„Kamerdyner” – Recenzja

Na ten film Kaszubi czekali od sześciu lat, a tak długi proces tworzenia najnowszego filmu Filipa Bajona zwiastował produkcję, której rozmach przyćmi tegoroczne premiery w polskim kinie. Okazuje się jednak, że film rozgrywający się na przestrzeni pięciu dekad, opowiadający przede wszystkim o drastycznym mordzie na mieszkańcach Kaszub, pogubił się na praktycznie każdej płaszczyźnie przedstawianej historii. Kamerdyner lawiruje bowiem i zmienia tematy tak nieumiejętnie, że z wielkiego romansu, dla którego wojna miała być tylko tłem, nie zostaje nic wartego uwagi. Zostanie jednak zaprezentowana między innymi nieudolna polityka kaszubsko–polsko–niemiecka, niesprawiedliwie potraktowany wątek gejowski, a nauczyciel muzyki stanie się największym hitlerowskim antagonistą polskiej kinematografii.

Kadr z filmu „Kamerdyner”

Każda jednak próba krytyki tego filmu zdaje się być odbijana jednym silnym argumentem – „nie zrozumiesz tego filmu, skoro nie jesteś Kaszubem”, usłyszałem to od przypadkowego przechodnia, gdy w kinowym korytarzu narzekaliśmy ze znajomym na jakość obejrzanej przez nas produkcji. Z tak postawioną tezą ciężko dyskutować – jak bowiem umniejszyć temu, że to pierwszy raz, kiedy do debaty publicznej wchodzi informacja o tragedii Kaszubów i Pomorzan pomordowanych przez Niemców w Piaśnicy? Jak odmówić nostalgii, gdy obecny w filmie język kaszubski używany jest prawie na zasadzie równoważności i na dobrym poziomie? Godność uwikłanych w wielką politykę Kaszubów to jednak coś więcej niż prosta gra na nostalgii. W filmie Filipa Bajona ich skomplikowane losy, poczucie dumy i siły, oraz unikalna tożsamość zostały po prostu nieuczciwie wykorzystane. To na pewno nie jest krok w stronę przywracania Kaszubom godności.

Zobacz również: Recenzję filmu „Searching”

Jest w filmie scena, gdy Hrabia (w tej roli zwycięski w Gdyni Adam Woronowicz) siedzi nad mapą w swoim gabinecie, a przed nim rozbiera się jedna z pokojówek. Sytuacja prowokuje rzucony przez hrabiego niezręczny one-liner, o „tyłeczku pokojówki wartym mapy Europy”. Sensu tych słów na próżno szukać, ale podobnych, rzuconych bez większego kontekstu zdań, jest w filmie pełno, co najlepiej świadczy o słabości scenariusza.

Filmowa grupa aktorska dorównuje rozchwianemu poziomowi produkcji. Z jednej stromy Janusz Gajos tworzy jedną z najlepszych kreacji swojej wybitnej kariery, Łukasz Simlat staje się wcielonym demonem w mundurze nazisty, a Anna Radwan próbuje swoim stoicyzmem utrzymać fason von Krausów. Niestety jednak jest też druga strona wielkiej trupy aktorskiej. Sebastian Fabijański i obsadzanie go w pierwszoplanowych rolach nadal pozostaje jedną z największych zagadek polskiej kinematografii, Adam Woronowicz za mocno wziął sobie do serca metody Stanisławskiego tworząc męczącą szarżę aktorską, a Marianna Zydek jest po prostu nijaka.
Zobacz również: Recenzję filmu „American Valhalla”

Nie można jednak zaprzeczyć, że chociażby zdjęcia pozwalają poczuć prawdziwy klimat regionu, a dynamiczny montaż momentami wciąga w opowiadaną historię. Nie ma tu jednak mowy o jakimkolwiek rozmachu, bo ile można cieszyć się ujęciami z drona, albo przymykać oko na scenografie i kostiumy, choć na te ostatnie chyba koniec końców zabrakło budżetu…

Mając więc na uwadze fakt, że „Kamerdyner” to miała być przede wszystkim niesamowita historia na przestrzeni dekad, ciężko ukryć rozczarowanie. Produkcja zdecydowanie nie uniosła ciężaru, jakim jest odpowiednie trzymanie widza w napięciu, prowadząc go przez wydarzenia, które miały być hołdem dla bohaterów. Zamiast tego mamy gatunkowy misz masz, który przypomina zbiór wszystkiego co złe w polskim kinie, kwintesencje wszystkich złych decyzji podejmowanych przez część naszych reżyserów. Szkoda, że Wizja Lokalna 1904 Bajonowi już nie wyszła.

1.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.