Filmawka. Felietony Otwarte – Cichosza

Kadr z filmu „Ciche Miejsce” – reż. J.Krasinski

Nigdy nie byłem fanem horrorów. Zawsze wydawało mi się, że fani tego gatunku mają w sobie coś z masochistów, często przez głupią fabułę (szczególnie zachowania bohaterów), czy też zwykły ludzki strach, z którego tylko niewielka część jest w stanie wyciągać satysfakcje. Nigdy nie byłem też fanem tak zwanej „nowej fali”, kojarzącej mi się bardziej z pachnących taniością produkcji niż faktycznie dobrych i wciągających historii (za co pewnie część redakcji na czele z Kamilem mnie zabije). Jak wielkie było moje zaskoczenie, gdy po seansie „Cichego miejsca” pomyślałem – „To był naprawdę dobry film!”. Jeszcze większe, gdy zobaczyłem, że moi redakcyjni koledzy, skądinąd zwolennicy kina grozy, całkowicie ten film zniszczyli.

„Ciche Miejsce” to jeden z najciekawszych pomysłów w kinie grozy ostatnich lat. Przez większość czasu przemilczany, grający oczami i małymi gestami, skupiający się nie na uczuciu grozy (jej zbytnio w debiucie Krasinskiego nie uświadczymy), a silnego napięcia. Napięcia, które siedzi koło nas na sali kinowej. Krasinski w swojej produkcji wymaga zaangażowania nie tylko od pojedynczego widza, ale też ogółu. Nie jest to typowy horror, na który to można iść z dziewczyną, zakupić dwie porcje popcornu i butelkę coli. Jest to produkcja wymuszająca od ludzi zebranych w multipleksie pełnego zaangażowania. Tak więc jeden zbyt rozgadany człowiek, dzwoniący telefon, czy chrupiące orzeszki są w stanie całkowicie zniszczyć budowany klimat.

Klimat tej produkcji – przynajmniej do połowy filmu – jest niezwykły. Już w pierwszej scenie przeprowadzono bardzo nietypową ekspozycję, gdzie możemy wyczuć w jaki sposób pojedyncze dźwięki będą ważne dla całości produkcji. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie filmu, który w ostatnich latach, tak bardzo re definiował znaczenie muzyki, pojedynczych głosów, kroków, uderzeń o ziemie, co ów debiut reżyserski.

Zdaje się, że najważniejszą powódką „Cichego miejsca”, jest danie szansy na zagranie roli życia swojej żonie. Emily Blunt nie schodzi z najwyższej noty, perfekcyjnie, scena po scenie, budując swoją postać. Postać kobiety, która potrzebuje miłości, musi mieć w sobie wiele siły, szczególnie, że w najważniejszym momencie pozostanie sama. W bardzo luźnym skojarzeniu przypomina mi Jennifer Lawrence z „Mother!”, dla której to rolę tworzył Aronofsky. Tylko w przeciwieństwie do Darrena, w roli Blunt, chodzi tylko o nią. Krasinski w półtorej godziny tworzy jedną z najważniejszych postaci kobiecych kina, operując logicznymi i przemyślanymi zachowaniami.

Argument, który zarzuca filmowi nie bycie częścią nowej fali, jest jednym z najbardziej bezsensownych jakie można znaleźć. To, że dany film nie należy do tego czy innego gatunku/kierunku w kinematografii, nie wyklucza tego, że może być zły bądź dobry. Fakt, faktem, w pewnych miejscach „Ciche miejsce” operuje kliszami klasyki gatunku, ale operuje nimi bardzo sprawnie. Horror może być dobry, nawet jeśli posiada jump scare’y, pytanie tylko jak ich używa.

Innym często spotykanym zarzutem jest sprawa posiadania dziecka w czasie apokalipsy. Miłość w czasie wojny była, jest i będzie najlepszą możliwą odskocznią od codziennej walki o przeżycie. Nawet pomijając ten aspekt, nie możemy wykluczyć, że główni bohaterowie nie planowali tego dziecka, a z tego co mi wiadomo, w świecie gdzie nie ma już prawie nikogo, na 100% nie ma dostępnych całodobowych usług aborcyjnych, a Lee nie wydaje się być najbardziej wyedukowanym doktorem.

Zarzut nielogiczności jest w pewnych momentach słuszny. Problem w tym, że nielogiczność w tym gatunku jest prawdopodobnie codziennością, a zarzucenie braku logiki filmowi, który już na początku wprowadza widza w dość odrealniony świat, jest tak samo słuszne, jak zarzut, że Moc w Star Wars w pewnych momentach łamie zasady grawitacji. Podobnie z idealnym timingiem wydarzeń, który jest, bardziej nie chcąc niż chcąc, wpisany w zasady kreowania filmowego świata. Oczywiście – Deus Ex Machina nie jest idealnym sposobem rozwiązania problemu, ale czasem trzeba pójść na ugodę z twórcą i nie czepiać się każdego pojedynczego szczegółu, bo w ten sposób skazujemy trzy czwarte produkcji na pożarcie.

Czy „Ciche Miejsce” ma wady? Oczywiście, szczególnie w drugiej połowie, gdzie narracja traci swoje tempo, przeradzając się w średniej jakości kino akcji (szczególnie scena z siekierą). Również Krasinski nie jest aktorem najwyższych lotów, często przypominając bardziej zagubionego drwala, niż postać zgodną ze scenariuszem. Trudno jednak, nie przymykać oko na pewne wady, gdy twórca próbuje czegoś całkowicie innego. A inność to coś czego horror potrzebował, by nie tylko przemawiać do ludzi snobujących się produkcjami kręconymi komórką z 50 głosami na filmwebie, albo jedynie do ludzi, dla których nowa część „Naznaczonej” jest idealną okazją na pierwszą randkę, ale łączyć obie grupy tworząc coś co jest dobre. Po prostu, dobre.

Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.