FIlmoTony #04 – Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane

To był maj, pachniała Saska Kępa, a ja spędziłem dwie godziny w kinie Iluzjon na konferencji Kamerdynera. I wtedy, zapewne przez mocno grzejące słońce i moje wyjątkowo dobre samopoczucie, uwierzyłem, że ten niewyobrażalnych rozmiarów monument może naprawdę wyjść. Ba! Pomyślałem, że nie będzie mi wstyd jeśli to produkcja Bajona będzie naszym kandydatem do Oscara (choć, co muszę zaznaczyć, po premierze Zimnej Wojny zmieniłem zdanie). Nie chciałem wierzyć ludziom z redakcji, gdy prosto z festiwalu w Gdyni wystawiali mu oceny rzędu 1/10, bo byłem przekonany, że przecież to nie mogło nie wyjść. Przecież widziałem te sceny pościgu, łączące w sobie „Ben-Hura” z „Dyliżansem”. Przecież widziałem demona zwanego Peterem Schmidtem. Niestety dla mnie, błogosławieni ci co nie widzieli, a uwierzyli.

UWAGA – DZISIEJSZE FILMOTONY ZAWIERAJĄ SPOILERY Z FILMU „KAMERDYNER” FILIPA BAJONA (+ dużo frustracji autora

Kadr z filmu „Kamerdyner”

Łatwo byłoby mi teraz rozedrzeć me rejtanowskie szaty i załamać ręce nad poziomem naszych filmów historycznych. Myślę, że wówczas każdy czytający ten tekst przyklasnąłby mi, gdybym powołał się zaraz na Koronę Królów, Dywizjony, czy też legendarny przykład kinowego grafomaństwa w postaci „Bitwy Warszawskiej”. Trudno jednak obok tych pozycji postawić Kamerdynera, bo Filip Bajon w przeciwieństwie do Hoffmana, czy Martinelliego (Bitwa pod Wiedniem), chciał stworzyć coś rewolucyjnego. Ale z rewolucjami w naszym kraju jest niestety tak, że zbyt często porywamy się z motyką na słońce, nawet pomimo posiadania najlepszych zamiarów i działania w dobrej wierze.

Zobacz również: Recenzję filmu „Korpo”

Sama idea wykreowania historii o Kaszubach jest godna podziwu. Opowieść o ludziach granicy, zawieszonych między Prusakami a Polakami, zmuszonych do wiecznego wybierania tożsamości, ciągłego deklarowania się i prześladowanych przez wiele lat. Opowieść o tej coraz bardziej zapominanej kulturze i jej wybitnych postaciach. Monument stworzony Antoniemu Abrahamowi i innym wybitnym postaciom Kaszub. Próba postawienia im pomnika trwalszego niż ze spiżu, istnego exegi monumentum. Sięgnięcie po ich język, obietnica heroizacji, a także mitologizacji tego regionu w mentalności reszty Polaków. Niestety, dla nas, obietnica jedynie wyborcza.

Zobacz również: Ostatni epizod FilmoTonów

Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że gdyby Kamerdyner w pełni opowiadał jedynie o postaci Bazylego Miotke, mój odbiór całej historii byłby całkowicie inny. W moich oczach to on jest kluczowym elementem całej układanki. To on – Król Kaszub – czuje odpowiedzialność za swój lud. Jest reprezentantem ich kultury, będącym egzemplifikacją tego co Bajon chciał w swoim filmie pokazać. Bajon, który w Wizji Lokalnej 1901, czy Arii dla Atlety potrafił przecież być minimalistą na wielką skalę. W szczególe opowiadać o ogóle. Tym szczegółem zdaje się w Kamerdynerze być z początku Miotke. Niestety jest go zdecydowanie za mało.

Kadr z filmu „Kamerdyner”

W tej słynnej historii o Kaszubach, poprzez wątek postaci von Kraussów i ich relacji z naszym protagonistą Mateuszem Krollem, to Niemcy przejmują stery narracji. Problem jendak w tym, że protagonista powinien w jakikolwiek sposób oddziaływać na widza, a Kroll, nawet jeśli odłożymy na bok warsztat aktorski Sebastiana Fabijańskiego, jest całkowicie i bezsprzecznie nijaki,  Sam, według twórców kluczowy, iście szekspirowski wątek zakazanej miłości nie ma żadnych narracyjnych podstaw – ot od pewnej sceny po prostu z niewyjaśnionych powodów jest i mamy to zaakceptować – nie pokazywaliśmy ich prawie nigdy razem, ale uwierzcie nam, oni się bardzo kochają.

Zobacz również: Recenzję filmu „Kler”

Nie chodzi mi nawet o to, że między Marianną ZydekFabijańskim nie ma żadnej aktorskiej chemii, ale o to że w żaden sposób nie zostajemy podprowadzeni pod to, że ci bohaterowie mają się ku sobie. Poza jedną, świetnie ukazującą scenariuszową nieporadność sceną gdy Marcel von Krauss Sabat informuje swoją matkę, że Mateusz i Marita trzymają się za ręce na koniach. Nie wiem kto stwierdził, że całe dwie ekranowe minuty (co tłumaczy też ten epicki czas trwania) trzeba poświęcić, na analizę tego czy trzymają się za nie jedynie siedząc na koniach (co podobno nie jest problemem), czy też w galopie (co już generowałoby wątpliwości).

Swoją drogą dialogi między postaciami w Kamerdynerze zakrawają na śmieszność. Poza już legendarną Mapą Europy wartą twojego tyłeczka, czy też Co rozumiesz przez to, że jemy kartofle? To, że jemy kartofle, większość rozmów jest przesiąknięta nienaturalnością i brzmi po prostu sztuczne. Choć tu znów jest zauważalna pewna prawidłowość – gdy rozmowy odbywają się między Kaszubami mają one rację bytu, wnoszą do historii coś nowego i ją urozmaicają. Niemcy natomiast zwracają się do siebie w sposób, którego nie zobaczymy nawet w najbardziej elitarystycznych powieściach Marcela Prousta, a większość ich słów jest rzucana na wiatr, żeby wypełnić pustą przestrzeń ich domostwa.

Kadr z filmu „Kamerdyner”

Doszukując się pozytywów w Kamerdynerze nie sposób nie docenić rysu historycznego, który gdzieś w tle maluje w swoim filmie Bajon. Od rozbiorów, poprzez I wojnę światową, traktat wersalski i powstanie potęgi Adolfa Hitlera, aż do nocy długich noży i najazdu Rzeszy na Polskę. Tutaj udaje się, w znacznie lepszym stopniu niż w amerykańskim KamerdynerzeForestem Whitakerem w roli głównej, oddać realia znane z kronik, podań, czy też zdjęć i zapisów filmowych. Szkoda tylko, że wątek historyczny jest momentami całkowicie zapomniany.

Zobacz również: Recenzję „Kamerdynera”

Gdyby historia wyszła na pierwszy plan naszej superprodukcji, Kamerdyner byłby opus magnum polskich filmów kostiumowych. Szczególnie, że tkwił tu potencjał na stworzenie jednego z najlepszych szwarccharakterów od lat w postaci Petera Schmidta. Łukasz Simlat, gdyby dostał odrobinę więcej czasu na dużym ekranie, zmiótłby konkurencje z powierzchni. W jego postaci jest wszystko – od apoteozy zła, przez nieposkromioną bezczelność, aż do wiecznej frustracji. Może wtedy sceny takie jak leśne rozstrzelanie mogłyby wybrzmieć jeszcze mocniej, a nie zostać sprowadzone jedynie do dziesiątego planu szczególnie, że miała być to opowieść o Kaszubach i ich historii.

Kadr z filmu „Kamerdyner”

Kolejną ważną częścią filmu kostiumowego, są jak sama nazwa wskazuje – kostiumy. Tu, co akurat typowe dla naszych monumentów kinematograficznych, wszystko udało się perfekcyjnie. Wszystko utkane jest w sposób idealny, pięknie prezentujące się na malowniczych morskich kadrach. Szkoda tylko, że zabrakło środków i chęci na charakteryzację, bo – nie wiem jakim cudem – jedynym bohaterem, który starzeje się przez całą historię jest Hermann von Krauss. Bazyli Miotke przez 35 lat pozostaje taki sam, postać Daniela Olbrychskiego również, co niestety w przypadku tego iście matejkowego pejzażu kaszubskiego społeczeństwa, wyjątkowo kłuje w oczy.

Zobacz również: Recenzję dokumentu „Wszystko z nami w porządku”

Niewątpliwie Kamerdyner przez sam punkt wyjścia prezentuje unikatową wartość autoteliczną. Nie śmiem również wątpić w dobre zamiary i chęci postawienia pomnika Kaszubom, nie popadając przy tym w megalomanie narodową. Problem w tym, że w procesie dążenia do wybitności, zabrakło kluczowego dla jakiejkolwiek  budowy kamienia węgielnego i fundamentów. Przed przejściem do holistycznego przekroju społeczeństwa, trzeba było się skupić na jednostce i jakoś ją zbudować w oczach widza, a jeśli już silimy się na wrzucanie odbiorcy na głęboką wodę, upewnijmy się czy na pewno nie trafi on na narracyjną mieliznę.

Kadr z filmu „Kamerdyner”

W FilmoTonach staram się unikać jawnego wylewania żalu, ale w przypadku zawodu jakim niewątpliwie był Kamerdyner, trudno mi było ten wewnętrzny lament jakoś przemilczeć. Po raz kolejny poczułem się skrzywdzony przez nasze rodzime kino historyczne, w które znów – z nieznanych mi powódek – zdecydowałem się uwierzyć. Zdawałem się być głuchy na ostrzeżenia i „głosy rozsądku” bo jak zawsze wiedziałem lepiej. Ufałem, czekałem, trzymałem kciuki, teoretyzowałem i marzyłem, tylko po to by po wyjściu z kina cicho zapłakać w środku. Ktoś powie, że liczą się chęci, że wszyscy zaangażowani bardzo chcieli stworzyć coś ponad standard. Niestety dobre chęci czasem nie wystarczą. Szczególnie, że Kaszubi zasłużyli na coś więcej.

Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.