„Kuro” – Recenzja

Wygląda na to, że Joji KuyamaTujiko Noriko strasznie martwią się niskim na całym świecie procentem osób, które w wolnym czasie oddają się czytelnictwu i dlatego, dla niepoznaki, swoją najnowszą książkę pod tytułem Kuro wydali w formie filmu. A raczej, by być bardziej precyzyjnym, w formie audiobooka z luźno powiązanymi ze sobą scenami lecącymi w tle. Pomysł intrygujący, ale podsumować można go cytatem z Kazika – „eksperyment wykonany, lecz niestety nieudany”.

Kadr z filmu „Kuro”


Historia opowiadana przez cały film skupia się na losach młodej dziewczyny, Romi, która próbuje połączyć obowiązek opiekowania się chorym i nie potrafiącym samodzielnie funkcjonować w społeczeństwie Panem Ono z życiem w związku ze swoim chłopakiem, Milou. Ale to zaledwie warstwa dosłowna, której charakter nie pozostawia wątpliwości, że tak naprawdę jest tylko fantazją snującej ją dziewczyny. Być może czerpiąca z przeszłości, być może wybiegająca z oczekiwaniami w przyszłość, ale z całą pewnością oddająca rozpaczliwy charakter relacji łączącej głównych bohaterów.

Wymykające się wszelkim ramom opowiadanie to próba zamknięcia w słowach miłości, nienawiści, strachu i tęsknoty za minionym stanem rzeczy. Galopujące emocje krążą wokół naszych bohaterów i wpływają na ich decyzje, ale szybko tracą tempo i zwalniają na tyle, że przestaje się na nie zwracać uwagi. Niejasna symbolika i niejasny ciąg przyczynowo-skutkowy wydarzeń pozwalają na otwarty odbiór Kuro, ale miecz takiej dowolności ma dwa ostrza i nawet jeżeli jednym z nich jest uniwersalność i przyzwolenie na subiektywny odbiór, to drugim pozostaje fabularna nijakość i poczucie, że nawet twórcy nie widzą w tym nic konkretnego. Całość bardziej nudzi niż frapuje i nie ma żadnego punktu zaczepienia, na którym można by było skupić swoją uwagę, by nie stracić wątku.

Zobacz również: Tajemnica późnego Godarda

Obrazy, czyli przede wszystkim akompaniament dla narracji, z offu to swoista próba przeniesienia na ekran tego, co dzieje się w głowie każdego czytelnika. Próba ta, z góry skazana jest na niepowodzenie. Podświadome wizje każdej osoby mają to do siebie, że są absolutnie niepowtarzalne, więc patrzenie na to, co wyobraził sobie ktoś inny, wzmaga raczej poczucie obcości, aniżeli pozwala wczuć się w opowiadaną historię. Ten wygaszacz ekranu broni się jednak jako osobna, artystyczna zabawa, bez związku z lecącym w tle monologiem. Niczym w reakcjach jądrowych, gdzie suma mas substratów jest mniejsza od masy produktu, części audio i video o wiele lepiej wypadają osobno i dopiero ich połączenie daje mniej satysfakcjonujący efekt.

Kadr z filmu „Kuro”

Ostatecznie więc, Kuro to tylko i aż filmowa ciekawostka, która przykuwa uwagę wciąż świeżą (bo niszową) formą, ale nie spełnia pokładanych w niej oczekiwań.  Pozycja książek wydaje się być niezagrożona, nawet jeżeli przeczytanie tego filmu trwa krócej.

2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.