„Mandy” – Nicolas Cage na kwasie – Recenzja

Choć to zaledwie jego drugi film, Panos Cosmatos już jest porównywany do Jodorowskiego i chwalony za wyrazisty, autorski styl, a nowa produkcja reżysera ekscytowała widzów i krytyków od samych zapowiedzi. Po premierze w Sundance nadzieje wiązane z Mandy jedynie wzrosły. Sam fakt, że campowy obraz z Nicolasem Cagem zaczął zbierać entuzjastyczne recenzje świadczył, że Cosmatos stworzył przynajmniej interesującą produkcję. Jako fan wysmakowanych audiowizualnie tripów Refna nie mogłem przegapić tego seansu w Cannes.

I tutaj Mandy mnie zaskoczyła pierwszy raz. Film otwiera opatrzona niesamowitą muzyką scena, w której Nicolas Cage ścina gigantyczne drzewa jeszcze większymi łapskami. Później obserwujemy jego sielankowe życie z tytułową ukochaną, która na co dzień zajmuje się rysowaniem. Żyją sobie w małej chatce gdzieś głęboko wśród amerykańskich lasów. Na ilustracji owej sielanki reżyser spędza znaczną część seansu, a pierwszy akt rozwija się niezwykle długo. Powolne tempo narracji wywołało u mnie podejrzenia, że pomyliłem filmy.

Nie mam jednak zamiaru krytykować w tym aspekcie dzieła Cosmatosa – ta sekwencja to swoisty wstęp do stylu reżysera. Używając odrealnionych, sennych kadrów, przestylizowanej kolorystyki i ziarnistych pejzaży tworzy jeden z najbardziej onirycznych filmów ostatnich lat. Dopełnieniem tego są kreacje aktorskie. Cage rzuca tekstami, które momentami są wręcz niedorzeczne, a wcielająca się w jego żonę Andrea Riseborough wygląda jakby egzystowała na granicy snu i jawy (i jak się okazuje – faktycznie to robi). Wszystkiego dopełnia absolutnie doskonały Linus Roache, który w roli opętanego kaznodziei godnie rywalizuje o każdą scenę z Nicolasem.

Mandy

Jednakże, tak jak pierwszy akt można porównać do wyczilowanego haju, tak drugi i trzeci to ostra, intensywna faza. Cosmatos, niczym wytrawny narkoman, dawkuje widzowi emocje, stopniowo gnojąc coraz bardziej postać Cage’a. W końcu, od momentu, gdy nasz załamany drwal duszkiem wypija butelkę wódki przy okazji drąc mordę i oblewając się wyżej wymienionym trunkiem – zarówno on, jak i film wpadają w odmęty zupełnego szaleństwa.

Cage staje się bezrefleksyjną maszyną do mordowania. Tym groźniejszą, że napędzaną pragnieniem zemsty. To, co następuje od tego momentu, to fantastyczny popis kreatywności reżysera w wymyślaniu starć i najdziwniejszych sposobów mordu. Cały przebieg akcji przypomina grę komputerową – pokryty krwią, zarośnięty i bezlitosny Nicolas Cage podróżuje od lokacji do lokacji za kolejnym bossem (niektórzy z nich to żywiące się krwią potwory na quadach; serio, nie żartuję, jeżdżą na mrocznych quadach), ostatecznie docierając do samego przywódcy sekty, skrywającego się w wielkim kościele zbudowanym w jakimś mrocznym kanionie. Starcia są brutalne i niepozbawione kampowego uroku. Jeśli cokolwiek, poza grającym na 150% Cagem, zapamiętam z tego filmu, to niesamowitą potyczkę na piły mechaniczne. No i głośno dudniące przez cały seans synthy.

Mandy

Mandy to jest też przede wszystkim wspaniały film na puszczenie z ziomkami przy piwie, albo na festiwalu dla fanów tego typu przerysowanych i przesadzonych produkcji (Festiwal Filmów Kultowych chociażby). Oglądanie tego w Cannes już zwiastowało potencjalny hit – ludzie wokół mnie głośno wiwatowali przy każdym starciu, momenty szaleństwa Cage’a witane były uśmiechami i głośnymi oklaskami. Ta sama widownia, która przed chwilą siedziała ponad 3 godziny na nowym slowcinema Ceylana, właśnie rżała słuchając nieudolnych one-linerów i łapała się za głowę próbując zrozumieć, w jakim umyśle zrodził się pomysł uczynienia antagonistą zboczonego fanatyka Jezusa Chrystusa.

Zobacz również: „BlacKkKlansman” – nowy Spike Lee prosto z Cannes – Recenzja

Nie pozostało mi nic innego, jak rekomendacja tego filmu wszystkim miłośnikom talentu aktorskiego Nicolasa Cage’a. Również rozsmakowani w narkotycznych, brutalnych produkcjach Refna odnajdą tu coś dla siebie. Całą resztę też ostrożnie namawiam z ostrzeżeniem – to jest film przeznaczony dla dość konkretnego grona KINOMANÓW. I zdecydowanie namawiam do oglądania go w grupie. Najlepsze fazy, to te przeżywane wspólnie.


3.5/5

Fascynat koreańskiej nowej fali, o której może rozmawiać godzinami. Nie rozumie współczesnej fascynacji „Rejsem”. Płakał na dwóch filmach – „To wspaniałe życie” i „Coco”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.