„Lemoniada” – Recenzja (oficjalnego) zwycięzcy festiwalu Ars Independent 2018

Gdy przed kilkoma dniami ogłoszono wynik konkursu głównego festiwalu Ars Independent, z ust co po niektórych rozgoryczonych kontemplatorów filmowej formy można było usłyszeć przepełniony cynizmem komentarz, jakoby po raz drugi z rzędu na najbardziej „niezależnym” polskim festiwalu publiczność nagrodziła możliwie najmniej „niezależną” produkcję filmową. Jakkolwiek jednak „pospolitość” Posmaku tuszu (zwycięzca ubiegłorocznej edycji) została zracjonalizowana i zinterpretowana jako jakość dzięki nienagannej kontroli reżysera nad każdym segmentem warstwy narracyjnej swego dzieła, tak w przypadku Lemoniady podobna argumentacja wypadłaby co najmniej śmiesznie. Film rumuńskiej reżyserki Ioany Uricaru może i jest filmem społecznie zaangażowanym, ale bynajmniej nie angażującym, przez co werdykt katowickiej widowni należy potraktować jako kolejny niewzruszony traf demokratycznej średniej arytmetycznej.

Fot. kadr z filmu Lemoniada
Fot. kadr z filmu Lemoniada

Na przykładzie Lemoniady łatwo bowiem udowodnić, jak wiele filmowa narracja zawdzięcza detalowi i jak wiele złych decyzji przy jej wdrażaniu przypada na tę jedną właściwą. Opowieść o Bogu ducha winnej imigrantce z Europy Wschodniej, ogniskująca wokół prób zdobycia Zielonej Karty, a co za tym idzie zalegalizowania własnego pobytu w Stanach Zjednoczonych i uprawomocnienia nowego życia, w zamyśle stanowi niezwykle płodną podstawę pod rewaloryzację amerykańskiego mitu, lecz przemiał jakiego ów motyw zaznał na przestrzeni kilku minionych dekad wymógł na twórcach obranie nieco odmiennego kursu w jego eksploracji.

Zobacz również: „Nina” – Recenzja

Tym zaś miało być przyjęcie perspektywy odimigranckiej, która z założenia różni się od typowego dokumentalnego realizmu tym, że przygląda się instytucjom i administracji Wielkiego Brata nie z perspektywy wszechwiedzącego, krytycznego narratora, lecz naocznego, jednostkowego i dopiero poznającego system świadka. Wchodząc do świata przedstawionego jako widzowie, posiadamy więc na poruszany temat tyle wiedzy, co sama bohaterka, i to pomimo faktu, że w większości przypadków natykamy się na te same organy i tych samych wichrzycieli, których kinematografia demaskowała już niezliczoną ilość razy.

Na papierze wygląda to więc na artystycznie interesujący i słusznie nagrodzony w Sundance wybieg, lecz praktyka weryfikuje jakość produkcji na jej zdecydowaną niekorzyść. To, co miało świadczyć o wyjątkowości Lemoniady, czyli subiektywizacja narracji, ostatecznie wpycha ją w czeluść pospolitości. Bo owszem – mierzymy się z dramatem wyobcowanej bohaterki, wciśniętej gdzieś pomiędzy programową bezduszność organizacji państwowej a patriarchalną skłonność do seksualnego faszyzmu, i obserwujemy rzeczywistość zorganizowaną według prawideł wyzysku jej oczyma, ale jednocześnie trudno odwieść się od wrażenia, że to, co w zamyśle sugerowane było jako subiektywne, ostatecznie przybiera formę obiektywnych twierdzeń stawianych a priori.

Zależność ta przejawia się przede wszystkim w fakcie, iż klisza, której twórcy starali się za wszelką cenę uniknąć właśnie poprzez wyjście od podmiotu w sprawie, pozostaje de facto nienaruszona, a co więcej, dodatkowo petryfikuję ją przyjęcie perspektywy „oddolnej”. Znane skądinąd niewzruszenie systemu, beznadzieja jednostek, nierówność i przewaga jednych nad drugimi są tu dane, co samo w sobie jest mniej lub bardziej faktycznym odbiciem prawdy. Sęk w tym, że tę właśnie prawdę twórcy starali się poddać w wątpliwość i na tym opierał się ich zamysł na film, a że ostatecznie przez negację tylko ją potwierdzili, to i zamysł runął bez pokwitowania.

Zobacz również: „Wilkołak” – psy szczekają… i nic z tego nie wynika – Recenzja
Fot. kadr z filmu Lemoniada
Fot. kadr z filmu Lemoniada

Nie oznacza to co prawda, że w wyniku tożsamościowego fiaska cały film należy spisać na straty. Prócz tego najważniejszego, ogólnego przesłania zasadzającego się na konwencji subiektywizmu, całkiem sprawne okazują się inne podstawowe elementy strukturalne oraz narracyjne. Na szczególną uwagę zasługuje przede wszystkim relacja głównej bohaterki ze swoim nemesis, urzędnikiem państwowej admiralicji, która w dość satysfakcjonujący sposób podejmuje rozważania dotyczące moralności motywacji, pchnącej ludzi w kierunku realizacji ich podstawowych potrzeb, które znowuż (co stanowi realnie intrygującą obserwację) nie odnoszą się do egzystencjalnego minimum, lecz do minimum luksusu. Główna bohaterka nie stoi pod symbolicznym murem, nie została zmuszona do podjęcia radykalnych działań, a przynajmniej nie otrzymujemy ani jednego sygnału, że to właśnie stanowi podłoże dla dokonywanych przez nią wyborów – wszystko znajduje natomiast odbicie w przejawianej potrzebie komfortu, jaki zapewnia amerykański system świadczeń społecznych i ogólnie system produkcji wysoko rozwiniętego państwa kapitalistycznego.

Fot. kadr z filmu Lemoniada
Fot. kadr z filmu Lemoniada

Z tej perspektywy Lemoniada zdaje się inicjować szereg nowatorskich spostrzeżeń, lecz w zestawieniu ze wspomnianym zaprzeczaniem obiektywnego stanu rzeczy poprzez jego niezamierzoną afirmację, zamiast rozpalających dyskusję typowo kinematograficznych kłamstewek oferuje w ostateczności przegląd nudnych, samopowtarzalnych prawd. Jedynym kłamstwem, zresztą niepożądanym, jaki udało się twórcom wpleść w ich wywód jest to dotyczące tożsamości dzieła – obiecywano nam powiew świeżości w krytyce amerykańskiego mitu, a otrzymaliśmy standardową krytykę z niepokrytą obietnicą jej niestandardowości.


2.5/5

Dusza surrealisty, zacięcie akademika. Każdą rozmowę zaczyna od Godarda i prequeli Gwiezdnych Wojen, a kończy w rejonach Bunuela oraz niemieckiego ekspresjonizmu. Pluje na amerykańską tfu popkulturę i wyznaje kult „kina osobistego”.


One thought on “„Lemoniada” – Recenzja (oficjalnego) zwycięzcy festiwalu Ars Independent 2018

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.