„Litość”, czyli „Patrzcie jak pięknie cierpię” [RECENZJA]

Ruch w greckim kinie zapoczątkowany niejako przez „Kła” nosi różne nazwy – „Grecka Fala”, „Grecka nowa fala”, a także jakże adekwatna do tegoż nurtu „Grecka dziwna fala”. Tym razem jeden z ojców założycieli – wieloletni współscenarzysta Yorgosa Lanthimosa, Efthymis Filippou – po krótkim mariażu z kinem anglojęzycznym, wraca w rodzime strony by ponownie rozliczyć się z tematyką, którą już w duecie z twórcą „Faworyty” podejmował, a mianowicie żałoby i cierpienia. Zresztą nie powinno nas to dziwić, gdyż ich „Alpy”, opowiadające o członkach organizacji próbujących wcielać się w zmarłe osoby, uchodzą za jedno z najmniej udanych, a zarazem najbardziej bezpiecznych dzieł całego nurtu.

Zobacz również: Łukasz Grzegorzek: „Jestem ekspertem od własnego życia” [WYWIAD]

„Litość” opowiada historię 45-letniego Prawnika (Giannis Drakopoulos), który przez śpiączkę swojej żony zmuszony jest łączyć życie zawodowe z samotnym wychowywaniem syna. Szczęście w nieszczęściu polega jednak na tym, że zewsząd słyszy słowa wsparcia i bezinteresownej miłości – sąsiadka co ranek przynosi mu świeżo upieczone ciasto, w pralni jego garnitury są priorytetem, a najbliższy przyjaciel oferuje mu swoją pomoc przy smarowaniu balsamem do opalania. Niestety, wraz ze stopniową poprawą stanu zdrowia partnerki, zainteresowanie społeczeństwa sytuacją w jego domu zacznie spadać – a on nie jest gotowy przestać cierpieć, gdyż jest to sztuka, którą opanował do mistrzostwa.

Litość

Oczywiście, tak jak w przypadku większości filmów greckiej nowej fali, protagonista będzie mieszanką neurotyka i socjopaty. Tym razem ta neurotyczna chęć dążenia do perfekcji będzie jednak wychodziła z bardzo absurdalnego punktu. Prawnik bowiem nie chce być perfekcjonistą w swojej pracy, ale mistrzem żałoby i jej przeżywania. Przechadzając się korytarzami szpitala będzie uczył się jak wiarygodnie płakać, obserwując chorych – jak udawać cierpienie, a słuchając swoich klientów, którzy to zastali w swoim domu zamordowanego ojca – jak opowiadać o stracie.

Zobacz również: „Śmierć nadejdzie dziś 2”, czyli powrót morderczego Dnia Świstaka [RECENZJA]

O ile przez pierwsze trzydzieści minut mieszanie rozpraw filozoficznych (czarnych tabliczek przedstawiających wewnętrzny monolog głównego bohatera) i absurdu jest intrygujący, o tyle – przez niepotrzebne dłużyzny – w pewnym momencie „Litość” zaczyna nas powoli nużyć. Nie próbując, poza ostatnimi minutami, przełamać swojej konwencji. Choć – co trzeba duetowi Makaridis-Filippou oddać – momentami ocierają się o mistrzostwo. Najlepszym tego przykładem jest przygotowana przez Prawnika piosenka pożegnalna dla swojej zmarłej żony (która, co ważne, nadal żyje i ma się coraz lepiej), przywołująca na myśl słynną już scenę taneczną z „Kła”.

Litość

Puszkin napisał „Ty nie wiesz, jak okrutnie cierpieć umiem”. Ten cytat idealnie wpisuje się w narracje „Litości”, która z minuty na minutę pokazuje coraz bardziej uciemiężonego protagonistę, który wyszukuje sobie – tak jak hipochondryk chorób – nowych powodów do żałoby. I choć interpretacyjne jest to ciekawy zabieg, szczególnie jeśli spróbujemy się wgłębić w jego relację z ojcem i to jaki ma on na niego wpływ, to trudno nie mieć wrażenia, że reżyser Babis Makaridis w pewnym momencie popada w zwykłą wtórność i traci nie tyle kontrolę nad produkcją, co zamysł jak ją zwieńczyć. Bo choć końcówka jest jak przystało na gatunek mocno absurdalna, to niestety popada w niesmaczną autoparodię.

Zobacz również: „O ojcach i synach” – Koszmar, który żyje [RECENZJA]

Z drugiej strony „Litość”, mimo bycia tą gorszą częścią „dziwnej fali” nadal jest produkcją, która ma w sobie ten pierwiastek niezwykłości. Jest nim niesamowity Giannis Drakopoulos, którego hipnotyzujący, a zarazem pusty wzrok, całkowicie pochłania widza. Całkowicie mu ufamy, gdy nie może wymusić płaczu i żałośnie łka (ten dźwięk wydobywania łez pozostanie ze mną na długo), zawodząc tak, by jego cierpienie słyszeli sąsiedzi. Wzbudza w nas przerażenie gdy ruga syna za granie wesołych melodii, ale też – mimo bycia antybohaterem – nie sposób mu nie współczuć. Nie ze względu na jego żałobę, ale całkowite zobojętnienie emocjonalne.

Równie zachwycająca, do czego już zdążyliśmy przywyknąć jeśli chodzi o produkcje z południowego końca Półwyspu Bałkańskiego, jest strona wizualna. Surowe, statyczne kadry idealnie oddają sposób percepcji świata przez głównego bohatera. Nie ma tu dynamiki, ostrych cięć, jest jedynie idealne balansowanie światłem i długie ujęcia, jak gdyby zaglądające w głąb duszy Prawnika.

Idąc na „Litość” (do czego niewątpliwie was zachęcam, bo mimo swych wad to kino niespotykane w naszych warunkach) nie możemy sprowadzać jej jedynie do porównań do Lanthimosa. Oczywiście są tutaj cechy wspólne, ale tam gdzie twórca „Kła” ucieka w pewien dynamizm narracyjny, Makaridis postanawia dać wybrzmieć wszechobecnej pustce.  Bo tak jak głosi hasło reklamowe filmu – by liczyć się w Grecji widzianej oczami Prawnika, należy „Pozostać smutnym”.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.