„Juliusz” – Recenzja

Często przyszli studenci Akademii Sztuk Pięknych słyszą pytanie „A co zamierzasz po tym robić?”. Na tak sformułowane pytanie jedyną logiczną odpowiedzią zdaje się być – „Mieć własne wystawy”. Niestety nie wszystkim absolwentom plany zostania znanym rysownikiem wychodzą, toteż ci co mniej szczęśliwi, muszą przez resztę swego życia mierzyć się z systemem polskiej edukacji jako nauczyciele plastyki. Co gorsza, objęcie tej posady grozi bardzo dużymi problemami z panowaniem nad sobą. Szczególnie jeśli w domu twój ojciec łączy uzależnienie od seksu z tym od alkoholu. Jednym z takich skrzywdzonych przez życie nauczycieli plastyki jest tytułowy Juliusz (Wojciech Mecwaldowski), bohater reżyserskiego debiutu Aleksandra Pietrzaka, reżysera nagradzanych krótkich metraży („Mocna kawa wcale nie jest taka zła” i „Ja i mój tata”), który wyprodukowali twórcy filmu „Planeta singli”, znani ze współpracy z czołowymi polskimi komikami sceny stand-up: Abelardem Gizą i Kacprem Rucińskim.

Juliusz
Kadr z filmu „Juliusz”

­

Juliusz to samotny mężczyzna, dzielący swój dom z ciężko chorym ojcem (Jan Peszek). Poza frustracją wynikającą z zarobków w zawodzie (przez które to musi dorabiać na chałturach), nie może on również znaleźć swojej drugiej połówki. Do tego dochodzą kompleksy związane z powszechnie uznanym talentem malarskim swego rodziciela. Juliuszowi tak naprawdę niewiele już brakuje do psychozy Adama Miauczyńskiego z “Dnia Świra”. Choć tak naprawdę jest on zbyt poukładany, by na to szaleństwo sobie pozwolić.

Zobacz również: „Zama”, czyli XVIII-wieczny Pan K(orposzczur)

Możnaby powiedzieć, że reżyser stworzył tak naprawdę dwa filmy, powiązane ze sobą bohaterami. Jeden opowiada o relacji ojciec-syn, a także o przepracowaniu problemów wynikających z nadal obecnego w nich bólu po stracie matki. Juliusz przez cały okres trwania historii próbuje w ten czy inny sposób zmienić swojego ojca, by na koniec uświadomić sobie, że chce kochać swojego tatę takim jakim jest, niezależnie od jego wad.

Drugi, znacznie gorszy, to opowieść stricte komediowa, o próbie uzyskania pieniędzy na spłacenie groźnego Chorwata (Jerzy Skolimowski). Dług należy do wspólnika obiektu westchnień naszego bohatera – Doroty (Anna Smołowik), a w próbach uzyskania pieniędzy z chęcią pomoże “rozrywkowy” przyjaciel Rafał (Rafał Rutkowski). Problem w tym, że ta skądinąd dość sztampowa historia, będzie przyczynkiem masy nie śmiesznych gagów, za którymi stali najprawdopodobniej współscenarzyści filmu, czyli wspomniani już wcześniej stand-uperzy: Abelard Giza i Kacper Ruciński.

Juliusz
Kadr z filmu „Juliusz”

Wystarczy przytoczyć scenę z sikaniem w miejscu publicznym. Ot, świeżo wyrzucony z domu Chorwata bohater, musi udać się za potrzebą w krzaki. Widzi to straż miejska, która decyduje się interweniować, co skutkuje – a jakże -– żartem z oblania się własnym moczem. Szkoda, że to te sceny są “najzabawniejsze” i to tymi scenami zdecydowano promować film.

“Juliusz” jest najlepszy gdy stara się być minimalistyczny i skupiać się na budowaniu relacji między poszczególnymi bohaterami. O ile można zachwycać się nad nihilistycznym portretem ojca, który w wolnej chwili lubi zajrzeć do kieliszka, o tyle równie dobrze poprowadzony został wątek miłosny. Niczym w “Master of None” (a “Juliusz” będzie próbował sięgać po komedie w stylu Ansariego czy Reitmana) na początku budowania związku więcej tu się nie udaje, jest wiele różnorakich wpadek, a także stosunkowo trudno nawiązać trwały dialog.

Zobacz również: Seans czeskiego kina najlepiej rozpocząć od doktora Mraczka

Humor natomiast najlepiej wypada gdy dotyczy postaci epizodycznych. Czy to przez Krystynę Jande jedzącą szynkę za pieniądze, zaskakująco odważny epizod Macieja Stuhra, a także cameo naszych dwóch stand-uperów. Problem w tym, że momentami prosty humor niebezpiecznie blisko zbliża się do tego prostackiego, rodem z “Swingu”.

Największym plusem całej produkcji są aktorzy. Wojciech Mecwaldowski kupił moje serce po części dlatego, że widziałem w Juliuszu odbicie jego własnej kariery (artysta z wielkim potencjałem, którego niestety nie ma sposobności ujawnić), a także dlatego, że stworzył jedną z najbardziej wiarygodnych kreacji polskich filmów komediowych ostatnich lat. Niedoścignionym geniuszem jest również Jan Peszek w roli ojca, tworzący przemyślaną, spokojną, a także bardzo zniuansowaną kreację aktorską. Bardzo cieszy mnie również fakt, że panom tempa scenicznego dotrzymała również Anna Smołowik, której Dorota jest przepełniona nadzieją, ale również pustką i smutkiem wynikającym z porzucenia.

Juliusz
Kadr z filmu „Juliusz”

Szkoda mi natomiast Rafała Rutkowskiego, który choć wydawał się być idealnym comic reliefem, to niestety nie otrzymał prawdopodobnie ani jednego zabawnego żartu. Nie dostał niezbędnego czasu na rozwinięcie charakterologii swej postaci, poza rzucaniem żartami, przez co przy reszcie obsady wypadł po prostu blado.

Zobacz również: 10 powodów, by obejrzeć piąty sezon Bojacka Horsemana

Aleksandrowi Pietrzakowi po raz kolejny udało się w bardzo sprawny sposób lawirować między wątkami, spajać sceny, a także budować ciekawe postaci. Zdaje się, że jako jeden z niewielu rodzimych artystów (może obok pisarzy pokroju Małeckiego i Engelkinga), potrafi stworzyć tak realne i wiarygodne portrety męskich postaci, niekoniecznie buchających testosteronem.

Trudno mi w pełni zgodzić się z porównaniami do “Dnia Świra” (choć inspiracje filmem Marka Koterskiego są dość oczywiste), bo jednak są to filmy o całkowitym innym wydźwięku. O ile opowieść o Miauczyńskim wpędzała nas w kolejne stany depresyjne, o tyle “Juliusz” daje nadzieję na lepsze jutro. Jedno podobieństwo jest jednak widoczne gołym okiem – obydwie produkcje cierpią przez zaliczenie do komedii.

Jeśli idziecie na “Juliusza”, to czujcie się uprzedzeni, że humor może wam całkowicie nie przypaść do gustu – głównie ze względu na swoją dosadność. Jeśli jednak chcecie otrzymać poruszającą opowieść o rodzinie i niespełnionych szansach, to nowy film Pietrzaka jest właśnie dla was. Bo tak szczerych i autentycznych produkcji można szukać ze świecą.


3/5
Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.


One thought on “„Juliusz” – Recenzja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.