Jurassic Park

„Jurassic World: Upadłe królestwo” – hybryda poprzednich części, czy coś więcej? – Recenzja

25 lat temu Steven Spielberg olśnił świat, serwując to, o czym wcześniej fani kina rozrywkowego mogli tylko pomarzyć – osobliwe safari wśród prehistorycznej fauny. Park Jurajski z 1993 roku był po prostu skazany na sukces (do dziś to jeden z najbardziej dochodowych blockbusterów w historii). Mamy tu wszystko, co powinien mieć wzorowy film rozrywkowy – generyczną historię o „inspekcji” wyspy z dinozaurami, ikonicznych bohaterów jak John Hammond, dr Alan Grant czy dr Ian Malcolm, bezbłędnie wyważoną akcję w świetnym tempie czy epicką muzykę Johna Williamsa. No i oczywiście prehistoryczne bestie, powołane do życia dzięki cudom mechatroniki i innych efektów specjalnych. T-Rex czy raptory stały się swego rodzaju ikonami popkultury, a film doczekał się dwóch kontynuacji.

Choć krytyka filmowa zgodnie twierdzi, że z każdą kolejną odsłoną Parki Jurajskie obniżały poziom, to ja wychowałem się na tych filmach i zarówno na drugą jak i trzecią część franczyzy patrzę troszkę przez różowe okulary. Po czasie oczywiście dostrzegam liczne absurdy scenariuszowe, wciąż jednak zarówno sequel Spielberga z 1997 roku jak i „trójka” Joe Johnstona (2001) to dla mnie solidne kino rozrywkowe. Moje oczekiwania spełnił również długo wyczekiwany Jurassic World sprzed 3 lat. Film prosty w budowie, jednak pełen ukłonów, nawiązań i parafraz scen z oryginału, do tego z kilkoma innowacjami (dinozaur-hybryda genetyczna czy tresura raptorów) dostarczył wartkiej akcji i świetnej rozrywki. Jak w porównaniu do reszty franczyzy wypada Upadłe królestwo Juana Antonio Bayony?

Hiszpan miał na pewno zadanie nieco trudniejsze niż reżyserujący trzy lata starszy film Colin Trevorrow (który tutaj jest współscenarzystą). Pierwszy Jurassic World wykorzystał już najbardziej przekonywujący pretekst do spotkania ludzi z dinozaurami, czyli powstanie parku rozrywki, który został przecież na koniec efektownie zniszczony. Każda kolejna wyprawa na Isla Nublar wymaga więc kombinowania ze znalezieniem powodu, dlaczego bohaterowie mieliby znów jechać w to śmiertelnie niebezpieczne miejsce. I tym razem wymyślono wybuch wulkanu, który ma zniszczyć całą wyspę, a w konsekwencji bezcenne dla przyrody odtworzone gatunki dinozaurów.

Jurassic World: Upadłe królestwo
kadr z filmu „Jurassic World: Upadłe królestwo”

Ekspozycja fabuły, w której Benjamin Lockwood, wyczarowany trochę z kapelusza dawny partner biznesowy Johna Hammonda, (mocno też na tej postaci wzorowany) namawia Claire Dearing (powtarzająca swoją rolę z pierwszego JW Bryce Dallas Howard), by ta z kolei przekonała Owena Grady’ego (Chris Pratt) do pomocy w ratowaniu zagrożonych zwierząt, traktuje temat mocno pobieżne. Widzowi ciężko poczuć tę troskę i współczucie wobec zagrożonych dinozaurów, choć później film nadrabia to nieco, pokazując dramat tych stworzeń na wybuchającej wyspie.

Film powtarza wiele schematów, jakie wprowadził Zaginiony świat: Park Jurajski (1997). Mamy tutaj więc bezduszną korporację, podobną do InGenu, na której czele stoi kryjący przed Lockwoodem swoje prawdziwe intencje wobec dinozaurów technokrata Eli Mills (Rafe Spall). Szef ekspedycji mającej schwytać okazy na wyspie do złudzenia przypomina Rolanda Trembo, skądś już znane są też metody łapania stworzeń, klatki czy wreszcie statek przewożący je do Ameryki. Jednak zamiast centrum miasta, areną starcia z dinozaurami staje się potężna rezydencja Lockwooda w stylu wiktoriańskim, w podziemiach której Mills potajemnie wybudował laboratoria genetyczne i klatki do przetrzymywania okazów.

Po przywiezieniu dinozaurów do Ameryki to w scenerii tego pałacu dochodzi do aukcji, na którą przybywają milionerzy z całego świata chętni do sprezentowania sobie osobliwego pupila, tutaj też zawiązuje się punkt kulminacyjnego filmu. Dwójka naszych głównych protagonistów, HowardPratt, wspomagana przez młodszą parę „młoda biolożka – informatyk nerd” oraz wnuczkę Lockwooda oczywiście jest tutaj obecna, by stoczyć pojedynek z nową hybrydą. Tym razem jest to nieco mniejszy dinozaur w stylu raptora, jednak przerażająco inteligentny.

Jurassic World: Upadłe królestwo
kadr z filmu „Jurassic World: Upadłe królestwo”

Jak się to ogląda? Przyjemnie, choć przez pierwszą część seansu trzeba przymknąć oko na patos towarzyszący wszelkim „gadkom” o konieczności ratowania dinozaurów czy naprędce klecone, pretekstowe relacje miedzy bohaterami. Gdy dochodzimy jednak do sedna filmu, czyli scen akcji z prehistorycznymi gadami w roli głównej, prawie zawsze jest dobrze albo bardzo dobrze. Ich dynamika, napięcie i charakterystyczna już dla franczyzy celebracja grozy spotkania z wymarłymi kreaturami zdecydowanie mogą się podobać.

Sceneria wiktoriańskiej rezydencji umożliwiła wiele ciekawych, typowo horrorowych zabiegów formalnych, hiszpańskiemu reżyserowi kilka razy udaje się wycisnąć z widza gęsią skórkę. Brakuje jednak nieco rozmachu i klasycznego piękna pierwszej części. Tam wszystkie części składowe widowiska jakby odrobinę lepiej ze sobą zagrały. Film ma sporo autodystansu – w jednej z pierwszych scen mamy zbliżenie na wyśmiewane w internecie szpilki Claire, w których uciekała przed dinozaurami przez cały pierwszy film. Gdy przychodzi jednak do wyprawy na wyspę, bohaterka zakłada już wygodne, wysokie traperskie obuwie, i tu też reżyser wyraźnie zaznacza, że poprawił ten absurdalny szczegół.

Jurassic World: Upadłe królestwo
kadr z filmu „Jurassic World: Upadłe królestwo”
Zobacz również: Zespół Miłości i Uwielbienia „Pawlikowski” – analiza „Zimnej wojny”

Nie spodziewajcie się wybitnego kina,  nawet nie czegoś powyżej przeciętnego blockbustera. Film spodoba się głównie fanom serii, którzy miłość do oglądania dinozaurów wynieśli z dzieciństwa. Osoby wyznające filozofię głoszącą, że na tego typu produkcjach należy wyłączyć zmysł filmowego snoba i po prostu dać ponieść się akcji też mogą wyjść kina z zadowolone. Bo thrillujących wrażeń film Bayony dostarczyć potrafi. Ciekawi mnie zakończenie, które zostawia niezwykle szeroko otwarte drzwi kolejnym kontynuacjom – oby te wpadki, które zalicza Upadłe Królestwo były dla producentów przestrogą, by nie zrobić z jurajskiej franczyzy drugiego Transformers. Symbolu chałtury filmowej, przy której Michael Bay zdaje się dysponować wszystkim, tylko nie dobrymi pomysłami.


3/5

Jestem studentem. Oceniam filmy obiektywnie. Lubie, gdy filmy są Coenowskie i Cohenowskie. Ironicznie urodziłem się w niewłaściwym pokoleniu, bo moje ulubione filmy i muzyka mają 40+ lat. W dziele filmowym zwracam szczególną uwagę na reżyserię i montaż dźwięku. I’m not a drowining man! And I’m not a burning building!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.