„Nić Widmo” – Recenzja

Paul Thomas Anderson żartobliwie przyznał, że po serii filmów o hippisowatych chłopakach i twardzielach z dwudniowym zarostem, przyszedł czas opowiedzieć o ludziach eleganckich. W jego nowym filmie wkraczamy więc do prestiżowego świata mody powojennego Londynu, gdzie Daniel Day-Lewis gra słynnego brytyjskiego kreatora mody Reynoldsa Woodcocka, który ubiera między innymi księżniczki i dziedziczki wielkich fortun.

Nić Widmo rozpoczyna się dokładnie tak, jak przyzwyczaił nas do tego reżyser. Sekwencja otwarcia to niezwykły przykład w amerykańskiej twórczości filmowej, gdzie znaczna część znaczenia filmu wyłania się raczej poprzez relacje dźwięku i obrazu niż przez postaci, dialog, czy rozwój narracji. Takie połączenie tworzy coś, co nazywane jest wartością dodaną (valeur ajoutée) i ma, wraz z montażem, wpływ na tempo całego filmu.

Siedzimy więc spokojnie i oglądamy poranną toaletę starszego pana, który do swojego zarostu podchodzi z taką samą dbałością jak do swoich sukien. W tle gra podniosła muzyka o wysokiej tonacji, autorstwa Greenwooda, która przez cały film będzie oddawać wahania nastroju. Tutaj wraz z obrazem prowadzi nas do stołu śniadaniowego. Tam młoda kobieta, proponując Reynoldsowi ciastko, zakłóca jego rutynę i w efekcie musi opuścić posiadłość. O to zadba już siostra głównego bohatera Cyril, która prowadzi dom i biznes swojego brata z niepohamowaną siłą i skutecznością. Wystarczający obraz sytuacji, bez nacisku na dialogi, pokazany jakby w przeciwieństwie do tego, co ma dopiero nadejść.

Z tego klaustrofobicznego świata bardzo szybko uciekamy wraz z Reynoldsemna wieś. Chwila spokoju i brytyjskie śniadanie w rodzinnym miasteczku skończą się kolacją z młodą kelnerką o zachodnioeuropejskim akcencie. Alma (Vicky Krieps), nowa muza artysty projektanta, zamiesza w codziennej rutynie rodzeństwa Woodcock. Kiedy wszyscy wrócą do Londyńskiej kamienicy, między tą trójką rozpocznie się stałe budowanie napięcia. Jeśli oglądaliście Na pokuszenie Sofii Coppoli i brakowało wam tam emocji między postaciami, to prawie pewne, że odnajdziecie je właśnie tutaj.

O przygotowaniach Day-Lewisa do ról można by właściwie pisać artykuły. Tym razem nauczył się szyć, studiował brytyjską modę lat 50. od eksperta londyńskiego Muzeum Wiktorii i Alberta, a pod okiem projektanta kostiumów New York Ballet ostatecznie stworzył własną suknię, wykorzystując swoją żonę, Rebeccę Miller, jako modelkę. Gorąca pasja, jaką wkłada do swojej pracy Daniel, jest analogiczna do tej, którą jako projektant wykonuje Reynolds. Nie musi na szczęście grać brutalnej postaci świata mody, więc oglądanie genialnego projektanta przy pracy jest bardzo przyjemne. Jeszcze przyjemniej, że scenariusz nie rzuca wszystkiego na jego barki.

Film jest skomponowany niczym orkiestra, prawie dokładnie tak jak w teorii montażu Hitchcocka. Intensywne momenty przeplatają chwile spokoju i wyciszenia, a nawet kiedy widz jest świadomy dziejących się wydarzeń, to reżyser wciąż potrafi zaskoczyć. Wizualnie film skąpany jest w jasnym blasku, aura nostalgii płynnie przechodzi między marzeniami sennymi a koszmarem.

Największe wrażenie robi jednak kolejny triumf wizji Andersona, pierwszy raz w swoim pełnometrażowym filmie reżyser również sam chwyta za kamerę i opisuje pracę nad zdjęciami jako zespołową. Spojrzenie paru operatorów musiało się zmieścić w tych wszystkich londyńskich wnętrzach, ponieważ żadna scena nie była kręcona w studiu. Każdy kadr wewnątrz spycha nas w jakąś stronę, czy to do rogu pokoju, czy na klatkę schodową pięknej londyńskiej kamienicy. Każde zbliżenie na postać tworzy intymne uczucie i rozbudza emocje. Na zewnątrz kamera wychodzi tylko parę razy, głównie, żeby pokazać perfekcyjne kadry z widokami, lub zadziałać na wyobraźnię scenami w lesie czy na ciemnej drodze.

Słysząc historię o przesądach dotyczących tworzenia sukni ślubnych i przeklętej sukni matki Reynoldsa zaczyna się zbierać w tle historii klimat budzący dziwny niepokój. Ten niepokój z biegiem filmu ujawnia się coraz odważniej. Budzące gotyckie skojarzenia sceny zbierania grzybów w lesie, czy sunący w nocy swoim czarnym autem Woodcock to jawne budowanie nastroju grozy. Mroczny klimat jest jednak łamany cały czas przez wyrachowany humor, wynikający głównie z napięć między postaciami. Nie jest to jednak tylko bezcelowa, reżyserska zabawa gatunkami.

Dysfunkcyjny związek pomiędzy artystą i jego muzą to serce tej historii. Reżyser pokazuje walkę dwóch silnych charakterów, gdzie Alma od początku wydawałaby się na przegranej pozycji. Obserwujemy więź burzliwą, inspirującą, podszytą erotyką i chęcią opieki. Kolejne próby zagarnięcia uwagi jeszcze nigdy nie smakowały tak dobrze, a współtworzenie dzielonego świata kochanków rzadko kiedy jest tak naturalne.

Anderson stworzył znaną nam historię o wyobcowaniu i więziach międzyludzkich w zupełnie nowym dla siebie środowisku. Dostarczył Danielowi idealną dla niego rolę i niesamowicie naturalnie sam odnalazł się w tym wysublimowanym brytyjskim świecie. Nić Widmo to kino atmosfery i emocji, a seans przeplata komedia, groza, romans i surrealizm. To opowieść o poszukiwaniu miłości i wyrywaniu się samotności, ale przede wszystkim to hołd oddany muzie artysty, uszanowanie ogromnej siły i wytrzymałości tych wspaniałych kobiet.

Twój najlepszy przyjaciel.


Dodaj komentarz