„Kraina wielkiego nieba” [czyli rozkład małżeństwa jako arcydzieło współczesnego kina] – Recenzja

Ślubuję ci miłość,

Rodzina Brinsonów uchodzi za wzór do naśladowania. Cieszą się swoim nowym domem (kto by się przejmował, że jest wynajmowany – skoro czujemy się jak u siebie), razem spędzają wieczory – Jerry z Joe radośnie rzucają piłką futbolową (w końcu syn musi grać i być lepszy od ojca), podczas gdy Jeanette przygotowuje kolację i dba o ciepło wspólnego ogniska. Obserwując ich idealne życie – rozmowy, wspólne picie piwa przed snem, emocjonowanie się rozgrywkami NFL przed odpowiednio nastrojonym radiowym odbiornikiem, czy też ukryte przed potomkiem pocałunki przy kuchennym kredensie – zazdrościmy im tej idylli; zazdrościmy bo w przeciwieństwie do nas, oni nie mają żadnych zmartwień. Ich czternastoletnie uczucie zdaje się wciąż tak samo mocne jak na początku, a namiętność i ciepło wspólnych nocy nie ma się w najbliższym czasie zakończyć.

Gdy Jerry po dwóch tygodniach zostanie wyrzucony z pracy (w końcu jest za miły, ludzie nie lubią takich osób), nikt nie będzie się na niego wściekał. Na pewno coś znajdzie – tak fantastyczni ludzie jak on, nie mogą być długo bezrobotnymi. Najwyżej Jeanette znajdzie gdzieś zarobek na pół etatu, by móc połączyć to z obowiązkami domowymi. Albo zmienią miejsce zamieszkania – w końcu i tak nie są tu bardzo zadomowieni, Joe nie ma wielu kolegów, a najważniejsze by Jerry mógł znaleźć wreszcie swoje miejsce na ziemi.

Problem w tym, że Jerry nie chce iść na ustępstwa. Nie chce wrócić do roli pucybuta w klubie golfowym, mimo że oferują mu jego posadę z powrotem. Ma swój honor, nie będzie go tracił. Jeanette może się obrażać, ale nie pozwoli zhańbić jego rodzinnego nazwiska. On musi iść za głosem serca, za powołaniem – nie będzie już aspirującym golfistą, od teraz będzie strażakiem, gaszącym wielomiesięczne pożary lasów na pograniczu stanu Montana. Co z tego, że musi zostawić rodzinę, oni poczekają, a on poczuje się spełniony. Wtedy przejdzie depresja, wewnętrzny, uciskający głowę ból. Jeanette pokrzyczy, ale jest jego żoną, a ona przecież zawsze czeka na męża. Czyż nie, Joe?

Wierność,

Jeśli wyjdzie przez te drzwi, nie będzie już miejsca na powrót. Ona przecież mogła pracować, mogła ich utrzymać. Ale nie – Jerry musi zaciąć się jak stary scyzoryk i postawić na swoim. To już ostatni raz, kiedy to zrobi. Jutro obudzi się sama w małżeńskim łóżku, gdy on będzie głupio i niepotrzebnie ryzykował życie, spełniając swoje urojone ambicje. Jutro wszystko spocznie na jej barkach. Jutro wszystko będzie inaczej. 

Zobacz również: Recenzję serialu „1983”

Od „jutra” statyczna dotąd kamera zacznie wykonywać pojedyncze ruchy. Wszystko po to, by powoli odkrywać ukryte demony rodziny Brinsonów. Czasem w postaci całującej się po obiedzie ze swoim „przełożonym” Jeanette (trudno to nazwać jednak zdradą – w końcu to Jerry jako pierwszy zostawił ją na pastwę losu), czasem jako ogień, który matka pokazuje synowi – ogień, który jego ojciec wybrał ponad niego, ponad jego zdrowie i szczęście. Każdy, nawet niewidoczny ruch, jest dokładnie przemyślany – minimalne drgnięcie kadru, powoduje że na naszej skórze pojawiają się ciarki. W końcu zaraz się coś zdarzy, coś strasznego, przez co wpadnie kolejna kropla do małżeńskiej czary goryczy.

Jerry też przecież nie będzie wierny. Zdradzi swoją żonę z ryzykiem, z adrenaliną płynącą z gaszenia pożaru i ryzykowania życiem. Zdradzi ją z własnym ego, które w ten sposób chce sobie podbudować – nie może być przecież bardziej szczęśliwa od niego, ona nie może radzić sobie lepiej w życiu zawodowym; to on ma być głową, przewodnikiem rodziny. On jednak nie potrafi udźwignąć ciężaru egzystencji, wciąż uciekając od odpowiedzialności i zmierzenia się twarzą w twarz z prawdą. W momencie kluczowym zasłoni się synem – w końcu on sam nie wie jak ma odpowiedzieć na insynuacje, bo nikt nigdy tego od niego nie wymagał.

I uczciwość małżeńską

Paul Dano nie opowiada się po żadnej ze stron, ukazując cały spór z perspektywy 14-letniego chłopaka. Joe nie ma znajomych – poza Ruth, której ojciec również jest strażakiem. To ona każe z wytęsknieniem czekać mu na pierwszy śnieg – symbol powrotu wytęsknionego rodzica do domu. Wtedy wszystko wróci do normy – mama przestanie się spotykać z czerwonym od wina i cygar Warrenem, a tata wróci do normalnej pracy i wszystko będzie jak dawniej. Wszyscy będą szczęśliwi.

Zobacz również: Najnowszy odcinek „Kulturawki”

Niesamowita jest wnikliwość portretu psychologicznego dziecka w rozbitym małżeństwie. Tak często przecież Joe stanie się kartą przetargową; tak często przecież argumentem by uratować związek stanie się fakt posiadania wspólnego potomka, którego trzeba wychować – w końcu co to za dziecko bez matki/ojca. Dano wraz z Zoe Kazan nie grają na emocjach widza, bo widz czuje się perfidnym obserwatorem, który wie, że nie powinien patrzeć na tak personalne i obdarte z pozorów relacje. Nie ma tu dramatyzowania, wielkich monologów. Tworząc bardzo minimalistyczny nastrój udaje się wytworzyć przeżycie transowe, podczas którego zdaje się nam, że widzimy faktyczny dramat ludzki, z którego bardzo sporadycznie jesteśmy wyrywani – czy to podniesionym głosem (gdy nieświadomie wybuchamy płaczem uświadamiając sobie, że to chyba koniec), czy też pewnymi podejmowanymi działaniami, przez które zakrywamy twarz, w duchu modląc się by bohaterowie zatrzymali się zanim zrobią coś, czego będą żałowali do końca życia.

Kraina wielkiego nieba nie udałaby się, gdyby nie Carey Mulligan. Tworzy perfekcyjny portret zdradzonej kobiety, skrzywdzonej żony, która nie zamierza czekać na jej wiecznie uciekającego męża. Wzór emancypacji, szczególnie gdy postanawia sama o sobie stanowić – nie będzie wystawać pod drzwiami i czyhać na telefon. Jerry sam wybrał wyjazd, sam zdecydował się podpisać nekrolog ich relacji małżeńskiej. I tak nie byli erotycznie blisko. I tak on jej nie kochał. I tak jest młoda – ma wreszcie szanse zaznać szczęścia w pełnym wymiarze – może chodzić jak chce – w końcu jest wolna, nie zakuta w kajdany zobowiązań. Mulligan jest wybitna i tworzy kreacje zasługujące nie tylko na każdą nagrodę, ale i na miano jednej z najwybitniejszych ról XXI wieku, bo tak przepełnionej emocjami postaci nie było w amerykańskim kinie od dawien dawna.

Oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci

Kraina wielkiego nieba to produkcja z wszech miar wybitna. Dano łączy tutaj kunszt kadrowania znany z Ghost Story Lowery’ego, umiejętność budowania narracji Paula Thomasa Andersona, oraz mumblecore’ową zdolność do pisania dialogów tak bardzo przepełnionych emocjami. Lata spędzone pod okiem najwybitniejszych twórców – od wspomnianego Andersona, przez Steve’a McqueenaPaolo Sorrentino, aż do John Ho-Bonga – spowodowały, że nie ma tu ani jednej debiutanckiej pomyłki, bo Dano z iście chirurgiczną precyzją przeprowadza operację na sercu widza.

Otwarte zakończenie, które uwiecznia na kliszy Joe, powoduje, że nie wyjdziemy z kina szczęśliwsi. Będziemy przepełnieni żalem i rozgoryczeniem, nie tylko dlatego, że mamy świadomość, że niektóre uczucia są nie do odratowania (szczególnie, gdy przeżyliśmy w swoim życiu pustkę, po jedynej osobie, którą faktycznie kochaliśmy), ale także dlatego, że mamy świadomość, że długo czegoś takiego nie przeżyjemy. Dano prawdopodobnie tworzy najlepszy debiut XXI wieku, a ja nie mogę się doczekać, aż będę go mógł zobaczyć po raz kolejny. Choćby po to by zadać pytanie Do you love him, mum?.

5/5
Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.