„McQueen” – Recenzja

Patrząc na ulicy na człowieka w dresach, nigdy nie wpadlibyśmy na to, że może on być projektantem mody. Słysząc mężczyznę używającego zwrotów powszechnie uważanych za wulgarne, nie pomyślelibyśmy, że jego pokazy mogą przyciągać samą Annę Wintour. Gdy na ekranie telewizora oglądamy postać mówiącą tyłem do kamery, prędzej wskazalibyśmy na kryminalistę, niż czterokrotnego zwycięzcy statuetki British Designer of the Year. Więc prawdopodobnie 30 lat temu widząc po zmroku Alexandra McQueena, przeszlibyśmy na drugą stronę drogi tylko po to, by przypadkiem nie wdać się w bójkę. I jak się okazuje popełnilibyśmy błąd, bo stracilibyśmy szanse na obcowanie z postacią wybitną.

Kadr z filmu „McQueen”

Na całe szczęście eksperci modowi – w szczególności Isabella Blow, najważniejsza obok projektanta postać dokumentu – nie patrzyli na młodego wówczas chłopaka przez pryzmat stereotypów, ale skupiali się na wielkim talencie i jeszcze większym potencjale. Sam Alexander często podkreślał „Mam nadzieję, że ludzie nie oceniają i nie promują mnie, ale moje ubrania”. Wszyscy rozmówcy, od jego przyjaciół i partnerów, przez wieloletnich współpracowników, a na konkurentach (w tym Tomie Fordzie) kończąc, podkreślają, że z McQueena biła niespotykana pewność siebie. A pracując z nim wytwarzała się pewna mistyczna aura, wywołująca uczucie brania udziału w czymś monumentalnym i rewolucyjnym. W czymś, co zmieni sposób percepcji pokazów mody z festiwalu próżności w porównywalne do spektaklu teatralnego (patrząc na niektóre pokazy można zadawać sobie pytanie czy nie inspirują się nimi reżyserzy pokroju Krzysztofa Warlikowskiego) wydarzenie kulturalne.

Film Iana BonhotePetera Ettedguiego jest podzielony na pięć części, nazwanych taśmami McQueena, z których każda skupia się na pewnym etapie życia artysty (nauka/początek sławy/współpraca z Givanchy/zagubienie/koniec kariery i życia), a punktem kulminacyjnym zawsze jest inny, a bardzo ważny z punktu widzenia kariery artysty pokaz. Oprócz wywiadów z ludźmi otaczającymi McQueena dostajemy również wiele odkrytych materiałów archiwalnych, gdzie możemy zobaczyć mistrza w ferworze pracy, ale również w domowym zaciszu. Człowieka zmuszonego tworzyć 14-15 kolekcji rocznie. Projektanta, którego największym problemem był jego własny sukces.

McQueen to opowieść o indywidualizmie, próbie radzenia sobie z przekleństwami dzieciństwa, ale również potrzebie akceptacji. Akceptacji swoich mrocznych wizji, jakimi niewątpliwie były coraz to wymyślniejsze sposoby prezentowania jego własnej marki, czy też te tworzone dla Givenchy. Jeśli można by porównać go do filmowca, z pewnością byłby Larsem Von Trierem swojej branży (swoją drogą Alexander miał również przyjemność współpracować z Bjork). Próba szokowania widza, przekraczania jego strefy komfortu – szczególnie w przypadku Highland Rape, kiedy to modelki miały odgrywać kobiety zaraz po zostaniu zgwałconymi – ale także sposobu zmiany percepcji i sposobu odbierania sztuki.

Fragment pokazu marki McQueen

Bonhomte bardzo skutecznie operuje emocjami widza. Już po godzinie, mimo bycia zaznajomionym z biografią McQueena, łudziłem się, że może na ekranie będzie inaczej i król performance’u na wybiegu nie zakończy swojego życia. Po raz pierwszy od dawna zżyłem się z bohaterem dokumentu, głównie dlatego, że miałem szansę – w przeciwieństwie chociażby do Whitney – poznać artystę takim jakim był. Z milionem wad, problemów, wieloma uzależnieniami, ale jednocześnie z pewną wiarą w lepsze jutro. Wiarą, która jak mamy szanse zobaczyć, stopniowo zanikała. Tak samo jak gasnął zapał do pracy i projektowania nowych ubrań.

Rzadko płaczę na dokumentach. Ale moment, w którym dane mi było jeszcze raz przeżyć Atlantydę Platona, czyli iście filozoficzne zwieńczenie kariery McQueena, spowodował, że łzy same leciały mi po twarzy. Niesamowity sposób w jaki patrzył na ubrania i modę, będące dla niego jedynym znanym sposobem wyrażenia siebie, które dzięki łutowi szczęścia mogły być w jego przypadku również sposobem utrzymania, perfekcyjne zrozumienie oczekiwań widza, a dodatkowo świadome wodzenie go za nos. Wprowadzenie podziału na akty, rewolucja w traktowaniu modelek (powierzając im iście aktorskie zadania), a także skupienie uwagi nie na sobie, ale na tym co prezentowane – to jest oznaka geniusza. Wizjonerze, który by odejść z godnością, pragnął zabić się na samej scenie (niczym w Birdmanie), ale nie uczynił tego, bał się zignorowania przez media tego co najważniejsze – jego kreacji.

Co najważniejsze w całej produkcji – czuć jak bardzo duet twórców jest zafascynowany postacią  Lee Alexandra McQueena. Widać to chociażby w sposobie wpływu na rozmówców, którzy dla ich kamery są w stanie opowiadać o projektancie godzinami. Odczuwa się również perfekcyjne zrozumienie psychiki artysty, dzięki czemu dostajemy i możemy skonstruować sobie jego pełny portret psychologiczny. W miejsce typowych dla gatunku dłużyzn, czy tanich sensacji, otrzymujemy perfekcyjnie zrealizowany dramat, o człowieku, który nie chciał trafić na pierwsze strony gazet.

Zobacz również: Kulturawka 3 – O Filmowych reprezentacjach wojny w Wietnamie

Trudno nie zachwycić się również stroną wizualną dokumentu, szczególnie wizualizacjami trzymanymi w konwencji plakatu. Zdjęcia i montaż powodują, że momentami film ogląda się niczym dobrze zrealizowany dramat. A zasługa w tym również samego projektanta, osobistego operatora kamery w czasie pobytu we Francji.

Alexander McQueen w pracy

Ian Bonhote niczym swój idol rewolucjonizuje tradycyjny sposób prezentowania sztuki. Przedstawia artystę takim jakim był – wulgarnym, zagubionym, agresywnym, ale przede wszystkim – diabelnie utalentowanym. Jeśli chcecie zobaczyć wielkiego człowieka na ekranie, pójdźcie do kina. Nawet, a może szczególnie jeśli moda jest wam obca. Może McQueen nawet po śmierci spełni swoje życiowe zadanie i spowoduje, że zamiast zabawy dla bogaczy, zobaczycie w pokazach modowych sztukę w jej najprawdziwszej postaci. A także będziecie mieli okazję poznać naczelnego feministę i eskapistę przełomu wieków, którego – w przeciwieństwie do filmu o nim – macie spore szanse nie polubić. Ale jak mówił sam artysta – „Bycie lubianym mnie nie interesuje”

4.5/5

Film McQueen  pojawi się w kinach już 20 Lipca!!

Nieudana wersja Warlikowskiego, w chwilach wolnych od żartów z problemów pierwszego świata i nagłaśniania koncertów, ogląda palące stodoły Tarkowskiego. A na poważnie – kocha Włochy, Lyncha, Linklaterowską stylistykę i filmy o niczym i miłości. Muzycznie utknął na mixie Collinsa z Radiohead. Prywatnie marzy o ciepłej kawie, książce i uśmiechu osoby obok.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.