„Maniac” – Netflix kontratakuje – Recenzja serialu

Pierwszą rzeczą, która uderza w widza po włączeniu serialu Maniac, jest chorobliwie wyszczuplony Jonah Hill. Nie znajdziemy jednak w serialu żadnych referencji czy odniesień do wyglądu aktora, który przyzwyczaił nas raczej do swojej nieco bardziej okrągłej postury. Z jednej strony, jego figura nie ma dla całej produkcji najmniejszego znaczenia. Z drugiej jednak strony, jest to fizyczny obraz tego, czym, moim zdaniem, jest Maniac. Produktem stworzonym ewidentnie z wewnętrznej potrzeby, a nie kontraktowego obowiązku. Na dodatek unikającym jak ognia przekalkulowania oraz przesady.

Zobacz również: „Chilling Adventures of Sarbrina” – Nastoletnia czarownica po raz drugi – Recenzja

Najnowsze dziecko amerykańskiego giganta dostarcza ogromną ilość emocji podczas seansów. Unika niepotrzebnych frazesów, dając wybrzmieć swoim bohaterom. Można rzecz, że praca Neberdine Pharmaceutical & Biotech ma na celu pozbawienie ludzkości zbędnych terapii, podczas których na wierzch wychodzą najgłębiej skrywane sekrety oraz traumy. Wokół idei uszczęśliwiania ludzi metodami nauki oraz farmacji, obudowana jest cała metodologia uleczania pacjentów, którzy na dobrą sprawę są królikami doświadczalnymi. Finalnie jednak sam mózg operacji, komputer GERT staje się obiektem potrzebującym uleczenia równie desperacko jak i pacjenci będący pod jego skrzydłami.

Rdzeniem fabuły są splatające się losy Anny oraz Owena, portretowanych przez Emmę Stone oraz Jonaha Hilla. Mimo wspólnego mianownika jakim jest dla nich nieszczęśliwe życie, postaci te różnią się od siebie niemal całkowicie w swoim nieszczęściu. Owen jest wycofaną, pełną wewnętrznych demonów jednostką, którą prześladuje wyimaginowana wersja jego brata, przez co trudno mu określić czy rzeczywistość która go otacza jest prawdą, czy może kolejnym z jego schizofrenicznych wypadków. Brakuje mu pewności siebie oraz chęci do naprawiania swoich problemów, uciekaja jedynie w kolejne nowe starty. I chociaż jego rodzina jest zamożna, stara się on żyć na swój koszt, ograniczając swoje relacje z wyniszczającą go od młodości gromadą braci, sióstr i kuzynów.

Kadr z serialu „Maniac”
Zobacz również: Finał „House of Cards” – Recenzja

Trauma związana z rodziną to także problem Anny, niepotrafiącej poradzić sobie z piętnem, jakim jest podobieństwo do jej matki. Niewspomniana nawet z imienia kobieta jest jednak poważnym problemem dla samookreślenia się. Łatka podobnej do matki-wariatki nie jest czymś, co pozwala budować odpowiednie relacje z rodziną, która jej pozostała. Los daje Annie jeszcze cięższe brzemię. Jej ojciec ze strachu przed światem zamknął się w futurystycznym boksie, a jej siostra zginęła w wypadku samochodowym podczas swojej i Annie pożegnalnej wycieczki.

Losy głównych bohaterów splatają się wreszcie. Tworzą razem liczbę 19, lecz to tylko jeden z wielu easter eggów jakie zaserwowali nam twórcy. Wraz z resztą nieparzystych (chociaż nigdy nie zobaczymy tych parzystych) przejdą oni trójstopniową terapię. Podczas każdej z nich będziemy mieć wgląd w zakamarki ich umysłów. Będziemy patrzeć na ich dwa różne duchy, które garną się do siebie nawet w trakcie leczenia. Pojawią się oni w różnych scenariuszach – jako gangsterzy, degeneraci z przedmieść, elfy czy agenci. Szkatułkowa konstrukcja serialu skrywa przed widzem wiele, obiecuje jeszcze więcej, lecz finalnie odrobinę zawodzi. Nie żebym się wynudził i co cztery minuty sprawdzał czas do końca odcinka. Każda z historii potrzebuje odrobiny czasu by się rozkręcić, a pomaga przy tym świetnie wyważona i odpowiednio wkomponowana w treść warstwa wizualna, która pomimo wielowątkowości fabuł poszczególnych epizodów okazuje się wyjątkowo spójna.

Kiedy już wiemy, że każdy wygląda odpowiednio ślicznie, musimy określić, że nikt nie zawodzi. Brawurowy casting na pierwszym planie i trafione wybory tła oddziałują ze sobą nawzajem, dając tej stylizacyjnej otoczce wybrzmieć największym pięknem. Nawet sztuczne włosy Justina Theroux są na swoim miejscu. Oślepiające neony, komputerowe lata 80., ale także oszczędna muzyka Dana Romera dostarczają tego, co kinowi neofici lubią najbardziej. Obiektywne piękno i ponadprzeciętność w użyciu powszechnie stosowanych środków, to największe osiągnięcie jakie można sobie wpisać do CV.

Kadr z serialu „Maniac”
Zobacz również: „Druga strona wiatru” – Pożegnanie Wellesa z kinem – Recenzja

Będąc z wami szczerym, muszę przyznać, że ten tekst powstawał prawie miesiąc. Po tym czasie niewiele już zostało mi w głowie po seansie. Muszę jednak przyznać, w ciągu minionych dni wielokrotnie wracałem myślami do przygód Annie i Owena. Często nurtowały mnie pytania o zakończenie, które chociaż przedstawione bezpośrednio, wcale takim być nie musi. Biorąc po uwagę całą podróż, jaką odbyłem z tworem Fukanagi, nie ośmielam wziąć się niczego za pewnik. Sukces jakim okazał się Maniac być może zostanie spożytkowany na drugi sezon. Ja mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie. Nie tyle z powodu wyczerpania się formuły. Jest jednak coś pięknego i tajemniczego w serialach, które kończą się właściwie nikt nie wie kiedy. Powabność i urok miniserialu perfekcyjnie komponuje się z produkcją, z której może nie zapamiętacie wszystkich wątków, ale na pewno odczujecie na sobie piętno tej historii.

Bo daje ona naprawdę mocnego kopa. Ściąga na ziemię, okłada leżącego, a kiedy trzeba obśmiewa wszystkich wokół. Nie robi tego jednak bezmyślnie. Tak samo jak nie rozśmiesza bezmyślnie. Podnosi na duchu, przynosi ukojenie skołatanemu sercu oraz otula niczym przyjaciel. Prostota działa na korzyść, tak samo jak powtórny seans, do którego odliczam już dni.

4/5

Plakatowy wariat, poszukiwacz neonów i estetyki łączącej się z soundtrackiem wbijającym się w umysł.