„Dukun”, czyli malezyjska nowa fala horrorów – Recenzja

W sobotę wieczorem przemierzałem Warszawę tramwajem mijając dziesiątki ludzi przebranych za wiedźmy, wilkołaki, wampiry, zombie i innej maści potwory. Wszyscy zmierzali na różne imprezy z okazji Halloween, niektórzy zapewne na maratony filmowe, gdzie obejrzeć mogli najnowsze  Halloween, przedpremierową Suspirię i inne produkcje dystrybuowane z okazji zbliżającego się amerykańskiego święta. Mój cel podróży, jakkolwiek zbliżony, był nieco inny. Tej nocy udałem się na Azjatycką Noc Grozy organizowaną w Kinie Muranów, będącą jednocześnie preludium do Festiwalu Pięć Smaków, który już wkrótce odkryje przed częścią kinomanów uroki i tajemnice Dalekiego Wschodu.

Pierwsza produkcja wyświetlana tamtego wieczoru utrwaliła mi się w pamięci tak skutecznie, że nie mogę się nią nie podzielić z naszymi czytelnikami, którzy wielokrotnie już udowodnili, że najbardziej cenią sobie niebanalne produkcje wykorzystujące konwencję horroru do opowiedzenia o ważnych sprawach społecznych. Twórcy takich filmów jak Hereditary czy Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii mieli na tyle dużo szczęścia, że tworzyli swoje dzieła w krajach, gdzie sztuki nikt nie cenzuruje. Dain Said, malezyjski reżyser opisywanego przeze mnie dziś Dukuna tak wiele szczęścia nie miał – jego nakręcony w 2007 roku film został uznany za krytykujący lokalną władzę i nie pojawił się w szerokiej dystrybucji. Aż do niedawna, gdy ktoś wykradł kopię filmu i udostępnił ją w Internecie. Tylko dzięki temu mamy okazję dziś obejrzeć tak intrygujący obraz społeczeństwa Malezji.

Zobacz również: Recenzję nowej „Suspirii”

Wielu czytelników serii Camping na pewno skojarzy Dukuna z nakręconą w 2016 roku Love Witch. W obu produkcjach główną rolę gra postać silnej i niezależnej kobiety parającej się magią. Umie Aida wciela się tutaj w piękną i enigmatyczną szamankę, która zostaje oskarżona o morderstwo jednego ze swoich klientów. Postawiona przed sądem odmawia usług kolejnych adwokatów aż do pojawienia się Dauda; mężczyzny, który poszukuje swej zaginionej córki. Zaintrygowany nadludzką wiedzą oskarżonej, postanawia bronić jej, w zamian za pomoc w odnalezieniu dziewczyny.

Akcja filmu rozgrywa się na kilku równoległych płaszczyznach. Dukun to nie tylko horror, ale także thriller, kryminał oraz udany dramat sądowy, który w sprytny sposób odkrywa przed widzem kolejne karty, żeby w trakcie finałowej rozprawy powiedzieć: sprawdzam! Czy szamanka zasługuje na śmierć? A może powinna zostać uniewinniona?

Wbrew pozorom pytanie to jest naprawdę skomplikowane dzięki osadzeniu utworu w kulturze pełnej sprzeczności. Malezja to z jednej strony kraj silnie muzułmański, z drugiej natomiast silnie wierzący w duchy, demony i magię, których wyznawania Islam surowo zabrania. Daud niejednokrotnie wykorzystuje hipokryzję oskarżycieli i sądu, jednocześnie bojących się szamanki i chcących postępować wedle prawa i logiki.

Zobacz również: Recenzję „Z Perspektywy Paryża”

Poza salą sądową mamy niesamowity pokaz mrocznych ulic i domostw, których praktykuje się mroczne sztuki, za którymi stoi sądzona piękność i jej poplecznicy. Gdy kobieta siedzi w więzieniu doprowadza do szaleństwa swoje współtowarzyszki. Sceny te zapierają dech w piersiach i robią niesamowite wrażenie, jak wiele grozy można pokazać bez specjalnych efektów.

Kolejne tajemnice odkrywane nam stopniowo podczas seansu dopiero w finale uświadamiają nam, jak subtelna i złożona jest intryga, którą utkał nam reżyser. Niewiarygodne, jak niewiele brakowało, żeby tak niezwykła produkcja, stanowiąca jednocześnie aktualną krytykę społeczeństwa, wspaniałą rozrywkę oraz po prostu kawał wciągającego kina, nie ukazała nigdy światła dziennego. Dlatego serdecznie zachęcam, żebyście skorzystali z nadchodzącej okazji i obejrzeli Dukuna na nadchodzącym festiwalu. I żeby już nikt nigdy nie powiedział, że horror jest podrzędnym gatunkiem albo że kino azjatyckie jest nudne.

4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.