokazuje nam jak bardzo fikcja będzie mieszać się z rzeczywistością. Hannaford jest po prostu ekranowym przedstawieniem Wellesa. Każda wypowiadana przez bohatera kwestia będzie formą spowiedzi, rozliczeniem się z biznesem. Jake określany jest mianem geniusza, Ernestem Hemingwayem kinematografii (niczym Orson w latach 60.), coraz bardziej jednak jego dawny sukces ciąży mu, coraz bardziej podkreśla przestarzały sposób pojmowania relacji w przeciwieństwie do młodych, zdolnych i walecznych filmowców, uosabianych przez Bogdanovicha.

Tym razem na granice załamania nerwowego doprowadzają go widmo bankructwa, ucieczka głównego aktora z planu filmowego (do czego sam zresztą się przyczynił), a także świadomość niskiego poziomu, jaki reprezentuje jego nowa produkcja. Nie może jednak uciec od kamer, gdyż jego słowa i czynności rejestrowane są przez ekipę tworzącą dokument o jego twórczości. Życie staje się jedną długą sceną, a on coraz częściej chce powiedzieć finalne: „Cięcie!”.

Zobacz również: Recenzję „Dziedziczek”

W swoim szaleństwie wpada na coraz to dziwniejsze pomysły, by w jakiś sposób odratować własne dziedzictwo, ale czyni to bardziej pro forma, niźli z własnego zapału. Zamawia 30 manekinów uosabiających aktora-dezertera, ekipę komicznych karłów w przebraniach, a w akcie rozpaczy próbuje zebrać pieniądze na dokończenie projektu pokazując jego skrawki różnym ludziom. By uciec od odpowiedzialności rzuca się w alkoholowy ciąg, co chwila popijając schłodzoną szkocką z przerwami na zaciągnięcie się cygarem. Wymuszony przez upojenie uśmiech zmęczonego człowieka będzie mu towarzyszyć przez cały oglądany przez widza dzień z jego życia, pozornie nie mający końca.

Welles mistrzowsko operuje dialogami, najczęściej składającymi się z 2-3 rzuconych w eter zdań nie chcących mieć ze sobą nic wspólnego ludzi. Nawet ta iście ojcowska relacja między Jackiem i Brooksem opiera się głównie na sporach i zawiści, gdyż każdy z nich chciałby mieć cechy tego drugiego. Równie dużym problemem dla reżysera są relacje z kobietami, całkowitymi dominantami, wpędzającymi geniusza w kompleksy i pogłębiających jego pociąg używkowy.

W każdym elemencie Drugiej strony wiatru odczuwalne jest widmo nieuchronnego końca czy to nadchodzącej wielkimi krokami śmierci, końca pewnej epoki w kinie, a także końca kariery tych zasłużonych dla biznesu. Zdawać by się mogło, że w ten oto sposób Welles żegna się z miejscem tak w jego życiu ważnym – planem filmowym i każdą jego częścią, wrzucając w ten rozpadający się projekt ostatnie tchnienie swego artyzmu.

Chaos wizualny Drugiej strony wiatru jeszcze bardziej podkreśla całą fabularną psychodelę towarzyszącą projektowi. Od przechylonych kadrów, nagłego przeskakiwania z koloru do monochromatycznych ujęć, szybkich i ostrych cięć, aż do nachalnych momentami zbliżeń i słynnej dla twórcy gry ze światłocieniem. Wszystko tu oddycha klimatem znanym z innych produkcji Wellesa, również tym utożsamianym ze schyłkiem jego kariery – ludzkim zagubieniem i powolnym rozkładem zdolności narracyjnych.

Wątek kręconego dokumentu to jednak nie wszystko. Równolegle do wydarzeń zza projektora obserwujemy wybrane sceny z ostatniego filmu Jake’a, pod tytułem, nomen omen, Druga strona wiatru. Opowieść o relacji dwójki nieznajomych przesiąknięta jest erotyzmem, a także dość feministycznym wydźwiękiem (niczym z kobiecego kina eksploatacji). Erotyzm wzorowany na filmach Borowczyka, jest ukłonem reżysera dla swojej żony, muzy i współscenarzystki – Oji Kodar. Szkoda tylko, że powtarzające się sekwencje są strasznie męczące i burzą misternie budowany klimat hollywoodzkiego wątku, wysysając, tak jak prezentowane neonowe, brudne ulice, z widza jak i Jake’a wszystkie chęci.

Zobacz również: Recenzję „Listopada”

John Huston tworzy wybitną kreację aktorską. Jake poza byciem odpowiednikiem Wellesa, ma również wiele cech Hustona, co umożliwiło twórcy Sokoła maltańskiego na wplecenie wątków autobiograficznych i autorefleksji. Najbardziej poruszające są te momenty, w których JJ ogląda swój film i w jego przysłoniętych dymem oczach widać rozczarowanie i zwątpienie…. Zdaje sobie sprawę, że traci kontrolę i nie rozumie współczesnego widza, jednak nie może i nie ma gdzie uciec. W aktorskich popisach wtóruje mu Peter Bogdanovich, w pełni stając się Brooksem – chodzącym kompendium wiedzy o twórcy, wielkim fanem jego talentu, jednocześnie będąc jednym z niewielu, który znaczy dla reżysera więcej niż nic. To jego słowa potrafią ranić, cieszyć, a także pomagać. To on jest jego jedynym akceptowalnym krytykiem.

Zresztą, co trzeba koniecznie zaznaczyć, cały zespół aktorski nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Nawet w tych najdziwniejszych, małych rolach widać zaangażowanie i chęć oddania miłości, jaką Welles włożył w ten projekt. Nawet Kodar, mimo braków warsztatowych, tworzy wiarygodny portret silnej quasi-dominy.

Niestety szaleństwo i obłąkanie ma też swoje gorsze strony. Druga strona wiatru to przede wszystkim film ciężki w odbiorze, głównie przez agresywny i męczący sposób montażu. Sam film w filmie (zahaczający o kino klasy X) nie ma w sobie znamion wybitności – i nawet jeśli taki był cel, nie jest on również przyjemny w odbiorze, stając się, co symptomatyczne, największym przekleństwem całego seansu.

Po seansie przyszedł mi na myśl inny, równie przeklęty projekt w postaci Człowieka, który zabił Don Kichota Terry’ego Gilliama. I o ile i Gilliam i Welles mieli na celu ukazanie obłąkania twórczego, o tyle z tego starcia z wiatrakami realiów współczesnego kina obronną ręką wychodzi jedynie twórca Intruza, gdyż jego dzieło zdaje się być nadal (mimo paru kłujących w oczy archaizmów społeczno-politycznych) aktualny i adekwatnie obrazujący ten znienawidzony przez twórcę światek Hollywood.

Historia jaka stoi za premierą jeszcze bardziej podkreśla wydźwięk Drugiej strony wiatru. Zdawać by się mogło jakoby ten czas oczekiwania na premierę był z góry założony, jeszcze bardziej podkreślając dramat reżysera. Bohater Bogdanovicha zastanawia się czy powinien pokazywać ten film publiczności. Ja mówię z całą pewnością tak, bo Welles zasłużył na pożegnanie się z widownią na własnych, rewolucyjnych warunkach.

3.5/5
Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.