Klasyka z Filmawką – „Szatańskie tango”

Każdy szanujący się kinoman zna, chociażby z nazwy, film Beli Tarra, będący jednym z najdłuższych filmów kinowych. Mowa oczywiście o Szatańskim Tangu, które jest ekranizacją powieści Laszlo Krasznahorkaia. Film ten obrósł już pewnego rodzaju legendą, wynikającą ze słynnych długich ujęć, które zajmują znaczną część spośród ponad 400 minut całego widowiska.

Zobacz też: Klasyka w dniu premiery – „Rozstanie”

To właśnie wspomniane powyżej ujęcia sprawiają, że nie jest to film dla każdego – do dzieła Tarra należy podejść z odpowiednim szacunkiem i świadomością, że nie otrzymujemy kolejnego, nasyconego akcją filmu, jakich jest przecież pełno. Zamiast tego przenosimy się na Nizinę Węgierską, gdzie na samotnej wsi poznajemy życie bohaterów – zwyczajnych ludzi, których jedynym marzeniem jest wyrwanie się z szarej, chłopskiej rutyny.

kadr z filmu „Szatańskie Tango”

W tym przesiąkniętym symboliką filmie, będącym opus magnum węgierskiego reżysera, nie znajdziemy uproszczeń. Gdy bohaterowie na coś czekają, czekamy razem z nimi, obcując przy tym z długimi, ale jednocześnie pięknymi kadrami. To właśnie zdjęcia są jednym z najlepszych elementów filmu – zachwycają, sprawiając że przez całe, pełne wrażeń widowisko ciężko mi było oderwać oczy od ekranu.

Nie należy jednak zapominać o fabule, którą można jednak opisać kilkoma słowami – kluczem jest tutaj brak nadziei, pustka, surowość, rutyna i oczekiwanie. Poznajemy historie kilku pozornie innych bohaterów, których coś jednak łączy. Oprócz tego, wszyscy z nich oczekują nadejścia Irimiasa (Mihaly Vig) – najbardziej zagadkowej u Tarra postaci, która została już dawno uznana za zmarłą. Tymczasem, pojawia się on w pobliskim mieście, budząc tym samym spore zamieszanie wśród mieszkańców wsi.

Zobacz też: Złodzieje rowerów #3 – 75. Festiwal w Wenecji, „Lato” i „Zama”
kadr z filmu „Szatańskie tango”

Wspomniani mieszkańcy nie mają wielkich marzeń, chcą jedynie wyrwać się z rutyny, zmienić coś w swoim życiu. Właśnie dlatego tak bardzo wyczekują nadejścia tej jednej osoby, która może coś zmienić, a której jednocześnie tak bardzo się obawiają. O każdej z przedstawionych postaci można napisać przynajmniej kilka słów, jednak szczególną uwagę należy zwrócić (obok wspomnianego już Irimiasa) na postać doktora. Ten stary lekarz, w którego rolę wciela się Peter Berling, całe dnie spędza przy oknie, skrzętnie opisując zaobserwowane wydarzenia, mające miejsce na wsi. Pije przy tym niewyobrażalne ilości palinki, przy czym ogromny wysiłek sprawia mu wyjście z domu, aby uzupełnić zapasy wspomnianego alkoholu.

Mimo sporej liczby dialogów, w samym Szatańskim Tangu nie uświadczymy wielu zwrotów akcji. W czasie oczekiwania na długo nadchodzące zmiany obserwujemy szarą codzienność przedstawionych postaci. W niej jednak nie otrzymujemy scen, przedstawiających ich pracę, a raczej to, jak spędzają wolny czas, bez wyraźnego pomysłu na siebie. Zamiast scen akcji otrzymamy tu zabawę w barze, gdzie przez kilkanaście minut obserwujemy tańczące w amoku i pijące węgierskie chłopstwo. Prócz tego, obserwujemy „zabawę” dziewczynki z kotem, będącą jednocześnie sceną, za sprawą której Tarr padł ofiarą masowej krytyki. Ciekawym zabiegiem ze strony reżysera było jednak przedstawienie tych samych wydarzeń, widzianych z perspektywy wielu bohaterów, co sprawia że z każdym obejrzanym rozdziałem jesteśmy w stanie uporządkować elementy tej układanki. Tym samym, otrzymujemy pozornie nieskomplikowaną, codzienną historię, która za sprawą licznej symboliki nabiera drugiego, głębszego sensu.

Zobacz też: Ars Independent jako… idealne dzieło sztuki totalnej?

Korzystając z czasu, danego nam przez reżysera, możemy bowiem już w trakcie seansu zastanowić się nad tym, co Bela Tarr chce nam przekazać. Wszystko dlatego, że nie mówi on wprost, co oznaczają poszczególne elementy tegoż dzieła: od rozpoczynających i kończących jednocześnie film dzwonów, przez mnogość nawiązań do tematyki sakralnej i zachowanie poszczególnych postaci, po sam fakt pomieszania chronologii dwunastu rozdziałów, na które składa się produkcja.

kadr z filmu „Szatańskie Tango”

Zdziwiony byłem tym, że Szatańskie Tango było dla mnie bardziej przystępną produkcją niż obejrzany wcześniej Koń Turyński tego samego reżysera. Duży wpływ na to miały oczywiście wspaniałe zdjęcia i współgrająca z nimi ciekawa ścieżka dźwiękowa, ale też poczucie niepokoju, towarzyszące nam gdy obserwujemy bohaterów. W niemalże każdej scenie widać na ich twarzach skrajne emocje – od przeważającej beznadziei, przez przerażenie, po pojawiającą się momentami nadzieję. Nadzieję na zmianę rzeczywistości, do której wszyscy wspólnie dążą.

Zobacz też: Kapitularz 2018 – nasz przewodnik po atrakcjach filmowych

Filmu Tarra się nie ogląda – to dzieło się przeżywa, przenosząc się na Nizinę Węgierską i uczestnicząc we wszystkich wydarzeniach razem z bohaterami. Razem z nimi dzielimy bowiem niepokój przed nadchodzącym symbolicznym końcem świata. Tak przynajmniej było w moim przypadku i jestem skłonny polecić seans tego kultowego już filmu każdemu, kto znajdzie wolny dzień i będzie gotów poświęcić go na najwyższej jakości doznania filmowe.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.