„Gotti” – Recenzja

Już w pierwszej scenie Gotti odkrywa karty i nastraja widza do tego, co będzie dane mu oglądać przez najbliższe trochę ponad 100 minut. Oto główny bohater stoi na tle jednego z nowojorskich mostów, łamie czwartą ścianę i z dziecinnym wręcz entuzjazmem chełpi się swoim pełnym sukcesów życiem. Z krótkiej przemowy dowiadujemy się dwóch rzeczy: tego, że w tej historii wzlotu i upadku najważniejszy będzie czas spędzony na szczycie oraz tego, że rola Travolty będzie przepysznie przeszarżowana.

Kadr z filmu „Gotti”.

No właśnie. John Travolta. On jako jedyny odnalazł się w tym bałaganie i na poważnie wziął sobie do serca określenie „tytułowa rola”. Bezwzględny mafioso torujący sobie drogę do władzy? Kochający mąż i ojciec? Pewny swoich szans na wygraną oskarżony w sądzie? Umierający na raka skazaniec po raz ostatni rozmawiający ze swoim pierworodnym? Mimo charakteryzacji wyraz twarzy dużo się nie zmienia, ale jest coś nieuchwytnie wspaniałego w tym mającym przywodzić na myśl włoskie pochodzenia gangstera akcencie i tej niepohamowanej radości, która zamazuje i tak już niewyraźną granicę pomiędzy dumą Travolty i dumą Gottiego.

Zobacz również: „Fokstrot” – Recenzja

Trzeba jednak chwytać się tych aspektów, które w ogóle na to pozwalają, bo poza wspomnianą grą aktorską głównego bohatera wielu takich elementów tutaj nie ma. Poszatkowana chronologicznie fabuła daje nadzieje, że Kevin Connolly (reżyser) z Pulp Fiction zapożyczył coś więcej niż tylko aktora i jego profesję, ale niestety na tym podobieństwa się kończą. Tarantinowski zlepek scen układał się bowiem w scenariusz, a przywoływane w mocno losowej kolejności momenty z życia Gottiego żadnego konkretnego sensu nie tworzą. Przypominająca kompozycję szkatułkową historia składa się  nadrzędnej dla całości rozmowy ojca z synem w więzieniu oraz epizody z przeszłości gangstera wydających się prowadzić nawet widza po kolejnych szczeblach jego kariery. Trudno jednak ułożyć w całość ten rozmyty kolaż bezbarwnych postaci drugoplanowych, trudnych do uzasadnienia decyzji bohaterów, średnich efektów specjalnych i wymuszonych one-linerów.

Wydaje się, że Gotti obiecuje dużo nie tylko widzom, ale także sobie samemu. Mam nadzieję, że ta druga strona również czuje niedosyt w związku z efektem końcowym. Brutalna bezkompromisowość i radosny brak powagi spotyka się z typowo włoską elegancją i dostojnością, popularna muzyka kontrastuje z klasycznymi smyczkami przywodzącymi na myśl dokonania Nino Roty, a droga na szczyt kariery miesza się z upadkiem człowieczeństwa i oddalaniem się od rodziny. A przynajmniej tak to wygląda w teorii. Twórcy Gottiego patrzyli zapewne w stronę takich gigantów kina gangsterskiego jako Scorsese, Coppola czy De Palma, ale nie jestem pewien, czy którykolwiek z tych panów odwzajemnił owe spojrzenie. Nic tu nie gra tak, jak powinno i radość można czerpać tylko i wyłącznie z wiary, że ten chaos chociaż w pewnym stopniu był kontrolowany.

Kadr z filmu „Gotti”.
Zobacz również: Analiza 5. odcinka tego sezonu „Better Call Saul”

Fabularne zmagania koncentrują się na połączeniu starań Gottiego o zostanie (jak się później okazuje) ostatnim Donem rodziny Gambino i pozostanie kochającym mężem i ojcem. Tym, który pojawia się w obu dziedzinach życia gangstera jest jego najstarszy syn, również John Gotti (Spencer Rocco Lofranco). Początkowo zobligowany do podążania ścieżką ojca młody chłopak dochodzi w swoim życiu do momentu, w którym grozi mu długoletni pobyt w więzieniu. Młodzieniec zdradza gangsterskie ideały i skupia się bardziej na szczęściu swojej rodziny, czym naraża się na gniew Gottiego, ale w sumie nikogo nie obchodzi to, co się z nim stanie. Najciekawsza w kreacji syna jest jego nienaganna fryzura. Chłopak musiał naprawdę często chodzić do fryzjera…

Przychodzi taki moment, albo nawet kilka takich momentów, w którym widz zadaje sobie pytanie: „po co ten film powstał?”. To jest naprawdę dobre pytanie. Lepsze niż odpowiedź. Okazuje się, że ta biografia po pewnym czasie zmierza w stronę hagiografii, wybiela Gottiego i zawiera nawet archiwalne materiały z wypowiedziami ludzi, którzy gloryfikują graną przez Travoltę postać, zwracają uwagę na to, że pod jego panowaniem przestępczość na ulicach przestępczość była mniejsza, a wysunięte wobec niego oskarżenia to efekt manipulacji jego wrogów. Kto wie, może coś w tym jest. Trudno jednak całkowicie poddać się tak jednostronnym wnioskom, a twórcy nie robią nic, by jakkolwiek zobiektywizować ten portret. Wartości historycznej w tym filmie doszukiwać się nie powinno i nawet przytaczane daty dzienne i prawdziwe nazwiska tego nie zmienią.

Dobre intencje to nie wszystko, seans tego dzieła jest naprawdę ciężki. Każda minuta Gottiego wysysa coraz to więcej energii z oglądającego i nawet podejście do odbioru tego filmu polegające na ironicznym zachwycaniu się rolą Travolty i wszystkim innym, co nam na to pozwala na dłuższą metę nie ma sensu. Ten film nie ma sensu.

1/5

pisanie recenzji.
plusy: pomnik twarlszy niż ze spiżu
minusy: pisanie recenzji