„Narcos: Meksyk” – Recenzja 1. sezonu

Kiedy przed rokiem twórcy Narcos zdołali zamknąć historię kolumbijskich potentatów kokainowych z lat 90. – kartelów z Medellín i Cali – rozpostarła się przed nimi niebywała okazja, by stanąć w szranki z narcotraficantes o wiele bliższym Amerykanom – tym, którzy od dobrych czterdziestu lat przewożą towar przez południową granicę Stanów Zjednoczonych. Demonizowany w jankeskiej popkulturze konglomerat meksykański z nazwiska występuje rzadko. Dobrą egzemplifikacją tego zjawiska jest przedstawienie tzw. Kartelu w Breaking Bad, gdzie zarządzanie i struktury to dla widza sprawa mglista.

Zobacz także: „Wdowy” [McQueen wraca do gry] – Recenzja

Autorzy serii zdecydowali się więc nie tylko zainkasować prawdziwą historię o meksykańskim śnie narkotykowych ojców chrzestnych, ale też podjęli temat drażliwy i kontrowersyjny dla samego sąsiada z południa, bo zagadnienie to dalej pozostaje żywe, a rozliczenie ze zorganizowaną działalnością przestępczą – niezwykle trudne. Wystarczy wspomnieć tylko, że w miniony wtorek przed sądem w Nowym Jorku stanął El Chapo, były szef syndykatu z Sinaloa, ekstradowany do Stanów Zjednoczonych w styczniu 2017 roku. Organizacja tam jest jednak tak złożona, a fundamenty pod nią podłożone tak trwałe, że nie zmieniło to nic w strukturze dragowej federacji. To brzemię, które ciąży na Meksyku do dziś.

Jest początek lat 80. – Miguel Ángel Félix Gallardo (Diego Luna) postanawia naruszyć istniejący w meksykańskim narkobiznesie marihuany system plaza (małych, niezależnych gildii narkotykowych) i zjednoczyć bossów w jedno konsorcjum z siedzibą w Guadalajarze. Zbiega się to z przyjazdem do miejscowej placówki DEA agenta Enrique „Kiki” Camareny (Michael Peña), który również chce zakłócić zastany status quo – apatycznych działań skorumpowanej policji i rządu w Mexico City. Kiedy handel uprawiana na polach marihuana przestaje spełniać ambicje Gallardo, postanawia on nawiązać współpracę z Kolumbijczykami, eksportując kokainę do Meksyku, a stamtąd – przez mającą ponad trzy tysiące kilometrów długości granicę ze Stanami Zjednoczonymi…

W przeciwieństwie do kolumbijskich narcos, tutaj twórcy biograficznych postaci musieli je prezentować widzom praktycznie od zera. Stąd też na samym początku dosyć problematyczne wydają się próby uplastycznienia bohaterów, skojarzenia ich z pewnymi zachowaniami czy po prostu sprawienia, by widz ich polubił. Miejscami topornie, ale stopniowo zostają uwolnieni oni od miałkości i uwłaszczają się na pełnoprawnych zawodników serialowej szermierki. Pierwszoplanowi Kiki oraz Felix są na to najlepszym dowodem, ale nie ustępują im również inni współzałożyciele organizacji: grubiański Don Neto (właśc. Ernesto Fonseca) czy Rafa Caro-Quintero, niezrównoważony artysta odnajdujący się w poetyce zioła.

Zobacz także: Klasyka z Filmawką – „Carrie”

Przez serial przewijają się jeszcze inne ważne dla narkobiznesowej historii figury, w tym wspomniany Joaquín „El Chapo” Guzmán  Co jeszcze bardziej istotne, lwia część tych bohaterów dalej trzyma się ziemskiego padołu. Zatem Narcos, w swojej melodramatyczno-kryminalnej wersji zdarzeń, odważnie konfrontuje historię, która jeszcze nie zastygła. Odważnie, bo twórcy bez cienia wątpliwości wskazują m.in. na namiętną współpracę meksykańskiego DFS (Federalny Urząd Bezpieczeństwa) z narcotraficantes.

Mając za wzór 2. sezon (obejmujący obławę Escobara w Medellín), dosyć krytycznie odnoszę się do technikaliów. Szeroko pojęte sceny akcji niestety nie wybiegają zazwyczaj poza trzęsącą się gorączkowo kamerę i nieciekawie poprowadzoną narrację obrazową. Kolejne sekwencje nabierają jako takich kształtów u schyłku sezonu, przy czym różnice rangi jakościowej są ogólnie widoczne, gdy spojrzymy na oklapłe formalnie pierwsze odcinki i wkraczające w stratosferę finezji epizody końcowe.

Mające problemy z własną tożsamością Narcos: Meksyk skutecznie wychodzi na prostą dzięki sprawdzonym środkom: mozaikom archiwaliów, latynoamerykańskim przyśpiewkom, niezawodnej, bardzo amerykańskiej narracji Boyda Holbrooka i charyzmatycznemu Diego Lunie, który nadaje Félixowi nie tylko fantastycznego akcentu, ale też gangsterskiego jestestwa. Gallardo staje się bowiem powiernikiem jednego z najbardziej niezwykłych i charakterystycznych dla podzielonego przez narcos wyróżnika Meksyku – choć formalnie pozostaje El Padrino, odnosi się wrażenie, że nieustannie od kogoś zależy, komuś dogadza, że jego zdecentralizowana władza chorobliwie uzależniona jest od kaprysów fanaberii otoczenia. Walka z wciąż nieusatysfakcjonowanymi partnerami a esencjonalna potrzeba ekspansji to dylemat, który jest istnym motorem napędowym meksykańskiej inkarnacji Narcos.

Zobacz także: „Chilling Adventures of Sabrina”, czyli nastoletnia czarownica po raz drugi – Recenzja

Specyfika tej nowej serii opowiadającej o „narkotykowych baronach”, jak mówi literatura przedmiotu, polega właśnie na szerokiej autonomii poszczególnych okręgów. Kartel z Guadalajary był jednym z niewielu kazusów w historii narkobiznesu w Meksyku, kiedy te podzielone, nierzadko sprzeczne w swoich interesach organizacje doszły do konsensusu, tworząc umiejętnie zarządzaną przez przedsiębiorczego Gallardo konstrukcję. Konstrukcję tak złożoną, że jej macki sięgają aż do najwyższych stanowisk rządowych – afera na miarę Operacji Car Wash, tylko że w samym Meksyku. Temat okazał się na tyle gorący, że twórcy zdecydowali się ocenzurować nazwiska polityków, jakie pojawiają się podczas przesłuchań dotyczących podsłuchów prowadzonych przez DEA. Wiąże się to również z finałem serialu wskazującym w arcyciekawy sposób na degrengoladę meksykańskiego systemu, który, jak głosi Félix Gallardo, nie lubi bohaterów. Sfery władzy okazują się zinfiltrowane do tego stopnia, że nawet kiedy, za wstawiennictwem Waszyngtonu, DEA coś wygrywa, to i tak przegrywa. Bo systemu nie można ot tak po prostu złamać.

Nie bez kozery zatem symbolem staje się postać Kiki Camareny grana przez Michaela Penię, który postawił na właściwą sobie lekkość i determinację znaną już widzowi m.in. z Bogów ulicy Davida Ayera. Agent Camarena urósł jednak w dziejach amerykańskich służb jako bohater szczególny, ikoniczny. Nie chcę spoilerować na płaszczyźnie historyczno-fabularnej, więc zdradzę li tylko, że to on uznawany jest przez DEA jako wzór, pierwszy tak głośny bohater, który trafił nawet na okładkę magazynu Time w 1985 roku. Podjął walkę z systemem – od biurokracji aż po same szczeble kartelu – mimo że tak często wydawała się to walka z wiatrakami.

Zobacz także: „Roma” – Wielki obraz Alfonso Cuaróna – Recenzja

Narcos: Meksyk nie udaje się przekonwertować takiego nakładu emocjonalnego, z jakim mieliśmy do czynienia przy okazji opowieści o Pablo Escobarze. O wiele więcej też tutaj, zwłaszcza przy zawiązywaniu wątków, znanego z 3. sezonu silenia się na stylowość. Jednak ogólnie, mimo mojego sceptycyzmu, wszystko zadziałało. I mimo wiel, jakimi zachwyciły mnie właśnie pierwsze sezony, to melancholijny klimaks Narcos daje się wręcz namacalnie odczuć. Jak wtedy, gdy Félix Gallardo staje przed połaciami pola marihuany i zamyślony głosi, że jego nie interesuje zwykły biznes. Bo on buduje tu Imperium.

Wywrotowiec, dysydent, bukmacher serc, stary człowiek w internecie. Po wypalonej karierze osiadł na prowincji i pisze o filmach. Widywany raz na rok przez listonosza oraz jego psa.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.