„Mamma Mia: Here We Go Again!” – Recenzja

Gdy 10 lat temu na ekrany kin wchodziła Mamma Mia!, z głośników radiostacji znów wybrzmiały dobrze znane refreny szlagierów z prywatek lat 70 i 80-tych, a duża część ludzi oszalała na punkcie prostej, acz lekkiej i przyjemnej historii o poszukiwaniu ojca w rytmie muzyki zespołu ABBA. Pytanie tylko, czy wraz z sequelem Here We Go again!, nie nadeszła klątwa każdej reedycji albumu „Best of…”, na którym to po prostu zaczyna brakować świeżości i nowych pomysłów, a po prostu dostajemy jeszcze raz to samo.

Sytuacja Donny (Meryl Streep, której za długo na ekranie nie uświadczycie) przyniosła na wyspie wielkie zmiany. Hotel przeszedł przemianę godną tej ze znanego show Gordona Ramsaya, a wszystko dzięki Sophie (Amanda Seyfried), która chciała aby matka była z niej dumna. W przygotowaniach do  wielkiego otwarcia pomagają jej nowo zatrudniony menadżer – strapiony przez życie Fernando (Andy Garcia) – oraz pogrążony w żałobie Sam (Pierce Brosnan). Mentalne wsparcie zapewniają natomiast odwiedzające wyspę  Dynamitki – czyli znane z pierwszej części Rosie i Tanya.

fot. kadr z filmu "Mamma Mia! Here We Go Again"
fot. kadr z filmu „Mamma Mia: Here We Go Again”

Ciężar opowieści spoczywa również na retrospekcjach życia Donny (w roli młodszej wersji – Lily James), a właściwie na historii jej przybycia do Grecji. Mamy szansę przyjrzeć się jej relacji z każdym z trzech potencjalnych ojców – Harrym, Billem i Samem, a także zobaczyć, jak musiała poradzić sobie z widmem samotnego macierzyństwa, lecząc swoje złamane serce, przez śpiewanie piosenek w wyspiarskim pubie.

I to właśnie piosenki są największym plusem drugiej części Mamma Mii. Od otwierającego „When I kissed the teacher”, poprowadzonego z rozmachem i humorem wykonu „Waterloo”, przez roztańczonego w rytm „Dancing Queen” Colina Firtha, aż do futurystycznego teledysku „Super Trooper”, którego wizualiów nie powstydziliby się panowie z Daft Punk. W tym aspekcie film całkowicie spełnia swoje zadanie wynikające z bycia musicalem. Trudno  nie uśmiechnąć się widząc pląsającego po ekranie Stellena Skarsgarda, skaczącą po stołach Lily James, czy wreszcie Cher, wykrzykującą Fernando w rytm wybuchających fajerwerk.

Zobacz Również: Klasyka z Filmawką – „Coś”

Jeśli zastanowimy się jednak nad samą fabułą, to jawi się ona jako przepełniona głupotkami i nieudanym humorem. Trudno nie odnieść wrażenia, że w przeciwieństwie do pierwowzoru, sceny między piosenkami tak naprawdę nic nie wnoszą, a my – widzowie jedynie czekamy na nowy teledysk – najczęściej średnio powiązany z opowiadaną historią. Co gorsze, w całej produkcji tak naprawdę nic się nie dzieje. Główny wątek problemów związkowych Sophie nie zostanie poruszony poza prologiem i epilogiem musicalu – ciężko jest więc cieszyć się wielkim zakończeniem, kiedy nie ma on dla widza żadnego emocjonalnego znaczenia.

fot. kadr z filmu "Mamma Mia! Here We Go Again"
fot. kadr z filmu „Mamma Mia: Here We Go Again”

Reżyser niepotrzebnie chciał spróbować czegoś nowego – skupiając się głównie na retrospekcjach, pominął trio Firth, Skarsgaard, Brosnan, które było motorem napędowym pierwszej części. Dziwi to szczególnie w przypadku Ola Parkera, twórcy „Hotelu Marigold”, który umiejętnie wykorzystał komizm wynikający z wygłupiających się starszych ludzi granych przez znanych aktorów. Dla kinomanów  sam pomysł, by byłemu agentowi 007 dać przykręcić kapciem przed kamerą w rytm „Super Trooper” jest wystarczająco zabawny i abstrakcyjny by być kontent. Pokazywanie historii młodej Donny byłoby ciekawym dodatkiem, gdyby nim właśnie pozostało, zamiast wychodzić na piedestał, bo szczerze powiedziawszy, wiedząc jak każda z relacji się potoczy całkowicie straciłem nimi zainteresowanie.

Obawiam się , że mało osób jest w stanie stwierdzić o czym ta produkcja właściwie była. Jeśli odłożymy na bok przyjemność płynącą z piosenek zespołu Abba, to uświadomimy sobie, że żaden wątek nie został odpowiednio dobrze rozwinięty – nie martwiliśmy się o losy żadnego bohatera, a dodatkowo odnosi się wrażenie, że nic przez czas produkcji nie wpłynie na naszych bohaterów. Oprócz śmierci Donny i jeszcze jednej sytuacji (którą zaspoileruje wam opis na Filmwebie) nie zmieni się całkowicie nic.

Zobacz Również: „Człowiek, który zabił Don Kichota” – Zbłąkany reżyser i obłąkany aktor – Recenzja

Na największe pochwały zasługuje tu Lily James – nie dość, że zagarnia cały ekran dla siebie, to dodatkowo przemyca pewne cechy typowe dla Meryl Streep, czym mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Czuć również,jej szczęście płynące  z samego faktu wystąpienia w tej produkcji – tego troszkę u innych aktorów z „młodszej obsady” zabrakło. Jak dziecko cieszyłem się również, widząc na ekranie trio Firth, SkarsgaardBrosnan, wraz ze świeżym dodatkiem w postaci Andiego Garcii, którzy w filmie Parkera postanowili się po prostu dobrze bawić.

fot. kadr z filmu "Mamma Mia! Here We Go Again"
fot. kadr z filmu „Mamma Mia: Here We Go Again”

Nieskrycie liczyłem również na objawienie w postaci Cher – w końcu jej wizerunek bił z każdego plakatu. Jak wielkie było moje rozczarowanie, gdy niczym w polskim filmie, znana amerykańska gwiazda pojawia się na ekranie jedynie przez 6 minut. Szkoda również, że wśród niektórych aktorów, szczególnie młodszych wersji Harry’ego, Billa i Sama odczuwalne było spięcie, co wywoływało we mnie pewne odczucie dyskomfortu.

Zobacz Również: „Niezwykła Podróż Fakira, który utknął w szafie” – Recenzja

Oprawa techniczna nie zmieniła się zbytnio od pierwszej części. Mimo to sam styl kadrowania wydawał się bardziej przemyślany, a kadry spokojnie można umieścić w tle na Facebooku. Zdawało mi się jednak, że produkcja ma pewien problem z montażem dźwięku, gdyż w pewnych sekwencjach muzyczno-tanecznych wszystko się minimalnie rozjeżdżało.

fot. kadr z filmu "Mamma Mia! Here We Go Again"
fot. kadr z filmu „Mamma Mia: Here We Go Again!”

Mamma Mia: Here We Go Again! na pewno trafi w serca miłośników pierwszej części, bo urocza kiczowatość i słodycz znów wylewają się z ekranu. Sam seans można troszkę przyrównać do słuchania popularnych w naszym kraju radiostacji. Przy piosenkach, nogi same będą rwały się do tańca, ale po krótkim czasie całkowicie zapomnimy o tematyce audycji. Bez wątpienia – bawiłem się dość dobrze, moje serce zostało wypełnione ciepłem, a po powrocie do domu na zapętleniu słuchałem filmowego wykonania Dancing Queen. Problem w tym, że mimo mojej nieskrywanej sympatii do musicali i pierwowzoru trudno przymknąć oko w tym przypadku oko na fabularny fałsz. Choć – co warte jest podkreślenia –  strasznie trudno mi o nim zapomnieć. Cytując sam szwedzki zespół: „My my, how can I resist you?”


2/5

Mamma Mia: Here we go again! w kinach od 27 lipca! Zapraszamy do obejrzenia zwiastunu:

Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.