Fantastyczne zwierzęta, których nikt nie szukał [czyli porecenzja po stronie Śmierciożerców]

Pozwolę sobie rozpocząć ten tekst słowami, które (mam nadzieję) już czytaliście:

„Dwa lata temu, w ciągu zaledwie dziesięciu miesięcy, na ekranach kin mogliśmy obejrzeć kontynuacje dwóch wielkich filmów mojego dzieciństwa […]”

Właśnie tak mój redakcyjny kolega Andrzej wprowadził Was w swoją recenzję dziesiątego już filmu ze świata magicznego. Prawdę mówiąc – to jedno z niewielu zdań w tym tekście, z którym się zgadzam. Dwa lata temu nie byłem jednak w kinie na pierwszym spotkaniu z Newtem, autorem pewnej książki o stworzeniach dużych i małych. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć zobaczyłem prawie rok później, przy okazji nadrabiania co głośniejszych premier z HBO, co uznałem za niezwykłe szczęście. Bo gdyby przyszło mi zapłacić za bilet na tak nędzny film, moja skąpa dusza krwawiłaby przez pozostałą część wieczoru.

Ale o tym może w innym czasie. Zebrałem Was tu, by ruchem zdecydowanym i stanowczym wylać wiadro pomyj na Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda. Film, w którym brakuje fantastycznych zwierząt, a tytułowe zbrodnie ograniczają się do wyczyszczenia mieszkania z rodziny francuskich mugoli.

Nie trudno zrozumieć, że przy dziesiątym filmie w serii, będącej dla Warner Bros. oraz samej J.K. Rowling swoistym samograjem i moneymakerem, można złapać zadyszkę. W utrzymywaniu dobrej passy nie pomaga również niemal nieustanna praca nad światem przedstawionym, kreowanym już od przeszło dwóch dekad przez Brytyjkę. Nie potrafię jednak znaleźć usprawiedliwienia dla większości wad nowej produkcji spod znaku Wizarding World. W mojej opinii część winy ponosi David Yates, z którym na pieńku mam już od 2007 roku, czyli od premiery Zakonu Feniksa. 

Zdjęcie z planu „Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda”
Zobacz także: Recenzję Fantastycznych zwierząt pióra Andrzeja

Już wtedy można było odczuć, że niemający wielkiego doświadczenia twórca jest jedynie kimś na kształt dorobkiewicza, mającego chodzić na ustępstwa w konfliktach z producentami. Bo jak inaczej można nazwać wymianę takich nazwisk jak Columbus czy Cuarón na rzecz ówcześnie 45-latka, którego CV ograniczało się jedynie do seriali i kilku pomniejszych filmów? I tak, przez wiele lat, autorski wkład Yatesa w końcowy kształt produkcji o Harrym Potterze ograniczał się do umieszczenia swojego nazwiska w rubryce: reżyser. Gdyby nie fakt, że kocham tę serię o młodym czarodzieju, nie odróżniałbym od siebie pojedynczych epizodów, które dla krytycznego oka wydawać się mogą jedynie rozwleczoną melodramą rozpisaną na trójkę miernych aktorów.

Po tym przydługawym, subiektywnym i mającym pesymistyczny wydźwięk wstępie, chciałbym ponownie wrócić do tego, co przymusiło mnie, by ten tekst napisać. Otóż, w moim mniemaniu, Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda to film nudny, monotonny, stylistycznie nijaki, mierny, wyprany z jakiegokolwiek napięcia i obrzydliwie wtórny. I chociaż korci mnie, by robić wycieczki do poprzednich filmów Yatesa, postaram się ukazać mój punkt widzenia bez zbędnego gawędziarstwa.

Zaczynamy intensywnie. Ucieczka Grindelwalda z amerykańskiego ministerstwa magii to obietnica ciekawych sekwencji, które trafią w gusta każdej grupy wiekowej. Cały czar pryska w momencie zwolnienia akcji – wtedy na jaw wyjdą zalatujące nadmierną plastycznością efekty specjalne. Podobne odczucie miałem ostatnio podczas oglądania Czarnej Pantery, co oznacza, że nawet filmy za łącznie 400 milionów dolarów potrafią mieć problemy z kartą graficzną.

Kadr z filmu „Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda”
Zobacz także: Recenzję Creed II

Nie jest oczywiście tak, że każda scena będzie Wam śmierdzieć nadmiarem zielonego czy błękitnego tła. Wydaje mi się jednak, że tym razem za dużo tu efektów komputerowych, a za mało tych praktycznych. Naprawdę, większą przyjemnością było dla mnie oglądanie prawie piętnastoletniego starcia Pottera z Rogogonem Węgierskim w Czarze Ognia, aniżeli uroczego, ale pozbawionego naturalności Zouwu. 

Chciałbym skomentować jakoś główną oś fabularną, jednak problem tkwi w tym, że ona praktycznie nie istnieje. Oczywiście, mamy tu poszukiwania Grindelwalda przez ministerstwa magii różnych krajów i zakątków Europy, jednak jedyne ruchy w tym kierunku uczyniono na papierze. Częściej widzimy miotających się aurorów poszukujących niezwykle groźnego Newta Scamandra oraz jego przywódcę, weterana zbrodni, Albusa Dumbledore’a.

Tak więc, na polecenie tego oto profesora obrony przed czarną magią, Newt odwiedza Paryż. Robi to by odnaleźć Credence’a, gdyż jego połączenie z Grindelwaldem mogłoby okazać się brzemienne w skutkach. Przy okazji robi coś, czego zrobić nie potrafili utrzymujący pokój aurorzy oraz magiczni strażnicy porządku (o ile jakichkolwiek Rowling wymyśliła), czyli znajduje poszlaki prowadzące go do wspaniale wystylizowanego Johnny’ego Deppa. Co rusz napadają na nas pomniejsze wątki miłosne – a to poczciwy mugol Kowalski smali cholewki do pięknej Queenie, a to Newt wzdycha do Tiny, co miała salamandrowe spojrzenie. O Newcie nie zapomniała także jego szkolna przyjaźń, Leta Lestragne, obecnie narzeczona Tezeusza Scamandra. Scenarzysta buduje więc dużą liczbę powiązań między postaciami, które niestety ostatecznie nie dają nam niczego satysfakcjonującego. Para idzie w gwizdek, bo reżyseria Yatesa jest nieudolna, patetyczna oraz dość powtarzalna. Wystarczy przypomnieć sobie Księcia Półkrwi by przypomnieć sobie, gdzie już wcześniej to widzieliście.

Kadr z filmu „Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda”
Zobacz także: Recenzję „Nocnych istot”

W wielu tekstach dotyczących omawianego filmu natknąłem się na zarzut, że brakuje mu magii. I o ile nie mam pojęcia co to oznacza, to sam mogę wytknąć filmowi całkowity brak klimatu. Niby trzy czwarte filmu jesteśmy w Paryżu, lecz na to wskazuje jedynie jedno czy dwa ujęcia Wieży Eiffla schowanej głęboko w tle, dodanej zapewne już w postprodukcji. Jeszcze gorzej obraz ten wygląda, gdy porównamy go z Nowym Jorkiem z poprzedniego filmu. Paryż jest ubogi, pełen otwartych przestrzeni przestrzeni, miejscami wręcz nudny i karykaturalnie opustoszały. Jednakże nie może być tak, że wszystko co widziałem, było okropne. Wręcz przeciwnie –dekoratorzy wnętrz, twórcy scenografii oraz kostiumów, tak jak i w poprzednim filmie, dali z siebie sto dziesięć procent. Różnego rodzaju easter eggi, ukryte prawie wszędzie, dadzą więcej przyjemności niż cała reszta filmu.

Niestety, monotonne a miejscami wręcz wyprane z kolorów zdjęcia nie dawały mi możliwości nacieszyć się różnego rodzaju detali, bo nie było ich po prostu widać. Nie wiem, może to wina kina, w którym miałem okazję być na filmie. Może jednak jest coś w tym, że Yates preferuje na wpół monochromatyczne filmy. Ponownie przypominają o tym prawie wszystkie części przygód Pottera podpisane jego nazwiskiem – Książę Półkrwi jest na to najlepszym przykładem. Finalnie, to może być też wina autora zdjęć – zresztą wydaje mi się, że Philippe Rousselot swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą.

Ogromnym zawodem jest dla mnie dylogia Fantastycznych zwierząt. Mimo osobistej niechęci do Eddie’ego Redmayne’a, jestem w stanie przełknąć go jako neurotycznego opiekuna magicznych stworzeń. Jestem ogromnym fanem Jude Lawa, którego interpretacja postaci przyszłego dyrektora Hogwartu skradła moje serce. Przerysowany ostatnimi czasy Johnny Depp również mnie nie zawiódł, pomimo obaw. Rozbudowanie postaci Nagini to najlepsze co mogło spotkać ten, moim zdaniem, nieco dziwny wątek zażyłości Voldemorta ze zwierzęciem. Jacob Kowalski to w moim mniemaniu najcieplejsza postać w całym Wizarding World od czasów Artura Wesleya. To jednak nie wystarcza.

Zdjęcie z planu „Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda”
Zobacz także: Recenzję Assassination Nation

Oba filmy widzę jako eksperyment, w którym Rowling, niczym profesor Atomus, starała się stworzyć serię filmów idealnych. Jest w niej wiele cukru, słodkości i różnych śliczności. Żałuję, że Związkiem jest cała gama nietrafionych pomysłów fabularnych, nieciekawych postaci pobocznych czy (jak w przypadku Credence’a) kompletnie chybionych zagrań, mających budować jakiekolwiek napięcie czy cliffhangery. Nie chcę zdradzać szczegółów dotyczących zakończenia filmu, jednak powinniście przygotować się na najbardziej sztampowe zagranie, jakie tylko można sobie wyobrazić.

Rozpocząłem cytatem i zakończę podobnie:

[…] nowe „Fantastyczne zwierzęta” nie są filmem dobrym. Są w najlepszym wypadku niezłe i tylko przy założeniu, że widz jest oddanym fanem.

Ja widzę to dokładnie na odwrót – im mniej się zna świat wykreowany w książkach, tym lepiej. Tak, Twoje serce zabije mocniej po usłyszeniu nazwiska Lestragne czy Rosier. Później jednak pomyślisz, że co to za różnica, czy usłyszałeś takie, czy też inne nazwisko. W cieniu całego tego bałaganu nie ma najmniejszego znaczenia to, czy jeden z bohaterów trzecioplanowych to Rosier, czy Smith, bo los ich obu już dawno przestał Cię interesować.

1.5/5

Plakatowy wariat, poszukiwacz neonów i estetyki łączącej się z soundtrackiem wbijającym się w umysł.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.