Iniemamocni 2

„Iniemamocni 2” – O dziesięć lat za późno…

Kino głównego nurtu, skierowane do szerokiej, masowej publiczności podlega nieustannej ewolucji. Wbrew powszechnej opinii, że twórcy blockbusterów serwują nam cały czas to samo danie, uważny widz zaobserwuje, że sukcesy finansowe osiągają przede wszystkim te produkcje, które mieszczą się w wąskim przedziale, w którym należy do filmu dodać nowe elementy, ale jednocześnie nie dodać ich zbyt wiele, żeby siedzący w kinowym fotelu nie poczuli się zagubieni. Świetnym przykładem na to jest rozwój MCU; pierwsze Avengers różni się znacznie od tegorocznego Infinity War i dziś nie robi już praktycznie żadnego wrażenia, a wręcz bawi prostotą rozwiązań faburalnych i innymi grzeszkami, które w późniejszych produkcjach Marvel skorygował.

Dlatego tak bardzo zaskoczyło mnie to, co zobaczyłem na przedpremierze „Iniemamocnych 2”. Dostałem film, nakręcony 14(!) lat po oryginale, w którym bohaterowie nie postarzeli się wcale i znajdują się w tym samym miejscu, gdzie zostawiliśmy ich przed kilkunastu laty. Samo to w sobie nie jest złe, szczególnie dla animacji, która z założenia ma w dużej mierze bazować na nostalgii, a początkowa radość z usłyszenia chociażby Piotra Fronczewskiego jako Pana Iniemamocnego to taka sama frajda jak ta, gdy znajdziemy na strychu swoją ulubioną zabawkę z dzieciństwa.

Iniemamocni 2
fot. Materiały prasowe

Problem polega na tym, że po kwadransie zabawy orientujemy się, że ta zabawka to tylko szmaciana kukiełka, która zajmuje naszą uwagę o wiele mniej niż nowy serial na Netflixie, czy upolowana wczoraj w promocji gra na Steamie, natomiast nasze młodsze rodzeństwo lub własne dzieci patrzą na nas z politowaniem, gdy próbujemy im podarować nasze znalezisko i z prychnięciem odkładają je na półkę pełną ciekawszych interaktywnych rozmaitości.

A to wszystko dlatego, że świat przedstawiony w najnowszej produkcji Pixara wygląda tak, jakby produkcja miała trafić do kin najpóźniej w 2008 roku, nie w 2018. A od tego czasu zwyczajnie wiele się zmieniło w dyskursie filmowym i oczekiwaniach widzów. W pierwszej dekadzie XXI wieku Iniemamocni byli nie tylko solidną rozrywką dla dzieci, ale również jednym z najlepszych filmów o superbohaterach, z oryginalnym podejściem do wykorzystania super mocy i być może pierwszym udanym wykorzystaniem grupy bohaterów obdarzonych różnymi umiejętnościami w satysfakcjonującej dla oka zespołowej walce.

Dziś poprzeczka jest bardzo wysoko. Była wysoko już w 2015, gdy debiutujący Czas Ultrona oberwał mocno, od widzów i krytyków, za wtórność i powielanie takich schematów jak na przykład kontrola umysłu nad protagonistami i wykorzystania jej do bratobójczej walki między sobą. Trzy lata później, Pixar znów używa tej samej sztuczki, a ja nagle orientuję się, że mój kinowy fotel jest dość niewygodny, a oczy, zamiast być skupione na ekranie, wędrują po całej sali.

Iniemamocni 2
fot. Materiały prasowe

„To przecież film dla dzieci!” krzyknie ktoś zaraz. Jasne, to prawda, ale czemu w kwestii wtórności ma to być taryfa ulgowa? Szczególnie dla Pixara, który nieraz udowodnił nam, że nie boi się stawiać odważnych kroków, bawić z konwencją i poruszać trudne tematy społeczne, mając w ten sposób wpływ na wychowanie kolejnych pokoleń młodych ludzi. Nawet na płaszczyźnie przekazu ciężko mi dopatrzeć się tutaj jakiegoś sensownego morału. Chyba, że sprowadzimy to do takich pustych frazesów o tym, jak ważna jest rodzina i praca zespołowa. Na tle innych animacji studia, które potrafiły mówić o dojrzewaniu, śmierci, miłości, rozstaniu i innych tematach w taki sposób, że dziecko rozumiało, a dorosły ronił łzy wzruszenia, to zdecydowanie za mało.

Spora część filmu obraca się wokół postaci Elastyny, która zaczyna grać pierwsze skrzypce, co można było przewidzieć od pierwszego zwiastuna. Ten wątek, w założeniu mocno feministyczny, jest prawdopodobnie najbardziej nieaktualnym i spóźnionym ze wszystkich w produkcji. I to wcale nie dlatego, że feminizm nie ma dziś racji bytu, ale dlatego że dziś nie jest już dla nikogo dziwnym, że kobiety chodzą do pracy i sprawdzają się w niej nie gorzej niż mężczyźni. W 2018 roku pokazanie, że kobieta może być odkrywcą i wynalazcą nie jest tezą kontrowersyjną. W 2018 roku nikogo już nie dziwi stwierdzenie, że zajmowanie się dziećmi w domu to równie ciężka praca jak ta poza nim. W 2018 roku Pixar stwierdził, że to coś na tyle niezwykłego, żeby umieścić powyższe jako coś prawdziwie niesamowitego i odkrywczego. Za późno, panie Bird, co najmniej 10 lat za późno, żebyśmy o tym nie wiedzieli.

Iniemamocni 2
fot. Materiały prasowe
Zobacz również: „41 dni (bez)nadziei” – Recenzja

Kiedyś, w trakcie rozmowy przy ognisku, ktoś opowiedział mi anegdotę na temat zapasów żywności znalezionych po wielu latach w opuszczonej stacji badawczej na Biegunie Południowym, które okazały się zdatne do spożycia ze względu na ujemne temperatury tam panujące. Mam dziwne wrażenie, że Iniemamocni 2 to film, do którego scenariusz napisano wiele lat temu, a dopiero niedawno, podczas przeglądania jakichś magazynów, odnaleziono i postanowiono zrealizować. Produkcja jest zdatna do obejrzenia, ale czy warto jeść stare konserwy, mając pod nosem tyle świeżych dań?


2.5/5

Lubię w kinie silne charaktery i konfrontacje między nimi. Pasjonują mnie wszelkie okołoludzkie atawizmy, nieważne czy wyrażane poprzez podróż w nieznane zakątki świata, ucieczkę od codzienności czy wielogodzinne rozmowy pozbawione konwenansów. Nie uznaję tabu. Kocham zabawy konwencją; zarówno w formie jak i treści utworów.