„Korpo” – Recenzja

Swego czasu bardzo popularną grą internetową było „Zabij swojego szefa”, łechtające ukryte pragnienia tych co bardziej sfrustrowanych pracowników korporacji. Z dość niezrozumiałych dla mnie powodów, wizja torturowania swojego przełożonego sprawia niektórym zdecydowanie zbyt dużo nieskrywanej satysfakcji. To właśnie do tych osób, a także przeciwników słynnych Mordorów, skierowany jest najnowszy film Joe Lyncha, czyli hardcore’owa orgia gore w jednej z zakażonych epidemią wiecznej frustracji korporacji.

Kadr z filmu „Korpo”

Derek Cho (Steven Yeun) to typowy przykład XXI-wiecznego pracownika. Po ukończeniu studiów z wyróżnieniem dostał on propozycje lukratywnej posady w firmie prawniczej, w której to powoli przez lata wspinał się po szczeblach kariery (wprost proporcjonalnie do tracenia jakiejkolwiek radości z życia). Kiedy jednak jego marzenie o corner office staje się faktem, znienawidzona Syrena (Caroline Chikezie), skądinąd kochanka przełożonego, zdecydowała się wrobić go w aferę finansową i tym samym pozbawić pracy. Cho jednak, wykorzystując precedens prawny połączony z panoszącym się po firmie wirusem „czerwonego oka” zmieniającym zarażonych w agresywnych żądnych krwi osobników, decyduje się odzyskać swoją pracę, mordując wszystkich zarażonych dookoła.

Zobacz również: Recenzja filmu „Kler”

W ten sposób rozpoczyna się esencja filmu Lyncha, czyli mordercza szarża po piętrach firmy ku Olimpowi, w tym przypadku przybierającego formę gabinetu Szefa. W pokonywaniu kolejnych fal przeciwników (nikt nie ukrywa tu mocnych inspiracji grami z gatunku survival) pomoże mu Melanie (Samara Weaving), próbująca w ten jakże nietypowy sposób uzyskać zgodę na anulowanie swojego długu wobec firmy. I tak przez pełną godzinę oglądamy przelewające się po ekranie hektolitry krwi, pękające pod naciskiem uderzeń młotka czaszki, a także krojone piłą mechaniczną żebra. W oglądaniu morderczej szarży Dereka i jego klientki towarzyszy nam znajdujący się pod wiecznym wpływem kokainy Szef.

Lynch jawnie próbuje swój film wykreować na kształt typowego komputerowego slashera. Dlatego też nasza para protagonistów ma przed sobą trzech bossów do pokonania (każdy z nich znajduje się na wyższym piętrze, a więc reprezentuje wyższy stopień trudności), od kulawego Kosiarza, przez wierutnie złą Syrenę, aż do przeżartego kapitalizmem Szefa (Steven, nomen omen, Brand). Z każdym przebytym poziomem uzyskują oni dostęp do ulepszonych i co bardziej wymyślnych broni, przy okazji nawiązując coraz trwalszą więź porozumienia, przypieczętowaną sceną dość dosłownego aktu seksualnego. Szkoda tylko, że ten żywcem wyciągnięty z Dooma urok masakry pryska, gdy reżyser próbuje wspiąć się na kolejny poziom narracji (od metafizyki do psyche), co niestety wydaje się być zbyt wymuszone i całkowicie poza przyjętą konwencją.

Kadr z filmu „Korpo”

Steven Yeun, co udowodnił już w The Walking Dead, świetnie potrafi radzić sobie z masami przeciwników. Podobnie jak w przypadku słynnego serialu AMC, tu również na jego drodze stają zombie, czyli opętani przez system ludzie, którym lata w korporacji zagwarantowały darmowe pranie mózgu. Yeun przemienia gbura i frustrata jakim jest na początku Derek w faceta konkurującego ze wszystkimi legendarnymi macho kina akcji z lat 80-tych. Równie dobrze w roli Anielicy Śmierci sprawdza się Samara Weaving, stająca się powoli archetypem morderczej kobiety w różowych okularach i to dobrze, bo Zemsta z założenia jest kobietą. W tym przypadku – zaiste krwiożerczą.

Zobacz również: Recenzja filmu „Searching”

Ta „zła” z definicji strona korporacji odznacza się pewną powszechnie znaną aktorską metodą – szarżą. O ile jeszcze Kosiarz, czyli Dallas Roberts, stara się wyłamać z tej niezrozumiałej potrzeby zagarniania ekranu dla siebie, będąc największym stoikiem z szefostwa, o tyle Steven Brand wraz z Caroline tworzą przekoloryzowany duet szwarccharakterów, nawet jak na mocno groteskowo-gore’ową konwencję. Choć demoniczny pościg za kartą magnetyczną Syreny czy też ataki wścieklizny Szefa z pozoru idealnie pasują do klimatu Korpo, po pewnym czasie odbierają resztki przyjemności płynącej z seansu.

Tu też dochodzimy do problemu jaki mam z tą produkcją. Niestety, mimo godnej podziwu próby przedstawienia korporacyjnego życia jako jednej wielkiej mordowni (niczym na Domaniewskiej), sama formuła w pewnym momencie zaczyna po prostu nużyć. Nie dość, że by akcja nabrała jakiegokolwiek tempa musimy przetrzymać 30 minut rozwleczonego narracyjnie prologu, to sam sposób przedstawiania walk zaskakująco szybko staje się powtarzalny (choć złośliwi powiedzą, że to symulacja rutyny codzienności). Najgorzej wypada jednak sztampowy wątek miłosny, całkowicie niepasujący do tej oderwanej od realiów świata historii.

Kadr z filmu „Korpo”

Niewątpliwie Korpo to obecnie jedna z najbardziej unikatowych pozycji w repertuarze kin. Rzadko zdarza się, by do naszych kin wprowadzono produkcje tak mocno skupiającą się na czystej, bezmyślnej brutalności, znęcaniu się nad przeciwnikami i spełnianiu swoich sadystycznych marzeń. W moim przypadku cała opowieść wypadła dość nijako i traktuje ją bardziej jako pewnego rodzaju eksperyment niżeli stuprocentowe dzieło artystyczne, zauważając przy tym wiele plusów i udanych prób formalnych. Jednego jestem jednak pewien – fani festiwalowych nocnych szaleństw będą bawić się doskonale.

3/5

 

Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.