„Lady Bird” – Recenzja

W świecie filmu po Oscarach mówi się o wielkim sukcesie Del Toro, radości ze statuetki dla Jordana Peele’a, oraz żałobie po wielkiej porażce „Lady Bird”. O ile w redakcji występuje podział czy cieszyć się ze zwycięstwa „Kształtu Wody”, czy też z Oscara dla „Get Out”, jesteśmy zgodni w jednym – „Lady Bird” zasłużyło na więcej.

Czytając opis fabuły możemy mieć wątpliwości i zastanawiać się – co tu nowatorskiego? Ot wydawać by się mogło zwykła historia o nastolatce i jej problemach. Szczęśliwi jednak ci, którzy zdecydowali się pójść, bo dostali jeden z najwybitniejszych filmów o dojrzewaniu jakie kiedykolwiek dostaliśmy.

Główna bohaterka, Christine (Saoirse Ronan) – znaczy się „Lady Bird” – to bohaterka zmagająca się z typowymi problemami swojego wieku – nie dogaduje się z matką (Laurie Metcalf), ma bezrobotnego ojca, musi chodzić do szkoły katolickiej, nie wie czy będzie ją stać na najlepszą szkołę, a do tego dochodzą problemy sercowe.

Już scena otwarcia demonstruje to co w filmie najlepsze – relacje matka – córka. W ciętych wymianach zdań na przeciw siebie stają dwie aktorki z A klasy. Z pojedynku Ronan vs Metcalf nikt nie wychodzi zwycięsko. Wydawać by się mogło, że ich bohaterki nie znajdą już nici porozumienia, że straciły umiejętność normalnych rozmów. Christine co chwile musi udowadniać, że jest już dojrzała, może więcej, wie lepiej – tak jak prawie każda osoba w jej wieku. Otwierająca scena w samochodzie z miejsca staje się jedną z najlepszych scen ostatniego roku – pozwala na niewymuszoną ekspozycję, zarysowuje postawy bohaterek, do czego zmierzają, z czym się nie zgadzają.

W szkole Christine natrafi na swoje dwie pierwsze miłości, Danny’ego (Lucas Hedges), którego pozna grając w przedstawieniu szkolnym, utalentowanego, ale również zagubionego w sobie, nie znającego jeszcze swoich potrzeb i pragnień, oraz Kyle’a (Timothee Chalamet) – anarchistę, typowego „fajnego” nastolatka, w którym kocha się większość osób. Tu też zazna pierwszych rozczarowań, pierwszego złamanego serca, a Gerwig wygrywa tym, że nie prowadzi relacji z chłopakami typowo, bo w życiowym filmie relacja z komedii romantycznej nie ma prawa się zdarzyć.

Film Gerwig czaruje również niesamowitym scenariuszem. Scenariuszem, który bardzo sprawnie balansuje na granicy życiowości, a przerysowania. Nie wszystkie dialogi są tka cięte i sarkastyczne jak w „Trzech Bilboardach”, ale też dlatego, że nikt nie mówi tak jak w filmie McDonagh. Postaci Christine nie da się nie pokochać. Każdy z nas przeżywał to co ona – pierwszą imprezę, kłótnie z rodzicami, pierwsze poważne decyzje – czy też moją ulubioną scenę z całej produkcji, kiedy to Christine wchodzi już w „legalny” wiek i może w sklepie kupić wszystko – co też czyni. Rzadko się zdarza, żeby reżyser w debiucie miał taką samoświadomość i umiejętność prowadzania bohaterów.

Greta Gerwig stworzyła ten film, żeby zrobić pewien pokłon dla swojego miasta, swoich przyjaciół i swojej matki. W pięknej scenie, kiedy „Lady Bird” jeździ po Scaramento i mamy przebitki na jej mamę, Gerwig udowadnia, że nie trzeba słów by oddać to kim jest ona dla niej. Ze strony matki, mamy natomiast wybitnie ograną scenę na lotnisku (zobaczycie – zaczniecie płakać). Pod płaszczykiem prostej historii, dostajemy film, po którym mamy ochotę cieszyć się szczęściem, które mamy, wrócić i przytulić się do rodziców, przesłuchać hitów roku 2002, a potem wrócić do kina i obejrzeć go jeszcze raz. Bo tak pięknego filmu o dorastaniu nie dostaniemy jeszcze długo.

Jeśli macie w ten weekend choć trochę czasu, sprawdźcie czy jeszcze gdzieś grają „Lady Bird”. Zadwońcie po kogoś wam bliskiego – dziewczynę, chłopaka, przyjaciółkę, przyjaciela, brata czy siostrę – i zabierzcie go z wami. Nie będzie lepszej okazji w tym roku by podzielić się z kimś szczęściem, niewinnością tak jak na „Lady Bird”.

Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.