„Green Book” [RECENZJA]

Z każdym kolejnym rokiem temat problemów rasowych wydaje się być poruszany coraz częściej w światowym kinie. Zarówno Green Book. jak i jego konkurent  w tegorocznym sezonie nagród, BlacKkKlansman, zahaczają o tę tematykę i to w podobnym okresie historii Stanów Zjednoczonych. Wydawać by się mogło, że biorąc tytuł od The Negro Motorist Green Book, czyli przewodnika dla Afroamerykanów, zawierającego listę przyjaznych im miejsc na terenie całych Stanów Zjednoczonych i opowiadając historię Dona Shirleya, czarnoskórego muzyka, który ruszył w trasę koncertową po uprzedzonym wobec czarnoskórym Południu USA, temat ten będzie wybrzmiewał z niespotykaną wyrazistością. Niestety, tak się nie dzieje. Co wcale nie oznacza, że nie stanowi istotnego głosu w dyskusji.

Czarnoskóry doktor muzyki i wirtuoz fortepianu, Don Shirley (Mahershala Ali) wynajmuje syna włoskich emigrantów z Bronxu i byłego ochroniarza w klubie, Tony’ego „Wargę” Vallelongę (Viggo Mortensen), jako swojego kierowcę a zarazem ochroniarza podczas trasy koncertowej po Czarnym Pasie Stanów Zjednoczonych. Podczas tej wyprawy twórcy zaserwują nam historię inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami, o relacji ponad podziałami rasowymi i klasowymi, ale, przede wszystkim, opowieść o niezwykłej przyjaźni, która połączy dwóch bohaterów.

Na dźwięk nazwiska Petera Farrelly’ego większości prawdopodobnie przypominają  się komedie, takie jak Głupi i głupszy, czy Ja, Irena i Ja. Peter, mimo że tym razem staje za kamerą bez brata, nie porzuca swojej komediowej nuty. Skutkuje to wieloma mniej lub bardziej udanymi akcentami humorystycznymi, bazującymi głównie na kontraście między ekstrawertycznym i rozgadanym Vallelongą a skrytym w sobie i oszczędnym w słowach Shirleyem. Niestety, w trakcie seansu rzucają się w oczy braki warsztatowe reżysera w tworzeniu kina dramatycznego. Są one jednak istotnie złagodzone przez fenomenalny duet aktorski – Mahershala i Viggo budują niesamowitą atmosferę i to na ich barkach spoczywa odpowiedzialność sukces produkcji. Po obejrzeniu Green Book nie jestem w stanie wyobrazić sobie żadnego istniejącego duetu aktorskiego, który wypadłby na ekranie tak znakomicie jak ta dwójka.

Obaj panowie zostali zresztą docenieni między innymi przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej, która nominowała Mortensena do nagrody za pierwszoplanową rolę męską a Alego – za drugoplanową. Po obejrzeniu filmu nie można nie odnieść wrażenia, że pomimo dzielenia przez aktorów podobnego czasu ekranowego, to właśnie Tony wysuwa się na pierwszy plan. Bezpośredni, szczery, kierujący się prostą logiką, wyniesioną z nowojorskich ulic, Warga jest zdecydowanie bliższy większości widzom niż ascetyczny, dystyngowany, czy snobistyczny wręcz Don Shirley. To od Vallelongi i jego rodziny rozpoczynamy naszą znajomość z bohaterami filmu i to właśnie tę familię mamy jeszcze okazję niejednokrotnie na ekranie zobaczyć. Dzieje się tak ze względu na fakt, że film powstał w oparciu o wspomnienia Tony’ego, które do scenariusza zręcznie wplótł jego syn, Nick Vallelonga.

Green Book prawdziwie rozkwita, kiedy obaj panowie nareszcie ruszają w trasę. Między kolejnymi koncertami, które, notabene, w aranżacji Krisa Bowersa tracą część swojego jazzowego stylu by bardziej wpasować się w kanon muzyki filmowej, opowiedziane zostają pojedyncze historie i zdarzenia, które kształtują relacje między bohaterami, a ostatecznie również ich samych. Z jednej strony, Tony, doświadczony mieszkaniec dzielnicy biedoty częstuje Shirleya jego pierwszym smażonym kurczakiem prosto z Kentucky, czy uświadamia pracodawcę na temat jego niewiedzy o afroamerykańskiej kulturze; kulturze ludzi nie takich jak Don, lecz będących przedstawicieli niższych klas. Ten kontrast wybrzmiewa szczególnie w dwóch scenach – jednej, kiedy muzyk przygląda się swoim pobratymców pracującym w polu, oraz drugiej, podczas emocjonalnej kłótni w samochodzie. Z drugiej strony, Shirley edukujący Vallelongę, zapoznający go z podstawowymi zasadami etykiety, wyrafinowanym słownictwem czy służący pomocną dłonią w redagowaniu listów do małżonki. A co najważniejsze, zwalcza istniejące w nim uprzedzenia. Powyższe sceny to, oczywiście zaraz po aktorach, największy atut tej produkcji. Nadają tempo i pozwalają odhaczać kolejne składniki na liście feelgoodowego kina, dzięki czemu całość przybiera uniwersalny i przystępny charakter dla widza.

Niestety, cierpi na tym wszystkim przekaz, który próbuje wpleść do produkcji Farelly. Dyskryminacja rasowa to nie jest coś, co można załatwić kilkoma scenami kompromitującymi rasizm. Wygląda to tak, jakby do samego końca reżyser nie był zdecydowany, czy chce zbudować oś fabularną w oparciu o tę tematykę, czy też potraktować południowoamerykański rasizm jako część świata przedstawionego, dając jedynie banalne potwierdzenie, że ten problem istniał na taką skalę w niedalekiej przeszłości, a skupić się na opowiedzeniu o prawdziwej, męskiej, braterskiej przyjaźni z kliszowym happy endem.

Tym niemniej, Green Book dostarcza mnóstwo satysfakcji z oglądania; lekka formuła przeplatana mniej lub bardziej sprawnie wplecionymi poważnymi tematami, dzięki Mahershali Alemu i Viggo Mortensenowi błyszczy w pełni swojego potencjału. Farelly pokazuje, że podobnie jak na klawiaturze fortepianu marki Steinway, tak i w życiu prawdziwa harmonia nie jest osiągalna z wykorzystaniem tylko jednego koloru . Nie jest to pozycja, którą można rozpatrywać pod kątem egzystencjalnego arcydzieła, ale film, którego seans sprawi wam najwięcej przyjemności w całym tegorocznym sezonie amerykańskich nagród filmowych, mimo dużej konkurencji na tym polu. Macie na to moje słowo.*

* – recenzent zastrzega sobie prawo do łamania słowa
4/5


One thought on “„Green Book” [RECENZJA]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.