„Ella i John” – Recenzja

Paolo Virzi rok temu w Zwariować ze szczęścia zabrał nas w szaloną podróż z dwoma kobietami, które uciekły z zakładu psychiatrycznego, by na nowo odnaleźć siebie i wyjaśnić błędy przeszłości. Również teraz zdecydował się opowiedzieć o uciekającej parze – tym razem przed niechybną śmiercią. Ella i John wybrali się w ostatnią podróż życia swoim old-schoolowym kamperem.

Ella i John
Materiały Prasowe filmu „Ella i John”

I o ile we włoskiej produkcji Virzi wprowadzał jeszcze jakieś zwroty akcji, o tyle w Elli i Johnie nic nas nie zaskoczy, bo od początku jesteśmy w stanie przewidzieć zakończenie tej opowieści. Ot John (Donald Sutherland) cierpiący na chorobę Alzheimera wraz ze schorowaną, kaszlącą krwią Ellą (nominowana za tę rolę do Złotego Globa Helen Mirren) decydują się uciec z domu i tak jak za starych, dobrych czasów, pojechać w siną dal swoim Leisure Seekerem. Relacja tej dwójki to clou całej historii. Żona wiecznie przypominająca mężowi szczegóły ich pożycia czy co wieczór urządzająca mu pokaz slajdów zawierający najważniejsze etapy ich małżeństwa, on natomiast opowiada jej na okrągło o Erneście Hemingway’u, jego największym idolu. Sam John jest tak naprawdę postacią Hemingweyowską, starym, schorowanym człowiekiem, który nadal jednak ma w sobie chęć życia. Owa chęć życia będzie ich motorem napędowym, podobnie jak strach przed tym, że jedno przeżyje drugiego.

Najlepszą częścią filmu Virziego jest bez wątpienia duet Mirren-Sutherland, która ciągnie dość typowy scenariusz (historia tego typu była poruszana już wiele razy) i wznosi całą produkcję na wyżyny kina drogi. Są oni jedynymi elementami Elli i Johna, którzy przez całe 110 minut na ekranie nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Mirren nie tworzy postaci rozhisteryzowanej i nazbyt energicznej, a ciepłą i kochającą żonę, która znów musi wychować dziecko, jakim stał się jej mąż. Również Donald nie operuje kliszami i nie przeprowadza aktorskich szarż, a cały dramat swojego bohatera zamyka w wiecznie zagubionych oczach, które jedynie momentami odzyskują swój blask. Inne kreacje wypadają bardzo blado i nijako, szczególnie w wątku zaniepokojonych losem rodziców dzieci – wątku nic nie wnoszącym i całkowicie niepotrzebnym.

Nikt nie próbuje tu udowadniać, że robi coś, czego jeszcze w kinie nie było, jawnie operując sprawdzonymi schematami. Ale w produkcji nieaspirującej do miana wybitnej nie jest to żadnym problemem. Utarte schematy są tu na miejscu, ba – można by powiedzieć, że są tu potrzebne. Dzięki nim Ella i John mają szansę trafić do szerszej publiczności, skupiając się nie na niuansach scenariuszowych, a ukazaniu miłości w jej surowej ale i słodkiej formie. Choć jedno trzeba przyznać – nie ma tu typowego dla tego gatunku złamanego serca w połowie historii (jedyny wątek na kształt czegoś takiego trwa niecałe dwie minuty), bo widmo utraty szczęścia towarzyszy nam i naszym bohaterom od pierwszej sceny.

Ella i John
Materiały Prasowe filmu „Ella i John”

Zaskakująco nieźle wypada również strona formalna. Mamy bardzo przemyślane zdjęcia (z pięknymi widokami), zaskakująco dobry koloryt (mimo niewielkiej gamy barw), a soundtrack – mimo iż jest elementem co najwyżej czwartego planu – pomaga podkreślić atmosferę i relację między głównymi bohaterami.

Zobacz też: „Dogman” – Recenzja nagrodzonego w Cannes filmu Matteo Garrone

Leisure Seeker nie jest produkcją odkrywczą. Nie poszerzy nikomu horyzontów, nie zmieni sposobu patrzenia na kino drogi, a dla Hellen Mirren i Donalda Sutherlanda będzie tylko jedną z wielu świetnych ról. Jednak trudno wskazać mi film, który wniósł ostatnio do mojego serca tyle ciepła, tyle wiary w miłość, co ten. A co ważniejsze – trudno wskazać mi film, który w lepszy sposób przypomniałby mi, że starość i śmierć nie są straszne, jeśli jest koło nas ktoś bliski. I jeszcze kilka słów z perspektywy fana włoskiej kinematografii – mam nadzieję, że przyjdzie moment gdy Paolo Virzi wyjdzie ze strefy komfortu i zrobi inny film niż zwykle. Może wtedy osiągnie międzynarodowy sukces, bo w przeciwieństwie do wielu utalentowanych rodaków u niego zamiast pychy występuje strach przed ryzykiem. A może gdyby poszedł w ślady swoich bohaterów – chociażby Elii czy Johna – osiągnąłby sukces na miarę swojego imiennika?


3/5
Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.