„I Am the Night” [RECENZJA]

Zazwyczaj seriale stacji TNT przechodzą bez większego echa, widzowie nie nauczyli się spoglądać w ich stronę, mimo że na koncie tej telewizji jest całkiem przyzwoity pierwszy sezon The Alienist, tak obficie nominowany do wielu nagród, a i dwie odsłony Good Behavior Michelle Dockery na pokładzie mogły przynieść sporo przyjemności z oglądania. Trudno liczyć na to, by premiera I Am the Night mogła coś zmienić pod tym względem, mimo że jest to zaskakująco poprowadzony kryminał, swego rodzaju trickster wśród tytułów oferowanych na początku 2019 roku.

Za kształt serialu odpowiadają Sam Sheridan (scenariusz) oraz Patty Jenkins (produkcja i reżyseria), prywatnie małżeństwo, a w tym przypadku znakomicie współpracujący tandem. Ich kooperacja nad autorską interpretacją wspomnień Fauny Hodel, zamieszczonych w książce One Day She’ll Darken: The Mysterious Beginnings of Fauna Hodel, zaowocowała stworzeniem sześcioodcinkowej serii limitowanej, w której nic nie jest takie, jakie się z początku wydaje.


Wszystko rozpoczyna się w roku 1965, kiedy to wojsko zachęca do walki w obronie ojczyzny na wietnamskich polach, istnieje niezmącona wiara w ideały stojące za powstaniem Stanów Zjednoczonych, a przedstawiciele mniejszości są nadal traktowani jak obywatele drugiej kategorii. W tych warunkach wychowuje się nastoletnia Pat (India Eisley), nieznająca swojego pochodzenia, o skórze zbyt białej dla czarnych, a zbyt czarnej dla białych. Dziewczyna dojrzewa z poczuciem głębokiego niezrozumienia i odrzucenia, aż w końcu przelewa się czara goryczy i pojawia nieodparta chęć poznania rodowych korzeni. Eskapada z Nevady do Los Angeles okaże się podróżą inicjacyjną prowadzącą do ujawnienia prawdy o niezwykle gorzkim smaku.

Zobacz również: Recenzję serialu „Czarny poniedziałek”

Obok historii nastolatki rozwija się wątek dziennikarza śledczego, weterana wojny w Korei, piszącego artykuł na temat tajemniczego morderstwa młodej kobiety. Precyzyjnie poćwiartowana ofiara, wyglądająca niczym puzzle dla zwyrodnialców, przypomina Jayowi (Chris Pine) o niegdyś prowadzonej sprawie, boleśnie ciągnącej się za nim niczym bitewne traumy i duchy pozabijanych przeciwników. A gdy już mężczyzna wpadnie na właściwy trop, objawi się przed nim rzeczywistość przepełniona fałszem, mieszczańską hipokryzją, odorem skrywanych trupów i krzykiem ofiar, których nikt nigdy nie słuchał.

Rozmowa o I Am the Night musi skończyć się albo zdradzaniem szczegółów istotnych dla fabuły, albo powściągliwym, naskórkowym dotknięciem omawianego tematu. To dosyć rzadki przykład produkcji zmierzającej w rejony kompletnie niezapowiadane w zwiastunach czy opisach. Gdy wydaje się, że serial jest kolejnym kryminałem z makabrycznym morderstwem w tle, nagle na pierwszy plan wydobywa się jedno z ważniejszych popkulturowych odniesień, symbol Ameryki sprzed rewolucji seksualnej, wykorzystany choćby w pierwszym sezonie American Horror Story.

Gdy fabuła oscyluje wokół problemów tożsamościowych Fauny, to nie wychodzi poza przyjętą obecnie narrację, skupiającą się przede wszystkim na wykluczeniu czarnych i rasistowskiej polityce prowadzonej przez dominujące białe elity. Momentami dziewczyna wikła się w przelotne miłostki, pojawia się też kilka scenek “rodzajowych” z dzielnicy zasiedlonej przez dyskryminowaną mniejszość. Wszystko ma swój odpowiedni rytm, kolor i przesłanie, lecz jest nazbyt wykalkulowane, by zyskać uznanie. India Eisley również nie potrafi udźwignąć powierzonej roli, zdecydowanie brakuje jej doświadczenia i poważniejszego wniknięcia w głąb psychiki odgrywanej postaci.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja ze znakomitym Chrisem Pinem, którego perypetie ogląda się z rosnącym zaciekawieniem. Wprawdzie związany z nim wątek również sklecono z narracyjnych i wizualnych klisz, lecz zrobiono to ze znacznie większą starannością, jak gdyby jego historia była o wiele bardziej zajmująca dla twórców. Przedstawiony świat prostytutek, szemranych zakapiorów, obskurnych szynków, ale także salonów wyuzdanej socjety, już dawno nie wyglądał tak sugestywnie i przekonująco. A wszystko to skąpane w głębokich ultramarynach, krwistych czerwieniach i złotawo-brązowych barwach; a wszystko to obleczone dekadencko jazzującą szatą muzyczną; a wszystko to wzbudzające poczucie obezwładniającej nicości, niemożności wydobycia się z matni grzechów, kłamstw i traum.

Zobacz również: Recenzję ostatniej części „Planety Singli”

Kryminalna strona I Am the Night to zdecydowanie najmocniejszy punkt serialu. Żeby była jasność: miłośnicy zagadkowych fabuł i odkrywania tożsamości mordercy odejdą z kwitkiem, bo od rozwiązywania tajemnic znacznie ważniejsze jest odsłanianie mechanizmów, na podstawie których funkcjonuje świat przedstawiony. Pogoń za złoczyńcą jest jedynie pretekstem pozwalającym na podróż po Zjednoczonych Stanach Hipokryzji, przebadaniu każdej warstwy społeczeństwa, ze szczególnym uwzględnieniem osób posiadających prawdziwą władzę. To tam, według Jenkins Sheridana, kryje się prawdziwe zło, tuszowane korupcją oraz przemocą.

Zatrzymajmy się jednak w połowie drogi, w miejscu, w którym Pine zostaje bestialsko potraktowany przez kupionego policjanta, kiedy to bohater zaczyna rozumieć, jak daleko sięgają macki możnych tego świata. Pozostańmy w punkcie startu, gdy pijany upada na dno i z głębokości spogląda na noc, czerń wiecznie przyoblekającą jego życie. Niech każdy samotnie przemierzy dalszą drogę, po salonach pełnych blichtru, czy korytarzach z porozwieszanymi surrealistycznymi obrazami. Owa wędrówka na pewno nie przyniesie ulgi, na końcu grozi poczucie bycia oblepionym mrokiem i brudem, ale poznanie jednego z kamieni węgielnych współczesnych Stanów może przynieść nader interesujące wnioski. Z tego względu I Am the Night najlepiej oglądać z wyszukiwarką Google pod pachą, by poznawać prawdziwe losy kolejnych nazwisk, o których jest głośno nawet po dziś dzień.


3.5/5

NAJNOWSZE ODCINKI MOŻNA OGLĄDAĆ NA HBO i HBO GO


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.