„Dlaczego jesteśmy kreatywni?” [czyli zatracony reżyser, lodówka Lyncha i wiele więcej] – Recenzja

Ludzie mają różny cel swojego życia. Dla niektórych będzie nim wybranie się w podróż dookoła świata. Inni uznają za pociągającą wizję podbicia świata wraz ze swoją muzyką, albo siedzenie w domu przy kominku z odchowanymi dziećmi wracającymi w rodzinne strony na święta. Hermann Vaske, jak na pogrążonego w marazmie pracownika agencji reklamowej przystało, postanowił postawić na coś bardzo niespotykanego i poświęcił cały swój wolny czas na próbę znalezienia odpowiedzi na jedno nurtujące go pytanie – Dlaczego jesteśmy kreatywni?

Zobacz również: Recenzję „Ballady o Busterze Scruggsie”

Właśnie o tej gonitwie za uniwersalną prawdą na najbardziej abstrakcyjne i osobiste pytanie, opowiada jego najnowszy film. Produkcja jest pozornie jedynie zapisem 50 rozmów z najwybitniejszymi przedstawicielami światka artystycznego, próbujących odpowiedzieć na pytanie Dlaczego jestem kreatywny?. Tak naprawdę już w tym momencie mógłbym uciąć swoją recenzję, bo sama możliwość obejrzenia dywagacji na temat kreatywności prowadzonych przez m.in. Davida Bowiego, Michaela Haneke, Yoko Ono czy Michaela Madsena jest wystarczająco dobrym powodem do obejrzenia życiowego dzieła Vaske. Jednak im dalej od seansu tym bardziej uświadamiam sobie, że wywody twórców znajdują się na drugim planie, a na pierwszym jest niewidoczny przez większość czasu człowiek stojący za kamerą.

Vaske, szukając wspólnego pierwiastka wszystkich wypowiedzi, zatracił w pewnym momencie dystans do całego projektu. Aktywność, mająca być jedynie odskocznią od bolączek związanych z zawodem, stała się jedyną siłą napędową w jego życiu. By znaleźć definicje i powody kreatywności upijał się z gwiazdami, czyhał na ulicach, zagadywał przypadkowych ludzi, a nawet gonił Davida Lyncha po korytarzach francuskiego hotelu. Wszystko, by osiągnąć spokój ducha i mieć świadomość, że zrobił wszystko, co mógł; by odkryć swój własny, prywatny Święty Graal. Problem w tym, że w szalonym pędzie za prawdą uciekły gdzieś pewne filmowe podstawy.

Najbardziej symptomatycznym momentem całej produkcji jest otwierający ją wywiad z Davidem Bowie. Lekko zarośnięty Ziggy Stardust patrzy w kamerę, a Vaske w tym czasie zadaje wszystkie pytania będąc skierowanym w stronę okna. Z czasem mamy dowiedzieć się czemu panowie wybrali taką formę prowadzenia dialogu, ale ten moment pozwala nam zobaczyć z czym i kim mamy do czynienia. Mamy okazję przekonać się, że nie będzie to jeden z wielu dokumentów opierających się na nudnym wykładzie, a bardziej surrealistyczna droga do sedna niewytłumaczalnego. Droga Vaske do osiągnięcia Nirwany, w jego przypadku jawiącej się jako moment poznania i pojęcia kreatywności.

Zobacz również: recenzję „Fantastycznych zwierząt”

Dlaczego jesteśmy kreatywni to na pewno film nieoszlifowany. Momentami nuży, chwilami zatraca narracyjne tempo, a niektóre wypowiedzi są ze sobą zszyte bardzo grubymi nićmi. Ba – zdarzają się rozmówcy tak buńczuczni i nieznośni w swych tezach, że trudno zdzierżyć ich obecność na dużym ekranie. Gdy spojrzymy jednak z szerszej perspektywy, zrozumiemy że to oni są kluczową częścią składową snutej teorii na temat kreatywności. Nawet jeśli ich definicje nie noszą w sobie znamion sensowności.

W tym całym szaleństwie, chwilowych przestojach i dziwnych wypowiedziach jest pewna metoda. Jest nią wszechobecny humor, przejawiający się w wypowiedziach, drętwej anegdocie Mariny Abramović, wiadomości o „lodówce” na skrzynce pocztowej Lyncha, poemacie na temat prezesów banku Slavoja Zizka, czy wreszcie wywodzie o stonodze Michaela Haneke. Metodą na przeprowadzanie nas do końca są także animacje, wizualizujące konflikt wewnętrzny Vaske, a także krótkie rysunki obrazujące coraz to dziwniejsze definicje kreatywności. I wreszcie jest nią szczerość, momentami aż przeszywająca widza, gdy znani nam artyści zaczynają być obdzierani z szat, gdyż otrzymają pytanie, na które tak naprawdę nie sposób udzielić im jednej, z góry właściwej odpowiedzi.

Gdy pojawiają się napisy końcowe można mieć przekonanie, że Hermann Vaske skończył swoją podróż, nie osiągając wyznaczonej destynacji. Po chwili jednak rozumiemy, że cel w pewnym momencie się zmienił, a reżyser dzięki swej duchowej podróży do sensu twórczości miał szansę poznać wiele osób, o rozmowie z którymi my moglibyśmy tylko pomarzyć. Oczywiście ani widzowie, ani współtwórcy produkcji nie uzyskają odpowiedzi na tytułowe pytanie. W tym jednak rzecz, że po seansie mamy na nie odpowiedzieć sobie sami i stać się tym 51 rozmówcą dopisującym swoją historię.

3.5/5
Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.