„Mission Impossible – Fallout” – Recenzja

Podczas, gdy większość blockbusterowych sag na wysokości szóstej odsłony serii najprawdopodobniej złapałyby zadyszkę, to seria z Krzysztofem Ibiszem scjentologii zdaje sie przeżywać nomen omen drugą młodość. Od około trzech odsłon produkcje spod szyldu Mission: Impossible nie tylko stopniowo wzmacniają swoją pozycję na rynku kina sensacyjnego, ale, jak donoszą popularne agregatory, przede wszystkim stają się coraz bardziej udanymi dziełami sztuki filmowej. Masońskie sztuczki i przekręty? A może osławiony Fallout to faktycznie spełnienie mokrych snów miłośników kina sensacyjnego?

Kadr z filmu „MI-Fallout”, dystrybucja: UIP

Już czołówka doskonale ustawia nastrój i zwiastuje to, czego widz może się spodziewać. Jest to piekielnie dynamiczny, skąpany w ognistych barwach kolaż krótkich impresji z filmu perfekcyjnie zmontowanych pod szaleńczo pędzący, znajomy wszystkim fanom kina motyw główny. Przyznaję, że nie pamiętam czołówki, która tak nahajpowałaby mnie na seans. Wbity w fotel wiedziałem, że intryga będzie tu raczej pełnić rolę drugorzędną.

Zobacz również: Camping #17 – „Atlas Zła”

Falloucie Ethanowi Huntowi przyjdzie się zmierzyć z dobrze znaną fanom poprzednich części organizacją terrorystyczną. Będzie musiał odzyskać ładunki, które pozwoliłyby na zbudowanie bomb atomowych silniejszych, niż wszystkie używane w trakcie poprzednich wojen światowych. Stawka jest potwornie wysoka – tym bardziej, że poprzez trudną decyzję Ethana ładunki trafiły na licytację na czarnym rynku. Agent wraz ze swoimi zaufanymi przyjaciółmi – Benjim i Lutherem – oraz przydzielonym do tej samej sprawy przebiegłym Augustem Walkerem (Henry Cavill) musi skontaktować się z tajemniczą Białą Wdową i liczyć, że dotrze do ładunku pierwszy.

Kadr z „MI – Fallout”

Cały ten spisek zapędza naszego herosa w najróżniejsze miejsca na tej planecie – Paryskie kluby i rezydencje, Londyńskie ulice i kanały, wschodnio-azjatyckie dorzecza i górskie szczyty. A w każdym z tych zakątków czeka na niego akcja. I to nie byle jaka – prawdziwa rozpierducha. Mission: Impossible – Fallout jest bowiem wypełniony perfekcyjnie zainscenizowanymi scenami pościgów, pojedynków i brawurowych ucieczek. Już na samym początku pojawia się doskonała bijatyka w toalecie – fizyczna, szybka, dynamiczna. Krew się sypie, kule po dziurach w ścianach. Niezniszczalny chińczyk vs. wąsacz i Cruise z ładnymi włoskami. Poprowadzona z wykorzystaniem przestrzeni, ścian, broni, różnych stylów bitka.

Zobacz również: „Dom, który zbudował Jack” – Recenzja

I właśnie największą zaletą nowego Mission: Impossible jest rozmach w kreowaniu owych naładowanych adrenaliną scen. Ucieczka? Kilkunastominutowa z wykorzystaniem łodzi, auta i motoru. Pościg? Mrożące krew w żyłach skakanie po dachach wieżowców i wieżach kościołów zwieńczone sprintem za śmigłowcem (zresztą pod koniec filmu pojawia się fantastyczna sekwencja w helikopterach). Zagrożenie? Zawsze więcej niż jeden cel przez co widz śledzi kilku bohaterów w tym samym czasie, co pozwala reżyserowi na żonglowanie nastrojami i zbijanie adrenaliny nieźle wyważonym humorkiem. Fallout jest tak napakowany akcją, że 150 minut mija zupełnie niepostrzeżenie – dosłownie paraliżuje w fotelu (a już szczególnie w IMAXie).

Kadr z „MI – Fallout”

Przy tych wszystkich zaletach bardzo ciężko jest zarzucić cokolwiek filmowi Christophera McQuarriego, bo jest to perfekcyjnie zrobiony sensacyjny blockbuster. Oczywiście oparty jest o klisze wynikające ze specyfiki i targetu, więc nie jest to produkt szczególnie błyskotliwy albo zaskakujący fabularnie. Wśród kreacji aktorskich również perełek się nie znajdzie. Ale tak naprawdę to nie ma żadnego powodu by ich szukać. Mission: Impossible – Fallout jest filmem czerpiącym pełnymi garściami z dorobku współczesnego kina akcji i szpiegowskiego. Stanowi ukoronowanie lat rozwoju marki, wzór dla naśladowców i przede wszystkim dostarcza całą masę frajdy. Seans nie zmieni waszego życia, ale na pewno nie pożałujecie tych 150 minut z Ethanem Huntem.


4/5

Fascynat koreańskiej nowej fali, o której może rozmawiać godzinami. Nie rozumie współczesnej fascynacji „Rejsem”. Płakał na dwóch filmach – „To wspaniałe życie” i „Coco”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.