„Le livre d’image” – Recenzja

Wyobraźcie sobie album ze zdjęciami. Ale nie taki zwykły – jest to album, który posiadacie już od wielu lat, a zbierane w nim fotografie szeregowaliście na zasadzie przypadku raczej aniżeli jakiejś usystematyzowanej metody porządkującej. Zdjęcia te pokazują zaś wszystko to, co swego czasu wpadło wam w obiektyw aparatu – trochę postaci, scenki rodzajowe, wydarzenia waszego życia, a także martwa i ożywiona natura, zdradzająca niebanalne zainteresowanie estetyką przedmiotu jako taką. Co jednak znamienne, zarówno album jak i same fotografie zdążył porządnie nadgryźć ząb czasu – okładka trzyma się „na alibi”, a kształt i zawartość obrazów uległy znaczącej metamorfozie pod wpływem dotyku tłustych paluchów, wilgoci wewnątrz pomieszczenia, czy też światła naturalnego i nienaturalnego, pod którym wielokrotnie analizowano ich piękno.

Kadr z filmu „The Image Book”

A teraz wyobraźcie sobie, że odnajdujecie ten album po dość długim okresie rozłąki i poczynacie przerzucać kolejne strony, mając oczywiście w pamięci stan, w jakim po raz ostatni weszliście z nim w kontakt. Dość szybko orientujecie się, że obiekty, kolory, kształty i ogólnie cała forma zdjęć w dużym stopniu odbiega od tego, co na ich temat zapamiętaliście. To niby te same fotografie, kojarzycie je po ogólnym zarysie i kompozycji, ale z pewnością nie są tymi samymi fotografiami, które przed laty uwieczniliście przy pomocy popularnej lustrzanki. Po chwili nostalgicznego rozkojarzenia zaczynacie więc zastanawiać się nad tym, czym de facto jest taka zniekształcona fotografia i co takiego przedstawia – czy to obiektywnie istniejący przedmiot, ukazujący wyłącznie strukturalną kakofonię, czy może jedynie impuls do wspomnienia, w którym tkwi właściwy obiekt naszego zainteresowania?

Zobacz Również: Nieznane oblicze Jean-Luca Godarda – czym jest godardowska „późna twórczość”?

Odpowiedzi na to pytanie stara się natomiast udzielić Jean-Luc Godard w Le livre d’image. Co prawda nie przegląda on w tym celu własnego albumu rodzinnego (choć złośliwi mogliby sugerować, że na tym właśnie polegać będzie jego następny film), ale zwraca naszą uwagę na inne obrazki – obrazki codzienności. Kultura czasów nam współczesnych to bowiem kultura wizualna – wszystko, co tylko możemy opisać za pomocą obrazu, zyskuje swą obrazową ilustrację, co z kolei karze nam się zastanowić nad autentycznością i prymatem jednych obrazów nad drugimi. Innymi słowy, kluczowym zagadnieniem staje się kategoria prawdy i fałszu, rzeczywistości i fikcji, informacji i dezinformacji, która nierzadko warunkuje sposób funkcjonowania jednostki, społeczeństwa, a także całej cywilizacji. I to właśnie stanowi motyw przewodni filmu Godarda, który przygląda się pod tym kątem każdej możliwej formie współczesnego przekazu wizualnego – od X Muzy po najzwyklejszy telewizyjny news.

Manipulując montażem, proporcją obrazu, kolorystycznym nasyceniem i wzmocnieniem oraz samym materiałem źródłowym, tworzy on kompozycyjny i narracyjny galimatias, podporządkowując cały wywód idei naczelnej – próbie wydobycia z obrazu jego prawdziwości. Nie oczekujcie więc od Le livre d’image konsekwencji ani związku przyczynowo-skutkowego – każdy obraz, jaki tu ujrzycie, jest obrazem samym dla siebie, a na stykach montażowych dochodzi jedynie do wytwarzania paradoksu narracyjnej iluzji. Iluzja ta bowiem w oczach samego Godarda jest popularną ostatnimi czasy postprawdą, czyli nie stanem faktycznym, pierwotnym znaczeniem, a dokonaną interpretacją, która zaczyna istnieć niezależnie od materii, z której się wyłoniła.

Zobacz Również: „Siedzący Słoń” – recenzja

Mając przed oczyma taki sposób pojmowania tożsamości swego dzieła przez reżysera, dziwić nie może łączenie ze sobą fragmentów filmów Theodorosa Angelopolousa, Abbasa Kiarostamiego czy Pier Paolo Pasoliniego z reportażami na temat ulicznych karamboli, terrorystycznych egzekucji czy najzwyklejszych fotowidokówek. Ten potencjalny absurd uzmysławia nam, jak wielki potencjał tkwi w obrazie, jeśli poddać go odpowiedniej obróbce i modyfikacji – staje się osobnym żywotem, zdolnym do przenoszenia znaczeń, jakich trudno doszukiwać się w jednostkowych, fragmentarycznych elementach go konstytuujących.

Kadr z filmu „The Image book”

Jednak prócz samego obrazu Godarda interesuje tu również dźwięk, a ściślej mówiąc słowo, które – jak w trakcie seansu się dowiadujemy – oceniane jest przez twórcę wyjątkowo negatywnie, gdyż niejako obarcza je winą za wszelkie zakłamanie, trawiące nasz świat od podszewki. Eksperyment wizualny przenosi się więc także na warstwę audialną, co przejawia się nie tylko manipulacją montażem dźwięku, ale także samą treścią wypowiadanych słów. Spora część z nich nie została wszak przełożona z języka francuskiego na życzenie samego reżysera, co jednak nie ma większego znaczenia w kontekście całości, gdyż dotyczą one zupełnie nie powiązanych ze sobą myślowych impresji, spostrzeżeń i poglądów. Język jest fałszem, a w każdym razie ułomną ułudą na usługach agentów fałszu, którzy posługują się nim w celu zakłamywania pierwotnego obrazu i podporządkowywaniu go własnym interesom. Wszystkie (nad)intelektualne wywody narracyjne Godarda przyjmują więc w Le livre d’image raczej formę ilustracji tej specyfiki aniżeli hołubniczej apoteozy własnej erudycji.

Zobacz Również: Climax – Recenzja

To wszystko sprawia jednak, że seans filmu z pewnością nie należy do najłatwiejszych. Podczas Nowych Horyzontów, gdzie Le livre d’image pokazywano trzykrotnie, za każdym razem sale opuszczało przynajmniej 25% wszystkich zgromadzonych, co z jednej strony zdaje się zrozumiałe zważywszy na festiwalowe tempo i wymagania, ale z drugiej zdradza niezrozumienie, jakim spora część publiki darzy współcześnie kino czyste czy też w tym wypadku eksperymentalne. Jest to bowiem kino wymagające od widza uruchomienia zupełnie innych kompetencji odbiorczych, a tych nie nabywa się z dnia na dzień, a już na pewno nie w trakcie spaceru z ulicy Kazimierza Wielkiego do Dolnośląskiego Centrum Filmowego.

Niemniej problem tego dzieła nie zasadza się wyłącznie na niezwykle wysoko zawieszonej poprzeczce – równie kłopotliwa jest kwestia dynamiki samego obrazu, która w pewnym momencie łapie niewytłumaczalną zadyszkę i zatrzymuje się przy jednym, całkowicie nieatrakcyjnym „wątku” pewnego arabskiego szejka. Wówczas narracja zdaje się zupełnie zaprzeczać temu, czym była na początku, a mianowicie energicznym studium istoty obrazu, stając się jednocześnie czymś w rodzaju lirycznego dokumentu. Samo w sobie może i miałoby to rację istnienia, lecz w zestawieniu z konsekwentnie realizowaną konwencją, pozoruje na bezmyślnie wrzucony fragment zewnętrznego dyskursu.

Fot. kadr z filmu Le livre d'image
Fot. kadr z filmu Le livre d’image

Na koniec należy zaznaczyć, że temat podejmowany przez Godarda nie jest w żadnym wypadku szczytem oryginalności. Nawet w kontekście twórczości reżysera moglibyśmy znaleźć co najmniej kilka pozycji, które już wcześniej rozprawiały się z zagadnieniem prawdomówności obrazu. Tak czy owak, w Le livre d’image rozchodzi się o formę, której równie daleko do arcydzieła jak i kompletnej porażki. To satysfakcjonujące studium autentyczności rzeczywistości i typowo kinowe doświadczenie, którego „konsumpcja” poza schłodzoną salą z wielkoformatowym ekranem mija się z celem. I chociażby dlatego warto je zobaczyć.


3.5/5

Dusza surrealisty, zacięcie akademika. Każdą rozmowę zaczyna od Godarda i prequeli Gwiezdnych Wojen, a kończy w rejonach Bunuela oraz niemieckiego ekspresjonizmu. Pluje na amerykańską tfu popkulturę i wyznaje kult „kina osobistego”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.